Home / AZJA / Filipiny / Hanging Coffins, Sagada. Niespodziewane odkrycie.

Hanging Coffins, Sagada. Niespodziewane odkrycie.

Droga

Wykończone całodzienną podróżą, nasz pobyt w nowej prowincji postanowiłyśmy rozpoczać od niedługiego treku, który wyglądał na nieuczęszczany, tak, by przyjrzeć się okolicy, pobyć trochę samemu w górach, a i zdążyc do domu przed zapowiadanym deszczem.

Spakowałam więc prowiant, wodę i zeszłam z maluchem na przystanek jeepów tuż pod naszym hotelu w Bontoc (wytargowałyśmy pokój w cenie 340peso)

Jeep (50 peso) wypełnił się w niecałe pół godziny, po czym ruszyłyśmy. Droga była duższa, niż się spodziewałam. Przejechanie 20 kilometrów dzielących nas od Sagady zajęło dymiącemu jak z komina jeepneyowi całe 50 minut, za to widoki roztaczające się z okna były obłędne! Maluch piszczał z zachwytu, ja piszczałam obok malucha, a miejscowi ludzie, którymi wyładowany był bus otwarcie cieszyli się z naszych reakcji.

 

 

– Pięknie u nas, prawda? – rzuciła jedna ze staruszek, podając Gajce paczkę herbatniczków – Weź dziecko, smacznego..

Gaj popatrzył na mnie i widząc przyzwolenie w oczach wyciągnął swą małą łapkę.

– Salamat po! (Dziękuję bardzo!)– rzekł uprzejmie, po czym aż podskoczył na siedzeniu.

Dzień zaczynał się pięknie!

 

Szlak

Jeep wyrzucił nas dokładnie tam, gdzie mapa wskazywała początek szlaku. Choć obok trwała budowa, znalazłyśmy ścieżkę i gdy tylko zaczęłyśmy schodzić w dół, prawie zawróciłyśmy.

 

wejscie na szlak do Hunging Coffins

Wąskie wejście na szlak znajduje się tuż przy prawej stronie budynku, na wysokości bagażnika zaparkowanego samochodu.

 

Dwa średniej wielkości, podwórkowe Burki biegły w naszym kierunku, wściekle ujadając.

Błyskawicznie schyliłam się po kamienie.

Gdy podniosłam głowę, Burki wiały z podkulonym ogonem.

Odetchnęłam.

Z kamieniami w garści szłyśmy jeszcze dłuższy kawałek, na szczęście domy skończyły się szybko i widać było jasno, że wraz z domami skończył się i problem atakujących psów.

Szło się pięknie. Ścieżka była zarośnięta, prowadziła wzdłuż strumienia, po prawej i lewej zbocza wąwozu, pięknie, cicho, zielono.

Gaj na szlaku

Gaj na szlaku zwykle nie idzie po szlaku.

No, cicho to może nie, bo Gaja z tej radości wielkiej wyśpiewywała w niebogłosy improwizowane piosenki.

Nagle szlak niespodziwanie skręcił  i zaczał spadać w dół.

 

Podziemna rzeka

– Tu jest jaskinia mamo! – zawołało moje dziecko – Chodź zobaczyć!

Podeszłam.

Faktycznie, zobaczyłam oko jaskini, a w środku światło i rzekę..

 

underground river sagada

Gaja zobaczyła niewielkie wejście do jaskini. Przez moment pomyślałam, by iść dalej, ale ciekawość zwyciężyła.

 

– Gaja! Tędy płynie podziemna rzeka! O rany! Schodzimy! Musimy objerzeć ją z bliska!

Rzeka była i boska, i straszna. Straszna, bo ja jednak człowiekiem światła jestem i mroki ziemi budzą we mnie trwogę. Gajka chyba podobnie myślała, bo podeszłyśmy tylko troszkę do ciemności skąd wytaczała się z szumem woda. Dalej zdecydowanie nie miałyśmy ochoty, za to z przyjemnością zrobiłyśmy sobie przerwę w jaskini.

 

underground river Sagada

Jaskinia z wypływającym z niej strumieniem. NIE JEST  zaznaczona na maps.me, ale szlak prowadzi tuż przy niej, raczej nie da się jej ominąć.

 

– Mamo, mamo! Stalaktyty! Pamietam! Literka T doczepia je do sufitu! O!, a tu stalagmit! Bo literka M wyrasta z ziemi!

Dumna byłam i blada. Wiedzę ową wyniosła Gaja jeszcze z jasknini w Tajlandii, gdzie byłyśmy rok temu. Zostało w główcke, super!

– Popatrz, a tu inne strumyki wpadają do tej rzeki! I jakieś żyjątka są w tej wodzie! O rany, rośliny rosną na suficie! – Gaja jak katarynka relacjonowała natychmiast swoje odkrycia. No bo i faktycznie, to wszystko w jaskini się działo, to wszystko można było obserwować, siedząc sobie ile się chciało, bo po swojemu szłyśmy, bez zobowiązań względem drugiego człowieka czy nie dajcie bogowie, grupy.

 

 

Ruszyłyśmy, gdy pierwszy grzmot głuchym łoskotem przetoczył się przez jaskinie.

– Mamo, burza! Burza idzie! – krzyczała Gaja, dostając natychmiastowego przyspieszenia.

Faktycznie. Na końcu doliny widziałam gromadzące się czarne chmury.

 

underground river, entrance, Sagada

Miejsce, gdzie rzeka wypływa z jaskini. Na pierwszym planie widoczna grobla, przez którą należy przejść na drugą stronę strumienia. Szlak jest jednoznaczny, nie ma szans na pomylenie drogi.

