Home / AZJA / Tajlandia / Północ na Khao San – czyli w poszukiwaniu hostelu

Północ na Khao San – czyli w poszukiwaniu hostelu

Nie ma to jak wylądować na Khao San Road w okolicach północy. Szłam z Gajką za łapke, diablito (dwukółka, na której od czasu pobytu w szpitalu ciągnę transportowy plecak) skakało po nierównosciach, źle założone nosidło uwierało w ramię. Patrzyłam na nocne Khao San i nie wierzyłam własnym oczom. Impreza była taka, że rozrywało głowę. Głośniki z poszczególnych knajp, skierowane prosto na ulicę wyły tak głośno, że do własnego dziecka musiałam wrzeszczeć. Choć w zasadzie to machałam tylko rękami, bo nawet krzyk nie miał szans. Fale basów uderzały o nasze ciało, wysokie tony skowytały boleśnie świdrując głowę. Palce malucha momentalnie wylądowały w jego małych uszkach. Hałas był OGŁUSZAJĄCY, tłum rozebranych/przebranych/ochlanych/rozimprezowanych ludzi płynął w jedna i w drugą stronę. My, nie mając zbytniego wyjścia, włączyłysmy się w ten nurt.

 

 

1A

 

 

Neon pierwszego hostelu zauważyłam prawie od razu. Budynek był co prawda za dyskoteką, ale łomot i tak taki, że z lękiem pomyslałam o nocy. Przed hostelem piątka nieco zawianych gości.

– O, Polacy – cieszę się, słyszac znajomą mowe – Panowie, mają tu dormitorium? – pytam, nie chcąc ładowac sie z pełnym rynsztunkiem do srodka.

Panowie coś nieskladnie bełkoczą.

No dobra, muszę dowiedzieć sie sama. Z trudem otwieram drzwi, plecak zahacza się za klamkę, szarpnięcie sprawia, ze prawie ląduję na ziemi.

– Sssssp*rdalaj.. – słyszę za swoimi plecami piękną, wyraźną polską mowę.

Jakos nie robi to na mnie wrażenia. Pewnie już ze zmęczenia mój mózg odrzuca wszytko co nieistotne do zdobycia celu. A celu – czyli łóżka i ciszy nocnej jakoś nie widać.

Biorę Gajkę na ręce i znów włączamy się w pólnagi, nawalony tłum. Gaja pokazuje mi na migi co ciekawszych osobników, przykuwających jej uwagę, ja natomiast zastanowiam się, jak ludzie wytrzymują tą opętańczą muzę w dyskotece, skoro na ulicy zalew decybeli sprawia mi fizyczny ból. 

 

 

1C

 

 

Musimy wyglądać w tym tłumie jak egzotyczne kwiaty. Naganiacze, łapiący innych turystów za ramię nas omijają, niektórzy pokazują nas sobie palcami. Za to za nami idą trzy fikuśnie ubrane Tajki ze świecącymi zabawkami. Jedna laserem celuje pod nogi Gajki, druga macha wiatrakiem z Frozen, a trzecia kusi małą ledową koroną. Wkurza mnie taki bezpośrednio skierowany do dziecka marketing, bo wiadomo, że skończy się to zalewem negatywnych emocji u malucha, albo zakupem towaru przez rodzica. Zawsze stanowczo, wręcz nieprzyjemnie reaguję na takowe akcje. Tym razem się poddaję. „Hostel” – tylko taki napis świeci mi się w głowie. Muszą tu być jakieś normalne miejsca. Przecież tak pisali w przewodniku, tak mówiła spotkana na przystanku Tajka. Khao San to zagłębie tanich hosteli. Tyle, że jakoś ich nie widać.

Wreszcie dochodzimy do końca rozszalałej imprezą ulicy. I nagle otwiera się przed nami inny świat. Pozamykane sklepiki, gdzieniegdzie straganik z jedzeniem, cisza, spokoj, przemykające riksze z klientem, czasem jakiś przechodzień. 

– O, to to – cieszę się w duchu – muszą tu być jakieś hostele.

W jednej z bram – stoisko Agencji Turystycznej.

– Panowie, szukam taniego noclegu – pytam prosto z mostu – takiego do 200 bth. Polecicie coś?

Jeden z nich wstaje i prowadzi mnie za zaplecze. Tam drogę przecina nam ukryte między kamienicami przejście i myk – odnajduje się pierwszy hostel. Za małym biureczkiem – malutka, siwowłosa Tajka.

– Zapraszam, pokaże Wam pokoj – uśmiecha się miło

– W jakiej jest cenie? – pytam prosto z mostu, nie wchodząc nawet za próg. Na nogach mam wielkie, górskie buty (Renia, Jorge, gracias!), na plecach – nosidło, w nosidle wetknięty bagaż podręczny. Nie mam ochoty wszytkiego zdejmować tylko z powodu oglądania pokoju, na który mnie nie stać.

– Ale zapraszam, proszę najpierw zobaczyć!..

Tak, znam ten ceremoniał. Najpierw oglądanie pokoju, wysławianie jego zalet, a na końcu być może o cenie. O nie, nie tym razem. Dochodzi północ, jesteśmy wykończone, trzeba działać szybko.

– Proszę mi powiedzieć najpierw cenę. Interesuje mnie dormitorium do 180 batów – mówię, dając sobie miejsce do negocjacji

– 240? – uśmiecha się staruszka

– 200! – ogłaszam stanowczo, a gdy ona kiwa odmowie głową, tarabanimy się z powrotem do Agencji.

