nie przegap
Home / Ameryka / Meksyk / San Cristobal – epoka lodu

San Cristobal – epoka lodu

Z Bruniną żyło nam się dobrze i trudno za razem. Zagościłyśmy w jej maciupeńkim jak norka dla myszki mieszkanku i przez moment było dobrze. My nie mogłyśmy się nagadać, dziewczynki – nabawić. Ale już drugiego dnia wiedziałam, że musimy szukać innego miejsca. Nie byłyśmy w stanie dostosować sie do reguł domu, prostych i trudnych zarazem. Gaj nie rozumiał, dlaczego musi odkładać zabawki, które położył na chwilkę na podłodze z powrotem na półki, bo przecież one były tak kolorowe i śliczne, że Gaj chciał miec je kolo siebie cały czas.
– Przecież posprzątać można potem – skarżyła mi się na uszko Jej Maleńkość – ja chcę się bawić tymi wszystkimi zabawkami..
– Takie są reguły domu – tłumaczyłam Jej Maleńkości cichutko – jesteśmy tu gośćmi, jeśli chcemy bawić się tymi zabawkami – musimy ich przestrzegać..

 

p6120174

 

Maluch robił smutną minkę, kiwał głową i z bólem małego serduszka podnosił lalę z podłogi i stawiał ją na półce.
– Nie tu – mówiła Brunina – lalki mieszkają na górnej półce.
Przesadzałyśmy więc lale na właściwą półkę, a ja – pomimo tego, że wiedziałam, iż te restrykcyjne zasady biorą się z niezwykłej maleńkości przestrzeni, na której dziewczyny żyły, czułam jak trudno Małej za nimi podążać. Zresztą nie tylko Małej – Bruniny córeczka też zapominała się w zabawie z Gają i po chwili półki pustoszały, łóżko zasłane było lalkami, ubrankami, torebeczkami i mikromebelkami, a Bruninie z przerażenia ogromniały oczy.

 

p6130221

 

Mi było znów trudno z inną zasadą. Otóż w San Cristobal było zimno. W dzień temperatury oscylowały pomiędzy 12-18 stopni, w nocy spadały do zera. Dla nas, od pół roku egzystujących w tropiku to był termiczny szok. A Brunina otwierała okno na oścież, po czym szła spać w najdalszy kącik domu, za drewniane przepierzenie. A na nas, prosto z okna wiało lodem. Wstawałam więc w nocy i zamykałam okno. Po czym rano wstawała Brunina, mówiąc, że jest tak gorąco, że spać nie może. A my z katarem po kolana kroiłyśmy cebulę na domowy syropek.

Nie chcąc więc zaziębić nas totalnie, wzięłam się na sposób. Otóż szłyśmy wszystkie spać o 21.30. Nastawiałam więc sobie budzik na 23 – wówczas zamykałam okno, a potem na 5.30 – wówczas wstawałam raz jeszcze i  otwierałam okno – i zdaje się, że to było właśnie salomonowe wyjście z sytuacji. Brunina wstawała wyspana, a my leczyłyśmy katar.

W dzień także temperatury nas nie rozpieszczały. Nagle mój plecak zrobił sie szczuplutki, bo polary i kurtki powędrowały na nasze ciałka, zdziwione zimnym górskim klimatem. No i właśnie w tym plecaku brakowało pewnego ważnego w tych polarnych warunkach elementu. Nie było moich trekkingowych spodni.
– Przedziwne – rozmyślałam – ostatni raz ubierałam je pół roku temu w Gwatemali. Miałam je w plecaku, złapały pleśń, prałam potem u Wiolki.. A może prałam i u Rodolfo.. Może tam zostały.. No nic, musze obdzwonić wszystkich moich meksykańskich hostów – postanowiłam optymistycznie– spodnie nie igła, muszą się znaleść.

No i zaczęłam dzwonić. U Wiolki nie ma. U Tonio w Chichenitza nie ma. U Izy, Arturo i Pablo też nie. Ostatnia nadzieja – Rodolfo. Dzwonie, Rodolfo przekopuje dom – bez rezultatu.

Jestem załamana. Moje stare, trekkingowe spodnie nie mogły tak po prostu wyparować. Hostom wierzę – to uczciwi ludzie, nie ma nawet gadania. Więc co z tymi spodniami się stało?.. Ot, zagadka.. Niemniej jednak konsekwencje straty są takie, że zadek mi marznie.

Trzeba działać. Doraźnie kupuję ciepłe getry, a potem pytam Polaków mieszkających w Meksyku, gdzie trekkingowe spodnie kupić można. Lekkie i szybkoschnące, z odpornej na rozdarcia materii.
– W Polsce – odpowiadaja zgodnym chórem – Ewentualnie możesz ściagać ze Stanów. W Meksyku? Zapomnij kochana, tu nie ma sklepów turystycznych, takich jak w Europie.

