Home / Ameryka / Meksyk / Dzieci cd

Dzieci cd

cd

Dzieci są tu bardzo samodzielne. Musza być, bo są zdane na samych siebie. Przyglądam się rodzinie mieszkającej po sasiedzku, takiej zwykłej, tutejszej. Piątka dzieci, z tego dwójka nie więcej niż półtora roku. Pozostałe – może z 5, 6, 7. Obserwuję ich i serce mi się kroi. Dzieciaki przez cały dzień bawią się na betonowym gzymsie domu – starsze ubrane w koszulki spódnice lub spodnie – mniejsze tylko w podkoszulki. Siedzą gołą pupą na betonie w tych swoich bluzeczkach, gdy my z Gajką okrywamy sie koszulą i bynajmniej nie zdejmujemy długich spodni. Dzieciaki mają gile po pas, geste, zielone, które rozmazują sobie po buzi. Nikt ich nie wyciera, bo i po co – i tak zaraz znowu się pojawią, poza tym rodzice mają swoje codzienne zadania, których wycieranie nosa nie obejmuje. No bo trzeba ugotować, uprać, pojść w pole i tak dalej. Więc starsze dzieci opiekują się młodszymi. Widzę tu na przeciwko taką sześciolatkę tachającą swoją półtoraroczną siostrzyczkę i mam przed oczami swoją babcię, która nie raz opowiadała, jak jako malutka dziewczynka mamowała swojemu najmłodszemu braciszkowi, jak musieli wszyscy pracować w polu, pomagać rodzicom. Była ich siódemka, a babcia Emilka jako najstarsza szybko musiała dorosnąć, biorąc na siebie część obowiązków mamy. Tak jak dzieci tutaj i w innych ubogich zakątkach świata.

dzieci1

Podchodzę do grupki dzieci. Gaja bawi się z dziewczynkami w gonitwy, pozostałe nadal przebierają laleczki. To spory rarytas – bo chociaż w meksykańskich miasteczkach take laleczki można kupić na każdym rogu, tutaj mało która dziewczynka taką lalkę posiada. A Gaja w dodatku, dzięki uprzejmości Ronaldo ma tych ubranek całkiem sporą stertę. Staję obok dzieciaków, dyskretnie im się przyglądając. Nagle, wśród gąszczu rąk zauważam dłonie, które sprawiają, że tracę dech. Brodawki! Ale nie jakieś małe, dyskretne. Wielkie, olbrzymie porastające ręce dziewczynki. Zaraz zauważam drugie takie ręce – chłopczyka drobniutkiego, ubranego w zasadzie w szmaty, bo nie umiem inaczej nazwać tak znoszonego, szkolnego uniformu. Na nogach ma trzewiki za małe o kilka rozmiarów – obcas, który powinien byc pod piętą przesunął się w kierunku śródstopia, napiętek natomiast, nie wytrzymując rosnącej nogi pękł, pozwalając gołej pięcie wytchnąć na zewnatrz. Chłopiec jest brudny i trochę wycofany, ale gdy bierze w ręce laleczkę, świecą mu się oczy.

Mi natomiast uginają się kolana. Gwałtownie szukam w pamięci informacji na temat wirusa brodawczaka ludzkiego, w pamięci niestety dziura. Pod pretekstem pojścia na obiad kończę więc szybko zabawę, oddzielam laleczkę i ubranka podejrzane o zadzumienie, żegnamy się z Gajką i ruszamy w kierunku domu. Towarzyszy nam wciąż grupka wesoło paplających dziewczynek. Lody zostały przełamane, przyjaźnie nawiazane.

– Brodawczak, brodawczak..  Co robic? – mielę w głowie. Pamiętam, że ten wirus jest całkiem wrażliwy na temperature. Ale nie pamiętam na jaka. Gorąca woda wystarczy? Czy może to miał być wrzątek?  Najlepiej sprawdzić w internecie, tyle że internet w ośrodku za wioską. Przedwczoraj i wczoraj nie działał. Dziś pewnie też nie. Postanowiam więc zrobić to co mogę i co zawsze należy zrobić – kilkukrotnie szoruję Gajkowe ręce gorącą wodą z mydłem, a potem piorę laleczki i ich ubranka, po czym – porządnie wyprane, zalewam dodatkowo wrzątkiem. Ku mojej radości ani ubranka, ani laleczki nie deformują się od temperatury, wiec jeszcze na wszelki wypadek układam je na blaszanym daszku, by słońce dodatkowo wyparzyło je swoją mocą.

Gdy dzień później rozmawiam z doktorem w Ośrodku, ten nie kryje smutku.

– Tak, oczywiście, że znam ten problem – te brodawczaki to prosta sprawa, nie raz proponowaliśmy rodzicom, że zabierzemy dzieci na dół, zrobimy im zabiegi, nawet znaleźliśmy sponsora. Rodzice mieli opłacić tylko jedzenie. I co? I nie zgodzili się. Tu ludzie żyją wciąż tak samo, jak sto lat temu. I tak sukces, że już przychodzą do ośrodka zdrowia po pomoc, bo kiedy zaczynałem tu pracę, leczyli się tylko u szamanów. I długo było tak, że jak coś się działo, to wzywali marakame (huicholski szaman), mi nie ufali. Dużo czasu minęło, zanim zaczęło się to zmieniac, nim nabrali zaufania, że i my możemy im pomóc..

– A długo już pan tutaj pracuje?

– W San Andres? Od 30 lat..

Zamyślam się. Ośrodek jest bardzo prościutki, wyposażony w bardzo podstawowy zestaw leków. A ludzi dotykają przecież różne rzeczy.

– A co pan robi, jak przywożą kogoś z zawałem? Albo, nie wiem, z wyrostkiem robaczkowym?

– Jak jeszcze jest czas, to probujemy zwieść go na dół. W Huachuaquilla jest szpitalik, robią tam proste operacje.

Przełykam głośno ślinę, przypominając sobie stan drogi. W zasadzie mam wrażenie, że kratery na księżycu są mniejsze niż dziury, które usiłował wyminąć kierowca naszego terenowego collectivo. A karetka stojąca za ośrodkiem bynajmniej na terenową nie wygląda..

– A ja nie ma czasu? Przecież do Huachuaquilla zjeżdża się ponad 3 godziny! – zadaję pytanie

Lekarz rozkłada bezradnie ręce.

– Jak nie ma czasu? Wtedy zostaje nam już tylko modlitwa.

 

babcia

 

 

.

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Jacek Andruchowicz Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Gość

Asiu. Zamyślenia są dobre. Dobrze że piszesz ☺️ o tym. Pozytywnie pozdrawiam

x

Check Also

Andy

– Słuchaj, Asia. Musze wpaść do domu po drodze. Do Mazatlan. Zmienić ...