Home / Ameryka / Meksyk / Calakmul

Calakmul

Historia wyprawy do Calakmul z przyczyn technicznych rozciągnęła się na kilka dni. By nie zgubić atmosfery tamtego czasu, pozwolę sobie wkleić fejsbukowe migaweczki.

 

***

29.06

Nie tak dawno temu bardzo, ale to bardzo chcialysmy zobaczyc slawny El Mirador. Braklo niestety czasu i konczaca sie wiza wygnala nas z przepieknej Gwatemali. Dzis chcemy zobaczyc miejce moze nie tak odlegle, jak wspomniany Mirador, ale podobnie piekne i niosace w sobie podobne budowle. W Calakmul mozna podziwiac trzecia co do wielkosci, olbrzymia piramide zbudowana przez Panstwo Majów. Podroz ta bedzie dla nas pewnym przedsiewzieciem, bo transport publiczny tam po prostu nie kursuje. Niemniej jednak jestesmy bardzo zdeterminowane, by do ruin dotrzec, zobaczyc, dotknac.. Posiedziec w cieniu piramidy, a potem wdrapac sie na sam jej szczyt. Uda sie, prawda?..

 

fot. internet

fot. internet

 

1 lipiec

Calakmul jeszcze nieoglądnięty. Trwaly przygotowania do eskapady, nosidlo już rozdziawiało swoją paszczę, by połknąć dwa litry elektrolitu, litr Coca-Coli i 2 litry czysciochy (jezzz, jak tu goraco:), ubrania na chlodno i na deszcz oraz jedzenie na caly dzien. Dla dwóch osób oczywiście:) No i wlasnie przy gotowaniu nieśmiertelnego makaronu kuchenka sie zbiesila, fuknęła i zgasła. Skonczyl sie gaz. I pomimo tego, ze host zapewnia, ze zaraz po butlę skoczy (przeciez oni tez potrzebuja), to jakos od dwoch dni nie skacze.. Musze z nim pogadac, bo widze z prognoz, ze idzie fala deszczu. Trza nam do Calakmul i to jak najszybciej!..

 

deszcz1

 

 

4 lipiec

Gazu nadal nie ma, ale za to jest przemiła sąsiadeczka:) I owa sąsiadka udostępni nam dziś kuchnie, co oznacza, że.. tadadadam! Calakmulu – drzyj!

 

sasiadka

 

 

***

 

No własnie. Z tym Calakmulem mialo byc veni, vidi, vici. Przybywamy do Escarcega, przygotowujemy się, atakujemy i wracamy. Całość nie powinna nam zająć więcej niż 4 dni – czyli odsapka po drodze, przygotowanie eskapady plus zobaczenie Escarcega, wypad do Calakmul,  odsapka po Calakmul. Taki był plan. Mój, oczywiście, nie życia.

Host organizował gaz 5 dni. To nie ważne, że ma rodzinę i dwójke malych dzieci. W Latinoameryce je się na zewnatrz, w comedorach, małych restauracyjkach, ulicznych straganach. Nie gotuje się w domu w sposób, do jakiego my jestesmy przyzwyczajeni. Poza tym gotowanie na gazie jest tu drogie, bo sam gaz jest drogi. Więc ludzie używają lenia, czyli gotują na ogniu, ale także w inny sposób, niz u nas. Tu nie ma takich ślicznych, kaflowych pieców, tu po prostu kladzie sie cztery pustaki, na nich opiera krate, pod spod naklada sie drewna i już – kuchnia gotowa. No i oczywiście na podwórku, by niepotrzebnie nie ogrzewać i tak bardzo gorących wnętrz. Więc jak gazu zabraknie to tragedii nie ma i z głodu się nie umrze.

Dla nas jednak problem był. Nasz gospodarz nie używał lena, gaz się skończył, a do comedorów było daleko. Zresztą, tym razem takie rozwiazanie nie wchodziło w grę – jedzenie uliczne jest dobre, jak się je zjada bezpośrednio po przygotowaniu. Nie odważyłam sie go kupić, a potem tachać ze sobą kilka godzin w mocnym słońcu. Tak więc w grę wchodziło tylko jedzenie ugotowane domu i to bezpośrednio przed wyruszeniem. A do tego potrzebny jest gaz.

Z pomocą przyszła nam sąsiadka, którą poznałam przy okazji poszukiwania internetu. Kochana dziewucha, nie dość, że udostępniła nam internet, to jeszcze słysząc o naszej potrzebie – kuchnię. Zaprzyjaźniłyśmy się razem przeserdecznie, jako że ona córeczkę w wieku Gajki miała i całe dnie spędzała w domu. Nasi zapracowani hostowie znikali świtem i wracali po zmroku, czesto już że śpiacymi dziećmi na rękach, więc nawet nie mieliśmy okazji lepiej z nimi się poznać, za to z Jasmin i jej małą Marią spędzałyśmy całe dnie.

