Home / Ameryka / Panama / Hostelowe rozważania

Hostelowe rozważania

 

Stałyśmy przed hostelem spoglądając to na budynek, to na siebie. „Purple House”. Niski, niewielki domek w kolorze zakładu pogrzebowego i niewiele mówiącej nazwie. Przed nim, stolik, krzesło i wpatrzony w ekran komputera dziadek.
-Pewnie jest inżynierem, albo tłumaczem – powiedziałam do Gajki – popatrz, pracuje przez internet i tak zarabia na życie
-I może kupić lody?-zapytało moje dziecię, dając wyraz swej najważniejszej potrzebie
-Nie wiem tego kochanie. Być może tak.
Dziadek był tyczkowaty, pomarszczony, z pożółkłą od papierosów brodą i niemiłym wyrazem twarzy
-Hola! – zagadałam uprzejmie.
Nie zareagował. Zareagowała natomiast starsza kobieta.
– A rezerwacje Pani ma? – dobiegło mnie pytanie
– No.. nie. Nie wiedziałam, ze jest konieczna – blefuje. Nigdy nie mam rezerwacji, przecież nigdy nie wiem, gdzie wyląduję.
– Nie moze Pani tu spać. Przyjmujemy tylko ludzi z rezerwacjami. O, to Pani dziecko?
– Tak – odpowiadam zdziwiona pytaniem – A co to ma do rzeczy.
– No bo nawet jeśli Pani ma rezerwacje, to i tak nie możemy Pani przyjąć. Dziecko nie ma 10 lat.
– Taaak? I co w związku z tym?..
– Jeśli dziecko nie ma 10 lat, nie może spać w dormitorium, musi Pani wykupić prywatny pokój.

To nie był mój dobry dzień. Ogromne zmęczenie wzięło górę i eksplodowało lawiną emocjonalnych argumentów. Niekoniecznie miłych i grzecznych. Efekt był taki, ze łaskawie pozwolono nam zostawić plecaki i iść coś zjeść. Dobre i to, bo żołądki przysychały nam do kręgosłupa. Z obiadkiem za 3 dolce uwinęłyśmy się zaskakująco szybko. Było wciąż trochę czasu, wiec ruszyłyśmy na dworzec szukając Justyny. Niestety, wzajemna komunikacja nie była nasza najmocniejszą stroną. Ja zapomniałam jej wysłać mój panamski numer telefonu, ona nie reagowała ani na fejsbuka, ani na maila, ani na smsy słane z sieci. Plątałyśmy się po tym samym dworcu w mniej więcej tym samym czasie, po czym zapadła noc i każde z nas ruszyło w inną stronę, gnane przez swoje przeznaczenie.

Wracałam do hostelu. Gaj poddrzemywał mi w plecaczku. Im bliżej hostelu byłam, tym większą złość czułam na to ichniejsze, durne prawo. Bo czemu niby to dzieci nie mogą tam nocować? Psy mogą, a dzieci nie? Bo co? Głupio przy nich imprezować? Bo będą coś chciały? Bo nie daj Boże rozpłaczą się w nocy? Albo posikają materac? Szlam coraz bardziej nakręcona, zmęczona nieprzespaną wcześniej nocą i całym, pełnym wydarzeń dniem, w perspektywie mając przeprowadzkę.. no właśnie. Nie bardzo wiedziałam jeszcze gdzie.

Naszym przeznaczeniem okazał się być jednak Purple House. Łaskawie zgodzono się przyjąć nas na jedna noc, podkreślając jak wielki wyjątek w dobroci swego serca dla nas czynią.

-Cieszę się, ze się udało – wymamrotał dziadek z teksańskim akcentem, gdy wyszłam na podwórko, by wtachać drugi plecak do dormitorium. Puściutkiego zresztą. W całym hostelu spałyśmy tylko my, dziadek i przysadzisty Argentyńczyk.

subiektywny dobor prasy

 

