Home / Ameryka / Meksyk / Kultur zderzenie

Kultur zderzenie

Byłyśmy prawie ostatnimi ludzmi opuszczającymi ruiny Ek Balan, starego majańskiego miasta, oddalonego 40 km od Valladolid. Ceny dojazdu były horrendalnie wysokie, bo choć ruiny leżały stosunkowo blisko cywilizacji, droga do nich nie należała do uczęszczanych, a przynajmniej druga jej część.  Z google map i rad innych viajeros (podróżników) wynikało, że najpierw należy wyjść na wylotówkę, potem złapać stopa w kierunku wybrzeża, a na koniec złapać stopa, z którym można przeskoczyć 7 km pewnej dróżki przez dżunglę. Z naszych doswiadczeń wynikało natomiast, że wszędzie, gdzie jeżdżą turyści, stop funkcjonuje dobrze. Różnie bywa co prawda z drogą „do”, ale droga „z” paradoksalnie jest łatwiejsza. Wystarczy iść na parking i porozmawiać z ludzmi – w każdym prawie aucie, autobusie czy busie są miejsca wolne, więc jeśli tylko kierowcy czy turyści będą życzliwi – zabiorą. A jeśli nie, zawsze zostają jeszcze pracownicy, którzy wracają do domu.

 

 

Szłyśmy więc na parking pełne wrażen, wzbogacone o całe naręcza nowych informacji, którymi dzielił się z nami przewodnik zaprzyjaźnionej w ruinach wycieczki. W głowach miałyśmy widok z pałacu, którego schody wiodły daleko ponad poziom dżunglii, a na które Gaja ze śpiewem na ustach się wspinała. Siedziałyśmy długo na jego dachu, z głową pod chmurami, wpatrując oczy w morze brązowooliwkowej, przyniecionej tropikalnym słońcem dżunglii, myśląc sobie o tych ludziach, którzy dawno temu żyli tutaj zwyklym, normalnym, ludzkim życiem, z wszystkimi jego radościami i bolączkami.

P4210364a P4210366a P4210374a

 

To tutaj właśnie, na szczycie pałacu spotkałyśmy Miguela, przewodnika z Ek-Balan, śniadego, energicznego mężczyznę, który zaczepił nas na górze.
– Skad jestescie dziewczyny?
– De Polonia!(z Polski!) – wyreczyla mnie w odpowiedzi Gaja
– De Polonia.. – powtórzył machinalnie śniady mężczyzna – DE POLONIA??? Nagle jego oczy otworzyły się bardzo szeroko – Na prawdę??? Bo ja miałem żonę Polkę! Mieszkałem w Polsce kilka lat! Jejku, co Wy tu robicie??? Przecież tu prawie nie ma Polaków – a tu dwie dziewczyny! W zasadzie.. półtora! – uśmiechnął się, spogladając na moją córuchnę.

 

Miguel mowił pięknie po polsku. Z charakterystycznym, latynoskim zaśpiewem wypowiadał słowa, wzbudzając mój podziw nad jego lingwistycznymi zdolnościami. Jego grupa przysłuchiwała się naszemu „szszrzrz” z podobnie bałwochwalczym zachwytem. Więc szeleszcząc polską wymową opowiedział mi w dwóch słowach historię swojego życia, uściskał serdecznie i poleciał dalej, oprowadzać wycieczkę Hiszpanów, bo przecież w pracy był, a turyści z euro w kieszeni to prawdziwy skarb.

 

P4210370a

 

Robiło się późno. Zbliżała się piąta, godzina zamknięcia ruin. Złapałam Gajkę za rękę i szybciutko ruszyłyśmy w kierunku parkingu. Niestety, cała operacja dotarcia do El-Balak – wyjście poza miasto, złapanie stopa, a potem dwóch innych, wiozących nas bezpośrednio do leżących na uboczu ruin zajęła nam sporo czasu. Na szczęście wystarczyło go, by nasycić się miejscem – zobaczyłyśmy wszystko co trzeba, poznałyśmy ciekawych ludzi, popatrzyłyśmy na świat z dachu pałacu – do zrealizowania zostawał już tylko ostatni punkt wycieczki – powrót do domu.

 

 

Weszłyśmy na parking. Uuuu.. pusto. Jeden samochód, nie licząc stojącej za bramą taksówki. No i auta pracowników. W samochodzie rodzina – tata, babcia i może trzymiesięczne bobo. Tył auta, nie licząc fotelkia dziecka, puściusieńki. Podchodzę więc i zagaduję:
– Dzień dobry. Czy może Państwo będą teraz wracać do Valladolid?
Zaskoczony, duży, różowawy blond facet kiwa potakująco głową.
– Bo my mamy małą prośbę. Otóż nie ma tu publicznego transportu – czy ewentualnie możnaby z Państwem zabrać się do miasta?..
Gość patrzy na nas, potem zamienia parę słów z kobietą. Akcent i wygląd bez wątpienia wskazuje na ich pochodzenie. Stany, przeca to jasne.
– Wie Pani co, chcielibyśmy Pani pomóc, ale raczej nie możemy. Nie mamy drugiego krzesełka dla dziecka.