Tak więc nagotowałam makaronu, spakowałam zapasy wody, Coli i elektrolitu o smaku jabłkowym, dorzuciłam do tego przeciwdeszczowe gadżety, polarki na chłodek, herbatniki na przegryzkę i poszłyśmy spać.

Pobudka nie była z tych bardzo wczesnych – pierwszy autobus w pożądanym kierunku wyruszał dopiero o 9 rano. Tak wiec o 7.30 wsadziłam zaspaną Gaję w nosidło i podrałowałyśmy na dworzec. Piechotą, ma się rozumieć, w ramach oszczedności.

W autobusie obie zasnełyśmy. Pan kierowca został poproszony, by nas obudzić na odpowiedniej krzyżówce, więc spokojnie oddałyśmy się drzemce – Gaj niedospany po nocy, mama niedospana i zmęczona porannym tachaniem nosidła. A przygoda dopiero sie rozpoczynała.

O 11 z groszami wylądowałyśmy na rozjeździe. Z rozjazdu do ruin było jeszcze ok 60 km. Zonk podlegał na tym, że owa droga prowadziła TYLKO do ruin, nie było tam nic innego, ani wioski, ani ślicznego wodospadu, ani kamiennego parku, tylko 60 km pura selva (dosł. czysta dżungla, wyłącznie dżungla), a potem ruiny.

Na rozjeździe oczywiście budka, a w budce pobór opłat. Chwile targuję się z panią, ale nic nie zyskuję. Gaj natomiast włazi do budeczki i od razu z panią się zaprzyjaźnia. Nie przekłada nam się to na pieniadze, ale za to jest bardzo miło.

 

P6050836

 

I to właśnie od owej pani czerpiemy całą naszą wiedzę. Że trzeba łapać stopa, bo oprócz turystów nic tu nie jeździ. Że owszem, jest wcześniejszy transport z Escarcega, ale jest półlegalny, a że odjeżdza z przeciwnej strony ulicy to mało kto o nim wie. I, że pomimo późnej pory i niesympatycznego poniedziałku wciąż mamy szansę, by ruiny zobaczyć.

W tym momencie podjeżdza mały, granatowy samochodzik. W środku pan i rozłożona na siedzeniu pasażera. Cały tył puściuteńki.
– Dzień dobry – zagaduję – czy mogliby Państwo nam pomóc? – chciałybyśmy bardzo zobaczyć ruiny, a nie ma tam transportu publicznego. Czy moglibyśmy z Państwem kawałek podjechać?
– A jak wrócicie? My chcemy zostać tam na noc. – pyta kobieta piłując paznokcie.

Pytanie zaskakuje mnie totalnie. Na noc? Przecież tam są tylko ruiny! Jak to na noc.. Zreszta, nieważne..- Jakoś wrócimy, na razie chcemy tam tylko dojechać – odpowiadam zgodnie z prawdą, po czym słyszę syk:
– Nie, Juan, nie bierzemy ich. Doczepią się do nas i zepsują cały wyjazd. Nie, powiedz, że nie!
Wspomniany Juan wystawia głowę i mówi przepraszająco:
– Niestety, nie mogę was zabrać. Żona się nie zgadza.

Stają mi łzy w oczach. Takie szczęście, spotkać na odludziu samochodzik, a tu żona się nie zgadza. Czy ona wie, na co nas skazuje? Że być może przez nią właśnie cała wyprawa skończy się w tym miejscu i w tym momencie. Tyle trudu, tyle przygotowań – być może na nic. No, ale takie uroki autostopu. Nie mają przecież obowiązku nas podwozić i nie ma znaczenia, że nam bardzo na tym zależy. Trzeba więc schować emocje do kieszeni i być dobrej myśli. Do kieszeni jednak zupełnie nie udaje mi się ich jednak schować, małe ręce Gajki owijają się wokół mojej szyi, policzek przylega do policzka, a potem soczysty buziaki pocieszenia lądują na moich oczach.
– Ciemu nie jedziemy? – pyta mała
– Państwo nie chcieli nas zabrać – odpowiadam zgodnie z prawdą
– A ciemu?
– Nie wiem. Czasem ludzie nie chcą zabierać innych ludzi. Ale dlaczego? – musielibyśmy się ich zapytać.
– Que honda! (dosł. Jaka fala, co za gość!) – kwituje sytuacje pani kasjerka, najwyraźniej oburzona zachowaniem rodaków – Obcokrajowiec zabrał by panią od razu. To Meksykańczycy tacy tylko są nieużyci! Wstyd mi za nich!

