Home / Ameryka / Meksyk / Pustynia

Pustynia

Wadley bez wątpienia był bardzo specyficznym miejscem. Pustynne zycie toczylo sie tu wolno, przerywane tylko glosnym swistem miedzynarodowych pociagow i lomotem dzisiatek wagonow. Od czasu do czasu przejezdzal zakurzony samochod, czasem przechodzil rownie zakurzony czlowiek, bo pustynny kurz byl bez watpienia panem tego swiata. Szybko pokrył nasze włosy, twarze, śpiwory, wdzierał się do garnków i rozpuszczalnej kawy, drapał pod soczewkami, wykasływał się z wyschniętego gardła. Był władcą pustyni, dyktatorem, z którego mocą można jedynie było się pogodzić, próbując zobojętnieć lub dostosować się do jego wszechobecności.

Wadley przypominało troche miasto duchów. Były domy, ale mieszkańców widać nie było. Ot, czasem w oddali przebiegło dziecko, przy dworcu siedziała grupa bezdomnych, pod pustynnym sklepem kilku mężczyzn wysączało kolejne piwa. Niebo było stalowe, suchy wiatr zatykał nos, szarość przysypanego kurzem świata depresyjnie działała na zmysły, a rozproszone chmurami światło drażniło oczy.

 

wadley lawkiwadley dzieci wadley estacion

 

 

 

– Roberto, a może by tak kolejną noc spędzic na pustyni – wyraziłam wreszcie myśl, która nie dawała mi spokoju od dawna – tyle że nie mamy namiotu, na pustyni będzie zimno. Muszę zorganizować Gajce drugą pidżamadę – dodałam żartem

– Wiesz co, może obejdzie się bez pidżamady – rzucił Robert, jeśli możesz zostać tu jeszcze chwilę. Pojutrze wracają moi znajomi, oni mają mój namiot, śpiwór i w ogóle to wszystko mają, co trzeba. I pewnie sami z nami na tą pustynię pojdą.

W naszej podróży pięknym jest to, że możemy unosić się z wiatrem. Nie ograniczają nas terminy urlopów, godziny odlotu, rezerwacje hoteli. Jeśli chcemy – możemy zostać dłużej, jeśli nie chcemy – możemy dać się ponieść wiatrowi dalej. Tu zdecydowanie chcieliśmy zostać. Gaja tworzyła coraz to nowe substancje zapachowe, a mi po prostu dobrze było z całą tą ciepłą, wesołą brygadą, z którą codziennie włóczyliśmy się po pustyni. Włóczyliśmy się piechotą, ale by dotrzeć tam gdzie chcieliśmy – do samego jej centrum, musieliśmy wsiąść w samochód, błogosławiąc jego właścicielkę, która za nic miała kurz, kolce i wyboje pustynnej drogi..

 

 

Pustynia była przepiękna. Inna, niż ta, którą znałam z Afryki, inna, niż ta, którą znałam z Peru. Nie było piachu, nie było wydm, nie było zakutanych w białoniebieskie płótna ludzi. Był za to kurz i ostre kolce kaktusów zazdrośnie szczegących jej skarbów. Zanurzaliśmy się w pustynię, po trochę poznając jej tajemnice. Dziwowaliśmy się nad gigantycznymi kaktusami, które z wersji mini znałam z doniczek zostawionych w Polsce, odkrywaliśmy które rośliny należy obchodzić z daleka, bo zostawiają mikroskopijne, trudne do wyciagnięcia kolce, a które można dotykać w zadziwieniu nad formami życia wymyślonego przez przyrodę. 

 

 

Bo że pustynia żyła – nie miałam do tego wątpliwości. Mocne pnie sukulentów, szare, wszędobylskie krzaczki governadoras, dumne pióropusze kaktusowych palm, kolorowe kwiaty wybłyskujące  z szarozielonych suchosci, wreszcie ukryty skarb Huicholi – peyote przycupnięte gdzieniegdzie, schowane przed oczami śmiałków, wtulone w ziemię, czule przysypane pyłem przez troskliwą Matkę Naturę.

 

pustynia gory

pustynia

 

 

 

pustynia peyote1I gdy tak sobie przez tą pustynię jechałyśmy, nagle naszą drogę zagrodził.. płot. Nie z cegieł, nie z drewna, ale taki z drutu kolczastego, zamykający drogę. Niestety pustynia też już ma właścicieli, którzy hodują tam pustynne krowy.. I trudno mieć o to pretensję, bo krowa zwieje bez płotu – jednak tak jakoś cieżko zrobiło mi się na duszy od tego kolczastego drutu przeciągniętego wprost przez drogę.

 

 

1Drut sporo nam w powrocie namieszał. Bo pomimo że mieliśmy Cerro Quemado jako punkt referencyjny, obierane drogi co rusz zmieniały kierunek i wyprowadzały nas na manowce. A tu paliwo się kończy, woda się kończy, a jesteśmy na pustyni. Żartów nie ma.

Jednak rację mieli ci, którzy głosili, że na pustyni nie jesteś sam. Po dłuższej chwili kręcenia się to tu, to tam napotkaliśmy człowieka na koniu, który zgrabnie rozjaśnił nam, któa droga prowadzi do domu.

pustynia czlowiek

 

 

Wróciliśmy ostatecznie bardzo późnym popołudniem, głodni jak wilki i brudni jak nieszczęście. Jako że z pustynnym pyłem nie ma sensu walczyć, wiec rozpoczęliśmy walkę z głodem – przy pomocy prawdziwego włoskiego spagetti, zrobionego przez prawdziwego Włocha oraz przez we Włoszech wychowanego Szwajcara.

A potem światło dnia zrobiło się takie ciepłe i miękkie, a moje oczy zrobiły się ciężkie, niemniej jednak Gaja nie miała litości. Należało więc wypić prawdziwą, włoską kawę, a potem oddać się lekturze, co zresztą mama zrobiła z przyjemnością.

 

kasiazka czytanie ksiazki

 

 

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
x

Check Also

Andy

– Słuchaj, Asia. Musze wpaść do domu po drodze. Do Mazatlan. Zmienić ...