 

Otwieram oczy w gigantycznym zdumieniu. Nie maja krzeselka??? I to ma być powód, dla którego nas chcą zabrać??? Tu, w kraju latino, gdzie na jednym motorze potrafi jechać piątka Meksykańczyków, a pasy się zapina się tylko na widok policji??? Ja rozumiem zasadność krzesełka, wiem doskonale, dlaczego pasy ratują życie, ale na bogów – przecież to nie może być powód odmowy podwózki, nie tu, nie na tej ziemi!..

 

– Panie.. – próbuję rozmawiać nieśmiało – Jesteśmy w Ameryce Łacińskiej.. Tu nie używają krzesełek dla dzieci. Tu mało kto pasów używa. Robi się późno.. Do miasta to tylko 30 min autem.. Proszę nas zabrać, bardzo prosimy..
– Nie mogę, prosze mnie zrozumieć. To kwestia Waszego bezpieczeństwa. A jak się coś stanie po drodze? – mówi Amerykanin i czuję, że mówi to serio – Do końca życia sobie tego nie wybaczę. Nie mogę Was zabrać, przepraszam..
– Panie, dużo bardziej niebezpiecznym dla nas będzie, gdy nas na tym odludziu zostawicie! – mówię zrozpaczona, nie umiejąc zrozumieć tego toku rozumowania – Zabierzcie nas przynajmniej do drogi, to tylko 7 km przez dżunglę, nikt tędy przecież nie jeździ, a potem  tam już sobie coś złapiemy!..
– Nie mogę, proszę mnie zrozumieć! A jak wyskoczy jakieś zwierzę?.. Albo zjedziemy do rowu?..

 

Słucham – i nie mogę uwierzyć w to co słyszę. Widzę, że ta argumentacja jest szczera, że amerykański ojciec rodu na prawdę jest przekonany, że robi dobrze, że na prawdę wierzy w to, co mówi. No tak, zwierzę może wyskoczyć zawsze. Ale droga jest tak wąska, że przecież pojedziemy wolniutko. Przecież mamy połrocznego bobasa na pokładzie. Zjechać na pobocze? Nie rozumiem, jakie okoliczności mogłyby spowodować nasze lądowanie w rowie. Nie, prawdopodobieństwo obu zdarzeń oscyluje w okolicy zera. No chyba że w skórze Amerykańca kryje się groźny, świadomy swej nieobliczalności wariat.

 

– Panie – probuję po raz ostani – proszę. Podwieźcie nas do drogi, tylko do głównej drogi. Tylko 7 km przez dżunglę. Ja z małą będę tam szła ponad godzinę.
– Proszę mnie zrozumieć – niebieskie oczy Amerykańca wpatrują się we mnie błagalnie – Nie mogę. Zasady po coś są. Nie można ich łamać. Chcesz, to opłacę Wam taksówkę.

 

Nie, nie chciałam. Nie rozumiałam tego sposobu rozumowania. Taksówka może nas zabrać bez krzesełka, ale pan z Ameryki już nie? Czyli jeśli wyskoczy nam zwierz, lub zjedziemy do rowu (?!) ów Amerykanin będzie mógł spać snem sprawiedliwych, a winnym będzie taksówkarz? Co za pokręcony sposób rozumowania, rozgrzeszenia się z poczucia winy.

 

I jeszcze o tych regułach. Tak, bez wątpienia reguły porządkują życie. Ale czy doprawdy są dogmatami? Czy nigdy, przenigdy nie dopuszczają wyjątków? Być może przemawia tu moja polska mentalność, inna od amerykańskiej, ale zdecydowanie uważam, że reguły są dla ludzi, a nie ludzie dla reguł.

 

 

Zarzuciłam więc Gajkę na grzbiet i, wciąż kręcąc głową ze zdumienia, ruszyłyśmy do głównej drogi. Ostatecznie dzieliło nas tylko 7 km. Miałyśmy wodę, trochę rodzynek na przegryzkę i repelent – na wszelki wypadek. Emocje się uspokajały, w głowie kluła się nowa migawka, temperatura spadała, wchodząc w granice przyjemnej. Szło się dobrze, zresztą liczyłam, że ktoś z pracowników zatrzyma się i podrzuci nas w kierunku cywilizacji. Zabrała nas.. taksówka! A dokładnie dziewczyna z Rosji, którą widziałam w ruinach. Chodziłyśmy mniej więcej w tym samym tempie, uśmiechając się do siebie z daleka. Okazała się być samotną podróżniczką, choć podróżującą w innym niż my standardzie. I to ona właśnie zatrzymała się taksą i zaproponowała nam podwózkę – prościutko na rynek w Valladolid, skąd do naszego hosteliku były przysłowiowe dwa kroki. Kolejny cud podróży, piękny gest człowieka, dostrzegającego innych w potrzebie.