No to kicha. Nienawidzę zakupów przez internet. Zdaje się, ze jednak tym razem nie mam wyjscia. Sprobuję więc z Polski, ale będą najwczesniej za miesiąc. – Trudno, jakoś przetrwam – myślę, patrząc niechętnie na namakające szybko i wolno schnące getry, po czym oślniewa mnie. Przecież Wiolka jest w Polsce, za pare dni wraca do Meksyku. Pisze wiec maila, odpowiedz przychodzi błyskawicznie – działaj, przywiozę, wracam za tydzien! No więc działać muszę szybko. Przeglądam więc oferty. Takich spodni jak miałam już oczywiscie nie ma. Nie jestem zaskoczona, kupowałam je 6 lat temu. Więc wybieram inne, podobne, licząc że będą podobnie do starych – dobre. Wgapiam się w zdjęcia jak sroka w kość, ale wcale nie jestem pewna, czy faktycznie będą mi służyc. Bo ze spodniami dla mnie tak bywa, że jak talia dobra, to udo obciska, jak udo dobre, to talia na 5 miesiąc ciąży i nawet pasek nie pomoże. A takie spodnie, na włóczęgę, to jak piżama wygodniutkie być powinny. Obmierzam się więc najlepiej jak umiem i pisze do Karoliny o pomoc. Karola wie wszystko na temat sprzętu turystycznego, a jesli czegoś nie wie, to ma setkę przyjaciół, których może zapytać o radę. Selekcjonujemy więc spodnie razem, pada na piaskowe o nic nie mówiącej mi nazwie Nagev. Karolina mówi, że w poniedziałek po pracy poleci je przymierzyć i zda mi relację, czy faktycznie są takie fajne. Jest piątek wieczór. W następny piątek Wiola wraca do Meksyku.

Mam mało czasu. Piszę więc do kilkunastu sklepów, które w ofercie te wykukane spodnie i zamieniam się w oczekiwanie. Odpisują mi raptem dwa, w tym dystrybutor Milo na Polskę. Zaczyna się gorączkowa wymiana maili. Mierzę się jeszcze raz – p. Darek mierzy spodnie. Dzielę się wątpliwościami, sprawdzam po raz kolejny specjalistyczne fora, miedzy San Christobal i Dąbrową Górniczą czerwienieje linia, p. Darek z cierpliwością mnicha odpowiada na pytania, rozwiewa wątpiwości, sugeruje rozwiązania. Wreszcie zamykam oczy i podejmuję decyzję. Nie ma więcej czasu. Trzy dni potem wybrane spodnie lądują u Wiolki w walizce.

Mniej więcej w tym samym czasie kurier odbiera z magazynu firmy Explo dziecinna, puchową kurtkę. Ma być nieco na wyrost, tak by – gdy za jakiś czas ruszymy w chłodne rejony – służyła Gajce dzielnie. Panu Jerzemu i także wierzę w ciemno. Wszak własnie na niego, 4 lata temu przyszła pewna, bardzo smutna dziewczyna z dzieckiem w chuście, prosząc o uszycie śpiworka. Takiego profesjonalnego i oczywiście na wyrost. Siedzieliśmy więc razem nad próbkami materiału i pierza, zastanowiając się co użyć, by śpiwór był lekki, ciepły i ekhm.. nieburdliwy. Przynajmniej wizualnie. Tydzień później odebrałam półkilowe zawiniątko, które ruszyło z nami w podróż, ogrzewając Gajkę w zimne noce.. Pan Jurek dziewczyny nie pamięta, ale śpiwór – owszem. I teraz, 4 lata później dokłada do niego cieplutką, puchową kurteczkę i bardzo serdeczny email..

 

kurtka1

 

Jaka to była radość otwierać paczkę z dalekiego kraju. Oprócz spodni, które faktycznie okazały się być strzałem w dziesiątke oraz kurtki, w której nawet na biegun możnaby podróżować, w środku były bandamki i naklejki od p. Darka, śliczna, różowa kangureczka dla Gajki od Reni Głuśniewskiej i tysiąc innych przydatnych w podróży drobiazgów od mamy. I CZE-KO-LA-DA! Prawdziwa, polska, slodziutka czekolada..

Panu Darkowi, Panu Czesławowi, Wioli, Reni Głuśniewskiej, Karolinie, Rodzicom oraz wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że paczka w ekspresowym tempie dotarła do Chiapas, ratując nas ze szponów górskiego zimna – serdecznie dziekuje!

Ps. Przy okazji tego postu chciałabym podziekować także firmie Małachowski. To było ponad rok temu, gdy bloga jeszcze nie było, youtube nie było, a wszystkie notatki lądowały w małym zeszyciku, bo podróż już trwała od bardzo dawna.. Wtedy podarł się Dużej worek na śpiwór. Służył sto lat i w sto pierwszym roku swej służby odmówił posłuszeństwa, wybuchając skargą drącego się materiału. Nie było już co zszywać. Miła Pani, która obsługiwała moją mamę tłumaczącą jaki to wór potrzebny jest Dużej i na jaki śpiwór uśmiechnęła się miło, po czym tak poprostu nam ten worek podarowała.

 

pc150117edited

 

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
x

Check Also

Andy

– Słuchaj, Asia. Musze wpaść do domu po drodze. Do Mazatlan. Zmienić ...