W mnie jednak wciąż buzowały emocje.
-Co za durne prawo o tych dzieciach – mamrotałam pod nosem – Nocowałyśmy w tysiącu hosteli, z reguły w zbiorówkach, co za pomysł z tym zakazem. Nie rozumiem, co ono ma na celu. Zupełnie nie rozumiem.
Nie rozumiałam, choć empatycznie próbowałam zrozumieć.
-Wiec może chodzi o to, by inni mogli sie wyspać. – rozważałam w duchu – Niemniej jednak logiki w tym nie ma, bo hostel jest hostelem i ludzie łażą do pozna i imprezują i gadają bynajmniej nie przyciszonym głosem i w ogóle luz-blus i bajabongo. Wiec może chodzi o nasz komfort? Komfort dziecka? Być może – ale to raczej moja troska i mój obowiązek o niego zadbać. A my z Gaja na szczęście mamy tak, ze jak przychodzi nasza pora, to padamy jak kawki. Dosłownie. Tak jakby nam ktoś wyciągnął bateryjki. I wówczas może nawet przechodzić defilada przez pokoj, nic nam nie przeszkadza. Wiec argument, ze będzie nam źle, niewygodnie i się nie wyśpimy odpada.. Wiec co? Jaki jeszcze argument wyklucza dzieci z dormi? Bo jeśli chodzi o zwierzęta zakaz rozumiem. Chodzę, wyjadają jedzenie, wskakują na łóżka, niekoniecznie pachną, a ludzie miewają na ich sierść alergie.. Ale dzieci? Hmm.. No tak, ostatecznie na dzieci tez można mieć alergie..

Ostatecznie i tak przeniosłyśmy się do Bamboo. Chcąc oszczędzić obolałe achillesy wzięłam taksówkę. Daleko nie było, w 20 minut pewnie doczłapałybyśmy z Gajka, ale było mi szkoda nóg na taki wysiłek. Przecież mamy przed sobą jeszcze trochę podróży, trzeba uważnie gospodarować zdrowiem. Tak wiec podjechałyśmy pod Bamboo, wysiadamy, patrzymy – fajny, zielony domek, kolorowe hamaczki na zewnątrz. Na recepcji szczupła, młoda dziewuszka.

-Dormitorium? Jasne, nie ma sprawy. Idzcie od razu wybrać łóżko, tak by Pani i dziecku było wygodnie.

Nie wierzę własnym uszom. Jednak to Purple House był wyjątkiem od reguły, a nie regułą. Szczupły chłopak siedzący obok dziewczyny zrywa się i bierze mój plecak, ja znów przez sekundę nieruchomieje w zdziwieniu, po czym zarzucam sobie nosidło na grzbiet. Wchodzimy na podwórko. Woooo! Po lewej wielka otwarta kuchnia  z olbrzymim, zapraszającym stołem, a przed nami zarośla, zza których przebija coś błękitnego.. BASEN!!! Nie, nie wierzę własnym oczom!!! W hostelu jest basen, a w basenie pływa sobie jakiś wyluzowany dredziarz. Juhuuuu!

-Mama, mama!!! Flotadores!!! – Gaj nie traci czasu – Vamos a banarnos mamusia – niespodziewanie przechodzi na polski – Chodź!!! Chodź!!!

Dwa razy nie trzeba było mi tego mówić.  Rzucamy plecaki w bambusowym dormitorium stojącym wysoko na palach, Gaj wybiera łóżko z najbardziej różową pościelą, łapiemy ręcznik, kąpielówki i parę sekund później już nurkujemy w przyjemnie chłodnej, turkusowej wodzie..

PC140027edit

PC140029edited

Ach, super.. Zielono, jasno, przestronnie, optymistycznie. I ani słowa na temat Gajki. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, ze jest tak samo mile widziana, jak i ja. Rozglądam się wkoło, nagle zauważam znajomą, przygarbioną sylwetkę..

-OOO! Znam tego mężczyznę – wykrzykuje spontanicznie i równie spontanicznie pędzę się przywitać. Dziadek z Purple House. Już wtedy zamieniliśmy parę słów – okazało się, ze nie jest wcale taki groźny, jak na pierwszy rzut oka się wydawało. Teraz uśmiecha się szeroko na nasz widok.

-Tak, mnie też wyrzucili – zwierza się po chwili – Ale tu jest dużo lepiej. Spodoba Wam się, zobaczycie.

