Home / AZJA / Laos / Awaria silnika – koszmaru na Mekongu odsłona nowa

Awaria silnika – koszmaru na Mekongu odsłona nowa

Ciąg dalszy – poprzedni wpis znajdziesz TU.

 

Laotańczycy usiedli na swych posłaniach równie zaniepokojeni jak ja. Nie mineła sekunda, jak wpadł mechanik. Błyskawicznie zsunął się do maszynowni, mamrocząc coś pod nosem. Szarpnął za jakąś linkę – nic. Szarpnął po raz drugi – silnik kwiknał, jeknął, po czym zgasł.

Laotańczycy byli już na równych nogach. Jeden przez drugiego zalądali w dół, wymieniając krótkie zdania. Za chwilę wpadł drugi gość z obsługi.

Stanęłam z tył na burcie. Sternik był prawdziwym mistrzem. Widziałam jak wykorzystując resztki inercji prowadzi łódkę do niewielkiej, piaszczystej łachy, leżącej przy brzegu.

– Mało takich miejsc na Mekongu, zdaje się, że mamy dużo szczęścia. – pomyślałam w duchu, starając się nie panikować. Kątem oka namierzyłam worek z kamizelkami ratunkowymi. Łódź znoszona prądem rzeki w ciszy sunęła do brzegu. W końcu wbiła się delikatnie w łachę, miękko opierając burtę o piach.

W maszynowni mechanik uwijał się jak w ukropie. Wybiegał co chwila na nasz poziom, przekopując skrzynki z narzędziami, mamroczac cos niezrozumiale do siebie. W końcu łapał jakiś klucz, śrubokręt czy inny wichajster, po czym niknął przy silniku, by za chwilę znów wyskoczyc – coraz czarniejszy i coraz bardziej zaniepokojony.

W końcu silnik zagdakał. Gdakał i gdakał, a Laotańczycy kiwając głowami w uznaniu, klepali mechanika po plecach.

– Uff, udało się – pomyślałam z ulgą. Z moich kalkulacji wynikało, że o ile jesteśmy w zasięgu jakiejkolwiek sieci komórkowych, od zadzwonienia do przypłynięcia innej, ratunkowej slow boat dzieliło nas jakieś 3 godziny. Mogły nam jeszcze pomóc szybkie łódki, ale ilu pasażerów mogły pomieścić? Trzech z bagażami, może czterech?.. No i ile tych szybkich łódek musiałoby być, by w miarę sprawnie przetransportować ponad setkę ludzi?..

Silnik gdakał i gdakał, Laotańczycy śmiali się do siebie, a ja nagle zdrętwiałam z przerażenia.

Na moich oczach od silnika ODPADŁ PRZEWÓD i brunatna ciecz zaczęła zalewać dno łódki..

– DANGER!!! DANGER!!! – ryknęłam na cały głos wskazując palcem na silnik.

W tym momencie maszyna czknęła i zgasła.

Mechanik w sekundzie był na dole.

Przewód pulsował, wyrzygując brunatną ciecz.

– ROPA??? ROPA??? – myśli jak petardy śmigały mi przez głowę – Woda.. – odetchnełam z ulgą,  – to nie ropa, to woda..

Nie chcę myśleć, co by było, gdyby wąż siknął ropą. Mechanik znów dwoił się i troił, próbując podłączyć giętką rurę do silnika. W końcu zacisnął ją drutem, obklejając dodatkowo jakąś taśmą.

Nie wyglądało to dobrze, ale zadziałało. Silnik znów zagdakał radosnym tonem.

Sceptycznie patrzyłam na prowizoryczną naprawę. Jasne, lepiej coś niż nic, ale co jeśli maszyna znów umrze w miejscu, gdzie nie będzie przyjaznej łachy przy brzegu.

Kilka minut później byliśmy znów na wodzie. Silnik terkotał równo, a mechanik siedział na schodzach, przyglądając mu się podejrzliwie.