 

 

 

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

14
Dodaj komentarz

avatar
9 Comment threads
5 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
7 Comment authors
marcinpodpisbestiaPLSceptycznie Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
marcin
Gość
marcin

Zachowanie amerykanów to jest inny stan umysłu. Tego czasem się nie zrozumie. Tak jak w tej historii.

PL
Gość
PL

Oh, a ja doskonale rozumiem tego gościa, chociaż sama tak bym się nie zachowała. Jak piszesz, był on przekonany o swojej racji i było mu przykro. Takie postępowania prawdopodobnie wymusił więc system prawny w USA i zasady odpowiedzialności. Czasami milionowej. Przypuszczam, że w USA kierowca jest wyłącznie odpowiedzialny za przejazd dziecka bez fotelika. Faktycznie, gdyby coś nie daj Boże się stało, w razie ciężkiego wypadku …. Pewnie niejeden kierowca musiał w takiej sytuacji sprzedać swój dom, aby zapłacić ogromne odszkodowanie na rzecz poszkodowanego dziecka lub jego rodziny. A okoliczność, że sama matka prosiła o podwiezienie, pewnie nie miała nic do… Czytaj więcej »

Sceptycznie
Gość
Sceptycznie

Nie rozumiem skad to zdziwienie, ze ktos nie chce sprzeniewierzyc sie swoim zasadom. Zagladam na Pani blog od czasu do czasu i wnioskuje z innych wpisów, ze dla swoich zasad wymaga Pani szacunku (n.p. sprawa Rodolfo i jego podejscia do dzieci), wiec dlaczego nie uszanowac zasad Amerykanina? W koncu nie kazdy musi sie wzruszac tym, ze Pani pragnie podrózowac tanio. Sama Pani chciala. Gdziez ta tolerancja i zrozumienie Innego, które podobno wykazuja podróznicy? I którego zreszta oczekuja od innych, jak wynika z opisu zdarzenia. Wiem, ze zazwyczaj komentuja tu sami entuzjasci i moze mój komentarz bedzie uznany za niezyczliwy, ale… Czytaj więcej »

Mario
Gość
Mario

Kolejna ciekawa opowieść. Mim wszystko spotykasz dobrych ludzi na swej drodze. Ty razem Rosjanka widział w Tobie bratnią duszę i wyciągnęła pomocną dłoń. Słowianie szybciej zrozumieją się nawzajem.
Czytam Twoje kartki z pamiętnika podróży.
Wielki szacun. Masz jaja dziewczyno. Trzeba mieć sporo odwagi i charakteru, aby wyruszyć w taką niesamowitą podróż.

Gość

Ja bym was podwiozla bez fotelika 😉 mieszkam w Stanach od 19 lat… Pozdrawiam ..

Gość

Ales Ty Hamerykanka z nabytku, a nie z urodzenia. Mysle, ze to duuuuza roznica. Dziekujemy <3

Gość

Jak to mowi moj szef jak sie wkurzam na bezmyslnosc – ” common sense is not common” – dodam ze jest amerykaninem z nabytku

lavinka
Gość

Amerykanie są bardzo zasadniczy, w każdym razie większość. Wychowanie. Tam odejście od zasad jest rzeczą najmocniej karaną, niezależnie od powodów. Z jednej strony to dobrze, bo w cywilizowanym świecie to się sprawdza, ale… w dżungli obowiązują inne zasady, a tu już z elastycznością krucho. Z drugiej strony drażni mnie w Polakach łamanie zasad na zasadzie „bo tak”, totalnie bezmyślnie, ze szkodą dla siebie i innych.

Gość

no cóz dlatego właśnie bojkotyję Stany, nie jeżdzę tam i nie odpowiada mi kompletnie ich sposób rozumowania…jestem na NIE

Gość

Jak to przeczytalem to sie sam do siebie smieje, bo wiele razy sam bylem swiadkiem podobnych sytuacji 🙂
Dla ludzi, klimatu i widokow warto tam byc.
Trzymam kciuki!

x

Check Also

Andy

– Słuchaj, Asia. Musze wpaść do domu po drodze. Do Mazatlan. Zmienić ...