Spodobało nam się do tego stopnia, że przedłużamy pobyt. W dodatku okazuje się, ze szczupła dziewczyna z recepcji to Polka, podobnie jak wielki chłopak, śpiący na łóżku obok. W dodatku on ma za parę dni lot powrotny do Polski. Nie waham się więc i kolejny dzień spędzamy – ja na rozmowach i ścibieniu świątecznych niespodzianek z cekinów, które Krystian obiecał zabrać do Polski. Podoba mi się w tym hostelu. Klimat jest wyjątkowy. To znaczy – taki jaki znam z moich podroży „sprzed lat”. Ludzie, owszem, używają laptopów i komórek, ale.. rozmawiają ze sobą. Zaprzyjaźniam się serdecznie z dziadkiem Dav’em  z Teksasu, z Dannym z Izraela, z Krystianem z Polski.. Razem sobie gotujemy, gwarzymy, milczymy, albo bawimy się z Gajem.  Dziadek Dav co rusz kupuje jej słodycze i puszcza bajki na utubie, ale takie amerykańskie, sprzed stu lat.. To znaczy z czasów swojej młodości, a Gaj, siedząc na jego kolanach i podżerając czekoladki, z radością je ogląda. Danny dla odmiany bajki opowiada. To znaczy opowiadają sobie nawzajem, z malym Gajonem. Odkrywam w Dannym – twardym żołnierzu izraelskiej armii olbrzymie pokłady czułości. Nie pytam, skad się w nim to bierze.. Być może gdzieś tam w świecie żyje jego dziecko. Być może kiedyś stracił dziecko. Być może marzy o dzieciaku, którego jeszcze nie ma. Nie wiem, w każdym razie atmosfera tego hostelu jest dla mnie czymś fantastycznym, czymś, co w innych hostelach, które odwiedzałam jest zupełnie zapomniane..

PC150103edited

PC150109edited

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

PC140059edited

 

Kolejnego dnia jednak pakuję nasze plecaki i stajemy z Gajka na przystanku. Czas złapać autobus, czas ruszać dalej. Znów budzi się we mnie potrzeba podróży, zmiany miejsca. Chce do ludzi z Couchsurfingu, do domów, do prawdziwego życia. Choć za Davem i Danym tęsknić będę. Niemniej jednak trzy dni w hostelu, nawet tak fajnym jak ten to za dużo dla mnie. To sztuczne życie w getcie turystów, wśród rozmów ciągle o tym samym.  Ile podróżujesz, dokąd jedziesz, gdzie byłeś, co widziałeś, z której agencji wziąłeś tour. Słucham ich rozmów o tym co ile kosztowało, patrzę na ich sprzęt i cool twarze i pewność odkrywców świata i tak sobie myślę, co tak naprawdę o  tym kraju wiedzą. Czy wiedzą, o czym marzą ludzie, którzy tu mieszkają? Czy znają problemy, z jakimi się zmagają? Czy wiedzą, czego oni pragną? Jak wyglądają ich domy, ich kuchnie? Co w nich gotują – dla siebie, nie dla turystów.  I jak żyją, tak na co dzień..  Nie to, ze ja wiem wszystko. Nie to, ze mój sposób podroży jest najlepszy. Każdy sięga po to, co potrzebuje, co chce. Oni – mając kasę i dwa, trzy, cztery tygodnie na oglądnięcie kontynentu –  podróżują szybko, latają samolotami, płacą agencjom za wycieczki, nocują w hostelach, gdzie spotykają się z innymi podobnymi turystami. Znają pewnie więcej turystycznych miejsc niż ja, oglądnęli więcej zabytków, nauczyli się więcej o historii kraju i z pewnością mają więcej selfi potwierdzających opowieści. Ja natomiast cenię sobie ludzi i czuję olbrzymią wdzięczność dla tych, którzy wymyślili Couchsurfing, bo dzięki niemu mogę po prostu tu być i żyć. W prawdziwych domach, z prawdziwymi rodzinami, wśród autentycznych ludzi, z ich dobrymi i trudnymi stronami. Z ludźmi, którzy dzielą się z nami tym co mają – swoja przestrzenią, jedzeniem, czasem, sercem..  Trafiliśmy na tyle różnych domów, tyle różnych rodzin.. Od bogatych, dysponujących prywatnym basenem, kilkoma wypasionymi samochodami i służbą, do takich, którzy mieszkają w domkach skleconych z bambusów, gotujących na ognisku, śpiących na starych, pleśniejących materacach..  W każdym z tych domów po paru godzinach stawałyśmy się po prostu.. domownikami..

PC140084

Zatęskniłam za tym zwykłym, prostym życiem, bez hostelowych small-talkow i zakrapianych alkoholem fiest do białego rana. Więc gdy wybiła godzina, spakowałam nasz niewielki dobytek i znów stanęłyśmy na poboczu łapiąc busa w nieznane.