– Mamooo… Głodnaaaa.. – zza pleców dobiegł mnie głos mojej latorośli. Gaj na szczęście nerwową akcja zupełnie nie przejął.

Wyciągnęłam z plecaka zupke chińską. Tyle że – skąd tu wziąść gorącą wodę?

Ubrałam buty i poszłam, gdzie siedzieli turyści.

Gdy tylko stanęłam na progu, zimny podmuch przeszył mnie na wylot. Ludzie siedzieli skuleni pod czym tylko mogli, pościskani i poprzytulani do siebie, w foliowych przeciwdeszczowych płaszczach ponaciąganych na warstwy ubrania. Gdzieniegdzie ktoś trzymał w ręce flaszeczkę laotańskiego whiskey, polewając hojnie naokoło. Ludzie byli bladzi i przemarznięci na kość.

 

 

Przy barze pustka. Pokazałam bez większych nadziei kubek z makaronem w środku.

Pani Laotanka, ta sama co sprawdzała bilety wyciągnęła spod blatu wielki termos. Uważając na przechyły zalała mi kubek do połowy.

How much? (Ile płacę?) – zapytałam, ale ona tylko machnęła ręką. Tak więc zabrałam makaron ze wrzątkiem i szczęśliwa pobiegłam do przytulnej maszynowni. Gaj zjadł i zasnął, a i mi, otulonej ciepłym śpiworem (Firma Eksplo – dziękujemy!) po chwili urwał się film.

 

Slow boat

W drodze do Luang Prabang – slow boat

 

Obudził mnie ruch. Silnik milczał.

– Cholera, znowu awaria – pomyślałam wyglądając spod spiwora. Tym razem jednak nikt nie biegał w panice, ludzie pomału pakowali swój dobytek, przygotowując się do wyjscia.

– Tu – zapytałam jednego z Laotańczyków, posługujących się prostym angielskim – Koniec drogi?

– Nie – machnął ręką – Luang Prabang, more! (Luang Prabang, dalej)

No dobra, dalej to dalej.

 

 

Zaczęłam przyglądac się brzegowi. Hmm.. dziwne. Na szczycie stromego nabrzeża tabliczka Luang Prabang. Wokól nawet wioski nie widać. Środek niczego. Widze pierwszych turystów wysiadających z łódki.

 – Luang Prabang, here? (tutaj?)– podskoczyłam szybko do Laotanki z baru.

– Here, here! (tutaj!)– pokiwała głową.

No tak. Kilka lat temu przeniesiono przystań slow boat ze centrum miasta 12 km dalej. Najwyraźniej Laotańczyk tego jeszcze nie wiedział. Plotki głosiły, że zrobiono to, by dać robotę miejscowymi oraz zedrzeć dodatkową kasę z turystów. Każda osoba, która chce dostać się na lub z przystani płaci okrągłe 20 tyś kip za przejazd i znów nie ma tu pola do negocjacji.

 

 Luang Prabang - dopływamy

Luang Prabang – dopływamy

 

Z łódki wysiadamy ostatni. Dźwigam najpierw plecak na górę, po chwili, zziajana schodze po nosidło. W międzyczasie Gaja ambitnie wtachuje diablito. Kupuję bilet, widzę ostatnie dwa tuk-tuki. Po turystach już ani śladu.

 

 

 

 

– Dobrze jest – myślę z ulgą – zaraz dotrzemy do hostelu.

Mina mi się wydłuża, gdy przychodzi koleś i na migi mi tłumaczy, że kierowca nie jedzie i muszę mu oddać bilet. I że mu się coś w kasie nie zgadza. Nie ma nikogo wokół mnie, wcale nie mam ochoty oddawać mu biletu. Kupiłam od niego, pamięta mnie, bez jaj. Poza tym, oddam mu bilet, a on za chwilę każe go kupić za podwójnie wysoką stawke. O nie, znamy takie numery. Bilet mam schowany głęboko, chcę jechać do hostelu.

Przy naszym tuktuku przystaje grupa francuskich rowerzystów.