– I co? – pytają chłopaki. 

– I nico – mówię – Za drogo – Słuchajcie, mogę zostawić Wam duży plecak? Nie dam rady chodzić z tym wszystkim, pójdę szybko czegoś poszukać.

– Tylko wróć przed północą – ostrzega mnie jeden z chłopaków – Punkt dwunasta zamykamy i plecak zostanie na chodniku.

Podnoszę kciuk do góry, dając znać, że wiadomość przyjęta i tylko z nosidłem ruszamy dalej. 

W kolejnym hostelu podobna akcja. Choć nie wyglądał dobrze, to na recepcji siedziała chyba z 10 osobowa grupa Tajów z dzieciakami w Gajki wieku – na bank miejscowych. Dla mnie taka rodzinka to wartość dodana, więc ścisnęłam kciuki z nadzieją. I choć Gaja miałaby się tu z kim bawić, cena jaką mi krzyknęli była absolutnie poza naszym zasięgiem. No tak, samotna, biała turystka z dzieckiem powinna mieć przecież szmal, prawda? 

Wzięłam Gajkę za rączkę i tak jak ta mama z „Czekolady”, zanurzyłam się w mroczny przesmyk. Przejscie, pełne popiskujących szczurów zaprowadziło nas do kolejnej bramy, pokrytej kolorowym grafitti. 

– Mamo, jestem głodna! – wykrzyknał mój dzieckiak czując smak chlebowych tostów – zjemy coś, mamusiu?..

Jasne, że coś zjemy. Okazuje się, ze obsługujący nas chłopak całkiem fajnie mówi po angielsku, a ponad to zna okolicę.

– 200bathow? Jasne! Idzcie na druga stronę ulicy, wejdzcie w następną bramę. Tam mają chyba nawet taniej – śmieje się do nas szeroko, podając tosty z czekoladą i gęstym, słodkim mlekiem. – tylko najpierw się najedzcie, haha, na głodnego żle się śpi! – mruga okiem do Gajki, dokładając jej na talerz bitej śmietany.

 

 

 

 

Naładowane węglowodanami i pozytywną energią chwilę potem włazimy do wspomnianej bramy.

– Dormi? Nie mamy. Ale mogę dać Pani jedynkę. 150 bth – mówi szybko stary Taj, widząc moje ogromniejące oczy.

– Biorę – mówie natychmiast.

– A nie chce Pani zobaczyć?

– Jasnę, mogę zobaczyć – mówie zgodnie z prawdą, w duchu już podejmując decyzje. Cena jest dobra, nie wiem jaki musiałby być to pokój, bym go nie wzięła.

Pokój najpiekniejszy nie jest. Malutki, z czarnym od kurzu, siatkowym oknem. W nim stoliczek malutki, miejsce by postawić nosidło i dwie nogi. Plecak ląduje wiec na stole.

– Odpowiada Pani? – upewnia się Taj, wycierając nos w poplamiony podkoszulek

Jeszcze tylko szybka kontrola anypluskwowa i rzut oka pod łóżko. Pokój może być, mieszkałysmy w gorszych, ale ten zapach.. Śmierdzi jakby.. mysimy kupami? Nie wiem, śmierdzi dziwnie, mój zmęczony mózg nie może dopasować zródła zapachu, więc jeszcze raz przeglądam podłogę, ale nic podejrzanego na tych 4  metrach kwadratowych nie znajduję.

– Tak. – mówie krótko – Bierzemy.

10 minut później zasypiałysmy juz pod szybko postawioną moskitiera. 

 

 

***

 

Jeśli potrzebujecie garść informacji praktycznych dotyczących Bangkoku, zajrzyjcie do wpisu Ewy.

A tu inny ciekawy wpis, czyli 20 powodów, dla których pokochasz lub znienawidzisz Bangkok. My pokochałyśmy go, nie tylko z powodów powyższych powodów 😉

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

4
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Somos dos - migawki z podróży Małej i DużejMary w plecakuIzabella Stachura Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Gość

o rany, ale z was hardcorowe dziewczyny :). w nocy na khao san! choć my ostatnio trafiliśmy na „dyskotekowy” pokój w KL na Bukit Bintang. city nam się zachciało doświadczyć . ściany się trzęsły całą noc. taki „rodzinny” pokoik. dobre sobie. dobrze, że Marysia z tych, co jak musi zasnąć, to zaśnie w każdych warunkach… trzymajcie się i mam nadzieję, że już uciekłyście z tego kao!

Gość

Po prawdzie, to nam ta po prostu wyszlo – linie lotnicze odwolaly nasz lot, przesadzily nas do pozniejszego samolotu, na lotnisku armageddon, potem trzeba bylo sie dostac do tzw. hostelowej dzielnicy – no i polnoc sie zrobila. A hostelowa dzielnica, hehe, to juz sami wiecie ..

Gość

bedziemy tam w poniedzialek! z 5-latkiem i 7-latka! zaczytuje sie w blogu!

Gość

Och, spodoba Wam sie! Szepne tylko, ze Muzeum Narodowe jest za darmo, a w dodaktu maja raz w tygodniu wycieczke gratis z angielskojezycznym przewodnikiem – wygoglajcie – bylo super! 🙂

x

Check Also

Co zobaczyć w Pai z dzieckiem lub bez – bardzo subiektywny wybór atrakcji

Co można robić w Pai? Niewiele. Na pewno można wypocząć po intensywnych ...