A w zasadzie w znane. Chciałyśmy dostać się do granicy z Costa Rica, a z tamtąd do Puerto Jimenez, na oko nie_tak_turystycznego_acz_pieknego_miejsca. No wiec stałyśmy jak te dzięciołki na drodze, a w zasadzie na umownym przystanku, a collectivos na granice smigały z czestotliwoscią co 20 minut. Busy jednakze, widzac mnie, dziecie i dwa plecaki nie raczyly sie zatrzymac. Niektóre zwalniały, owszem, ale po chwili zmienialy zdanie i gdy schylałam się po pierwszy plecak, zgrabnie przyspieszaly..

Po 2 godzinach jak niepyszne wróciłyśmy do hostelu. Już wiedziałyśmy, ze na ostatnie, bezpośrednie połączenie do Puerto Jimenez nie zdążymy, a na niebezpośrednie nie było sensu jechać. Drogo wychodziło i w zasadzie, mogło zupełnie nie wyjść i wówczas musiałybyśmy improwizować nocleg w nieprzychylnym finansowo kraju, jakim jest Kostaryka.

PC140074edited

PC140059edited

No ale nie ma tego złego. W hostelu wpadłyśmy prosto w ramiona Dava i Dannego. Chłopy wyściskały nas, nakarmiły zrobionym właśnie spaghetti i uświadomiły, że właśnie dowiedzieli się, że na granicy z Costa Rica owszem, wymagają biletu powrotnego do kraju.

-Kolejna durnota – pomyślałam, wracając pamięcią do wydarzeń z Puerto Obaldia, gdzie to całkiem miły pogranicznik przewłóczył nas przez całe swoje szefostwo, bo właśnie nie miałyśmy powrotnego biletu. Irytowałam się tam okrutnie, używając argumentów moralnych (mam skłamać, ze mam bilet???), finansowych (mam wystarczająco mamony w papierze i plastiku), wizjonerskich (przecież nie przewidzę dziś skąd dokładnie i kiedy wracać będę) i emocjonalnych (nie wpuścicie nas i co ja z dzieckiem zrobie???). Szef najszefiejszy ostatecznie się zgodził, ale po raz drugi na taką farsę i stratę czasu nie mogłam sobie pozwolić. W końcu ostatnie połączenie do Puerto Jimenez było o 2 pm.

Szopenie, dzięki Ci za pomoc. W dobie internetu, dobrej woli i podstawowej wiedzy o lotach międzynarodowych po pół godzinie miałyśmy piękne i pokryte patyną starości bilety powrotne do Polski. Jeno wydrukować je trzeba było, ale to już postanowiłam zrobić na granicy. A nóż się nam omsknie i o bilet nas nie zapytają. Nie ma co być nadgorliwym, to nigdy nic dobrego nie przynosi.

Za to cudne rzeczy przyniósł dzień następny. Jeszcze dobrze nie stanęłyśmy na przystanku, a już pan z collectivo wrzucał nasze bagaże na dach, potem już na granicy miła pani celniczka nie pytając o nic wbiła nam piękną 90 dniową kostarykańska wizę, a potem jeszcze, dzięki zmianie czasu nie dość, ze złapałyśmy ostatni autobus, to w dodatku zdążyłyśmy jeszcze zjeść całkiem spory obiad, z podwójnym, ananasowym sokiem postawionym na koszt firmy.

Czyż życie nie jest piękne?..

 

 

PC160132edited

Przejście graniczne Paso Canoas – Panamo, do zobaczenia!..

 

 

PC160137edited

Strefa międzygraniczna. Kubańscy uchodźcy okupują każdą wolną przestrzeń.  Mężczyźni, kobiety, starcy, dzieci.. Serce się ściska, gdy się z bliska przygląda tej uchodźczej tragedii..

 

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wreszcie przekraczamy granice. Nigdzie nie pisze nawet „Costa Rica”, wiec pamiątkowe zdjęcie robię Gajce przy naszym pierwszym autobusie – jeszcze coś szybkiego na ząb i za moment ruszamy w świat, w nowy kraj, do nowych ludzi..

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
x

Check Also

Tylko jak tu pisać bloga?..

  Z tym założeniem bloga wcale nie było łatwo. Gdy planowałam swą ...