Uśmiecham się w duchu. No faktycznie, my podróżujący indywidualnie inaczej postrzegamy drugiego podróżnika. Widzimy w nim po prostu siebie, nasze zmęczenie, chęć dojechania na miejsce, no i mniej się go boimy, bo to przecież taka sama honda (gość) jak i my.

Nic to, czas leci, a my tkwimy w miejscu. Co robić? No dobrze, są tu taksówki, dla świętego spokoju sprawdzę i tą opcję.
– Witam – podchodze do siedzącego w cieniu kierowcy – Ile pan bierze do Calakmul?
– Mil pesos – odpowiada, uśmiechając się miło.

Też się uśmiecham, półgębkiem i na siłę. Cena jest niewyobrażalnie wysoka, choć oczywiście współmierna do miejsca, dystansu i potencjalnego klienta. Nie pozostaje nam nic innego, jak przysiąść sie do grupy przewodników i pracowników parku i miło spędzić czas, oczekując na kolejne autko.

Mijaja minuty, potem kwadranse, upływa godzina.. Robi się dwunasta, o 4tej ostatni autobus powrotny. Dojazd do ruin zajmuje godzinę, przyjazd godzinę, zostaje nam 2 ha na oglądnięcie. Z naszym tempem poruszania się to prawie nic.

Smutnieję coraz bardziej. Nocleg we wsi nie wchodzi w grę. Ceny łóżka na kieszeń zachodniej Europy. No trudno, posiedzimy jeszcze z godzinkę, może coś się wydarzy. A jak nie, to wracamy do domku. 

I w tym to właśnie momencie podjechał inny mały samochodzik, a w nim dwie uśmiechniete dziewczyny.
– Dzień dobry – mówię – czy mogłybyście podwieść nas do Calakmul, proszę? Nie ma tu żadnego transportu, takxi kosztuje mil pesos, jest już dość późno..
– Jasne! Wsiadajcie!!! – przerywa mi dziewczyna, uśmiechając się szeroko – nie ma żadnego problemu!

Nie wierzę! Błyskawicznie ładujemy się na tylne siedzenie, machamy naszym strażnikom, przewodnikom i pani kasjerce, i po chwili toczymy się wąziutką dróżką w stronę ruin.

– Skąd jesteście? – zagajają dziewczyny rozmowę i po chwili mamy wszystkie wrażenie, że znamy się przynajmniej od stu lat. Okazuje się ponadto, że dziewczyny są ze stolicy, że prowadzą couchsurfing, no i że, jak dotrę do Mexico City – to serdecznie zapraszają. Ponadto jedna znich wybiera się za pół roku na Stary Kontynent.

– Lucy – cieszę się – jak fajnie! Rany, to musisz przyjechac i do wschodniej Europy! To inny swiat i o niebo taniej! Przyjedź do Polski, zatrzymasz sie u mnie. Tam, gdzie mieszkam jest przepieknie, to taka troche Merida, spodoba Ci sie, zobaczysz!

Gdy stanęłyśmy na parkingu obok wejścia do ruin – nie mogłyśmy sie rozstać. Tak więc wynajęłyśmy sobie na spółkę przewodnika, połaziłyśmy po ruinach do upadu, a potem wszystkie razem wróciłyśmy do cywilizacji. Dziewczyny były tak miłe, że zboczyły z drogi i odwiozły nas pod samiuśkie drzwi. Potem uściskom nie było końca, aż wreszcie, po tysiącu zapewnien zobaczenia się w przyszłości, srebrne autko warknęło i ruszyło w kierunku Campeche, a my dlugo machałyśmy, stojąc na poboczu.

Przedziwne jest to życie, prawda? Nigdy nie wiemy, co nam na prawde wyjdzie na dobre. Z odjazdem niebieskiego autka myślałam, ze szanse zobaczenia ruin zostały nam nieodwołalnie zabrane, a tu półtora godziny później, wraz ze srebrnym autkiem nie dość, że te szasne wróciły, to jeszce zaowocowały pięknym dniem, podwózką i obiecującą znajomościa. Bo jak to mówi jeden z moich przyjaciół, który jest buddystą: nigdy nie wiemy, czy to co myślimy, że jest dla nas złe – jest faktycznie złe. A może właśnie jest dobre?

 

***

 

Parę migaweczek z Calacmul:

P6050840

 

Czasem odnoszę wrażenie, że ruiny dla Gajki są niczym innym jak wielkim placem zabaw.. Albo torem przeszkód – jak kto woli. Zresztą, popatrzcie sami..