– Everything ok? (Wszystko dobrze?) – pytają

– Nie. – odpowiadam ciesząc się, że nie jestem sama. Jest 5.30 wieczór, niski pułap chmur, zaraz będzie zupełnie ciemno. – Gość chce mój bilet, ja nie chcę mu dać. Mówi jeszcze, że z jedną osobą mu sie nie opłaca, a kogo ja znajdę tu do tuktuka o tej porze? Przecież to była ostatnia łódka!

Do dyskusji włączają się Francuzi. Podobnie jak ja nie są w stanie zrozumiec słabego angielskiego Laotańczyka. Porzucają więc wątek pieniedzy, zaczynają naciskać na kierowcę, by jednak nas zabrał.

– Sprzedaliście jej bilet, musicie jechać. Przecież nie zostawicie jej tutaj. Kobietę samą z dzieckiem? Co ona tutaj zrobi? Choć do głównej szosy ją zabierzcie.

Jedna z kobiet szybko sprawdza na mapie drogę. Okazuje sie że do głównej szosy mam jakieś 3 kilometry. Tam już mogę próbować łapac stopa. Cholera, dwa dni trudnego rejsu i jeszcze stop? Opadają mi witki, ale co mamy zrobić?..

Nagle niespodzianka.

– Dobra, zabiorę Was  – decyduje się kierowca – gdzie chcecie jechać?

Z ulgą podaję nazwę hostelu i po chwili turkotamy w kierunku miasta.

 

 

Zapada zmrok, robi się coraz zimniej.

W kurtkach, czapkach i rękawiczkach kulimy sie za plecakami, marząc o gorącej zupie.

15 minut później lądujemy pod hostelem, a pół godziny później pożeramy po dwie procje smażonego ryżu. Wracamy wolno, czując na twarzy igiełki zimna.

– Niech dunder świstnie takie tropiki – myślę, zaszywając się w śpiworze tuż przy opatulonej po uszy Gai. – Czas zmienić kurs na południe.

 

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

8
Dodaj komentarz

avatar
5 Comment threads
3 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
Somos dos - migawki z podróży Małej i DużejBestia PeludaMartaIlona Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anonimowo
Gość

Musze przyznac ze masz talent do pisania ! Swietny tekst!

Anonimowo
Gość

Rzeczywiście „koszmar mekongu”…. i Wy w tym wszystkim dzielne. Świetnie piszesz i dodatkowo te migawki filmowe …. przenoszą nas do Was….. Tylko my w wygodnych fotelach….

Gość

Kasienka, nie czuj sie z tym zle. Kazdy ma swoja droge, swoje Himalaje, swoj Mt Everest. My w akcji – wy w fotelach. Ale jak wrocimy, dacie posiedzic przy Was i posluchac Waszych nutek? Odkad zaczelysmy rozmawiac, piesni z gor wrocily do mnie echem i graja w glowie.. <3

Anonimowo
Gość

Ufff jak zwykle dobrze się skończyło ale wierzę , że nie było do śmiechu chwilami

Gość

Nie, do smiechu zupelne nie bylo. Szczegolnie, jak bylysmy jeszcze na srodku rzeki, ktora pedzi na leb i na szyje, a do tego jest najezona skalami. Bardzo do smiechu nie bylo, latwo wszystko moglo skonczyc sie tragedia 🙁

Wiesz, ze z turystycznej klasy nikt z ludzi, ktorych o to pytalam, nie zauwazyl nawet, ze cos sie dzialo? 🙂

Marta
Gość
Marta

A mozna wiedziec po co w ogole tam starasz sie dotrzec?

Ilona
Gość
Ilona

Szczerze przyznam, że filmy oglądam pobieżnie. A to dlatego, bo sposób w jaki piszesz wciąga 🙂 Zamiast oglądać, przechodzę do kolejnego etapu podróży. Jeżeli wydasz książkę – z pewnością ją kupię 😉

x

Check Also

Kura

Kura umierała dwa dni. Nim się zorientowałam, że jest z nią tak ...