 

 

 

P6050847

 

 

Struktura II. Mówi sie o niej, że jest największą piramidą zbudowaną przez państwo Majów na Jukatanie. Faktycznie, budzi respekt. Jest olbrzymia, o bardzo szerokiej podstawie, budowana z rozmachem i przepychem. Z dołu nawet nie widać czubka, gdzie mieści się światynia główna. Mnóstwo wąskich schodów, pomyślanych tak, by osoby wchodzące do góry nie podnosiły głowy, koncentrując sie na wspinaczce. Ta pochylona głowa to miał być dowód respektu, czci i poddaństwa. Tak przynajmniej twierdził nasz przewodnik. 

W międzyczasie zaczęło kropić, wiec zadajac sobie pytanie – czy deszcz osiągnie rozmiary wodospadu i – jeśli tak – to jak szybko, musiałyśmy się zdecydować – wchodzimy czy nie. Postałyśmy troche, pomedytowałyśmy, posłuchałyśmy przewodnika i zdecydowałyśmy: idziemy w górę, bo póki co siąpi tylko i gdzieniegdzie przebija się słońce. 

– W górę! – zakrzyknęła więc uradowana Gaja i oczywiście pobiegła pierwsza.

 

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

.. a mama – kwoka za nią, z parasolem jak z baldachimem. No bo przecież na zmoknięcie nie wolno sobie pozwolić, jeśli to konieczne nie jest.

 

P6050854edited

 

 

Gdy wlazłyśmy owe 45 m w górę, deszcz poszedł sobie dalej, a my stanęłyśmy przed morzem dżungli.. Żal jedynie, że widoczność nie pozwalała na zobaczenie piramid El Mirador, tych w Gwatemali, podobno najwyższych w majańskim świecie..

 

P6050853 

Za to obok, po prawej stronie zauważyłyśmy kolejną, bardzo wysoką piramidę. Tym razem tylko mama Asia na nią się wspięła, towarzystwo natomiast zasiadło w cieniu, wyciągnęło kanapki i rozpoczynając konsumpcję, zaczęło puszczać piosenki z „Frozen”. Ku uciesze Gai, ma się rozumieć.

 

P6050862

 

Calakmul, na dzień dzisiejszy obejmuje 70 km kwadratowych, z rozpoznanymi 6250 najróżnorodniejszymi budowlami. Dojazd do niego jest długi i najeżony niespodziankami, niemniej jednak jeśli my z Gajką dałyśmy radę – wy także dacie. A warto, bo widok Struktury II i widok z tejże piramidy – niezapomniany..

 

P6050864a

 

Na sam koniec, gdy już prawie wsiadałyśmy do samochodu, nad naszymi głowami zaczął się ruch. Podniosłam głowe. Na drzewie obok zagościło stadko tukanów, tych pięknych, kolorowych, które zawsze chciałam zobaczyć. Przyglądałam im się przez chwilę, uśmiechając się w duchu. Życie jest piękne, prawda?..

 

Ps. Koszty imprezy:

  1. 50 pesos za wejscie na teren Rezeerwatu w którym, 60 km dalej leży kompleks ruin.
  2. 50 pesos opłaty dla lokalnej społecznosci – pobierane w połowie drogi. Nam się udało, bo skończyły się branzoletki – potwierdzenia opłat. Poinformowali nas tylko, że takowa opłata isnieje i pożyczyli dobrego dnia.
  3. Wejście we właściwe ruiny – 46 pesos.

    W sumie wychodzi więc ok 150 pesos plus opłata za samochód.
    Oglądać można między 8 a 17 – w każdy, bez wyjątku, dzień tygodnia.

    Wybierając się do Calacmul należy zaopatrzyć sie we wszystko, bo na miejscu są tylko napoje gazowane i to w bardzo ograniczonym asortymencie i po słusznie wyższych cenach.

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

7
Dodaj komentarz

avatar
6 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
Bestia PeludaTomekBlogerzy ZeŚwiataAgnieszka SasinJadzia Lach Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Tomek
Gość
Tomek

Hejka. A jak wyglada nocleg w calakmul? Tzn czy jest to legalne? Wycieramy sie tam za 4 tyg. I chcemy nocowac na hamakach w dzungli.

Gość

Wow! Jesteśmy pod wrażeniem! Gratulujemy! 🙂

Gość

Pieknie napisane brawo dziewczyny

Gość

Brawa dla dziewczyn! 🙂

Gość

Bylam tam – piękne miejsce:) Jak Wam jest w Meksyku?

M.
Gość
M.

Wróciłam dziś kolejny raz do tego wpisu, bo to miód na moje serce. Dzieje się źle w moim życiu, potrzebowałam się więc upewnić, ze to złe może przynieść coś dobrego :-* dziękuję!

x

Check Also

Andy

– Słuchaj, Asia. Musze wpaść do domu po drodze. Do Mazatlan. Zmienić ...