 

– Mamo, daleko jeszcze? – zapytała Gaja oglądając się co rusz za siebie.

Nie, daleko nie było. Cała zaplanowana droga – jak wynikało z mapy miała może ze 2 km. Szłyśmy więc sobie już nieco szybciej, gnane perspektywą zlewy, po czy gaj wrzasnął:

– Mamo, kolejna jaskinia!

 

cave, Echo Valley, Sagada

Jaskinia na szlaku. Ta JEST ZAZNACZONA na maps.me.

 

Ta już nie była tak widowiskowa, jak poprzednia, za to wionęło tu wilgotną tajemnicą, skapującą ze sklepienia tysiącem kropel.

 

Niespodziewane odkrycie

Poszłyśmy dalej. Teren zaczał się wznosić, po czym niespodziewanie natrafiłyśmy na schody, prowadzące nas do innych schodów. Po prawej przygotowane było staniowisko do wspinaczki skałkowej, a po lewej ciągnęła się dolina.

– Gaj, gdzie idziemy? W górę, czy w dół?

– W dół – krzyknęła Gaja i pobiegła skacząc po stopniach.

Jak w dół, to w dół.

 

way to Hunging Coffins

Wyskrobałyśmy się polną ścieżką do betonu. Jak się potem okazało, droga w dół prowadziła wprost do Hunging Coffins.

 

Jakież było moje zdumienie, gdy schody zaprowadziły nas wprost pod Hanging Coffins, główną „atrakcję” Sagady! Co więcej, oprócz parki lesbijek i niewielkiej grupy z przewodnikiem, która właśnie opuszczała miejsce, nie było tam NIKOGO! Lesbijki zrobiły sobie kilka fotografii, po czym – po chwili – też sobie poszły.

 

 

Zostałyśmy same. Wokół nas szumiał wiatr, swymi uderzeniami zwiastując nadchodzącą nawałnicę. Strzeliste sosny przechylały się co rusz, pachnąc przy tym tak obłędnie, że aż kręciło się w głowie.

Stałyśmy naprzeciw wiszących na skale trumien, wpatrując się w nie z uwagą. Trochę byłam zaskoczona ich położeniem, bo ze znanych mi zdjęci wynikało, że wiszą one na skale wysoko nad ziemią, jednakże charakterystyczne ich ułożenie, kolory, krzesła i krzyż nie pozostawiały miejsca na wątpliwość. To były TE trumny. Niektóre z nich były „nowoczesne”, zbijane z sosnowych desek, ale wisiało też sporo takich stareńkich, wydrążonych z jednego pnia drzewa, krótkich jak dla większego dziecka. W nich to, starym zwyczajem, układano zmarłych w pozycji embrionalnej, bo skoro tak przyszli na świat, to powinni w taki sposób świat opuścić..

 

sagada, hanging coffins

Hanging coffins. Tradycja znana na Filipinach, w Indonezji oraz w Chinach.

 

Patrzyłam w zachwycie na skały. Jakoś tak bliżej mi było do tych pochówków, niż do składania zmarłych w zimnych, betonowych grobowcach, jakoś tak bliżej mi było do idei, że wiatr zabiera stąd duszę, niosąc ją na spotkanie z bliskimi, tu na ziemi i tam w niebie..

 

sagada, hanging coffins

Stałyśmy w zadumie, próbując wyobrazić sobie dawne obrzędy. Niebo zaciągało się na granatowo, grzmoty przetaczały się po górach. Hanging coffins, Sagada.

 

Ostatnią taką trumnę w dolinie Echo (Echo Valley) złożono w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. I tak oto dwa tysiące lat chrześcijaństwa, zaimplementowanego na tych ziemiach dawno temu ostatecznie pokonało dwa tysiące lat miejscowej tradycji i Igoroci, pierwotni mieszkańcy tej krainy ostatecznie zaczęli grzebać swych zmarłych w ziemi, tak samo jak w chrześcijaństwie – łącząc się z nimi 1 listopada.

 

Panag-apoy

Miejscowi ludzie chrześcijański Dzień Zmarłych nazywają „Panag-apoy”. Wówczas to, po popołudniowej Mszy i błogosławieństwie „saeng”, czyli sosnowych polan (gałęzi), wierni idą na cmentarz i tam –  wprost na grobach albo tuż obok nich zapalają – nie jak to w Polsce bywa – znicze, ale sosnowe ogniska. Stopniowo, wraz z nadciągającym zmrokiem cały cmentarz pokrywa się gęstym, sosnowym dymem i tylko dziesiątki ognisk i błyskających w ogniu twarzy mówi, że tego dnia, tutaj, dzieje się coś niezwykłego.

panag Apoy Festival, Sagada - Happy Juanderer Travel Inc.

Panag Apoy Festival, Sagada  fot. Happy Juanderer Travel Inc.

 

Agencje oczywiście wyczuły już interes i obecnie ten dzień reklamowany jest jako „Festiwal Świateł”, co doprowadza część miejscowych do furii. Panag-apoy to dla nich to dzień, w którym w skupieniu łączą się z duszami, które uleciały do nieba i naprawdę nie mają ochoty na tony turystów przewalających się wówczas przez cmentarz.

– Mamuś, a dlaczego one są tak przywiązywane? – przerwała mi Gaja rozmyślania

– By nie spadły. I by dzikie zwierzęta się do nich nie dostały.

– A po co dzikie zwierzęta mają dostawać się do trumien? – zapytała zdziwiona odpowiedzią Gaja

 

sagada, hanging coffins

Hanging coffins, Sagada

 

– By zjeść nieboszczyka. Widzisz Gajku, człowiek to też mięsto. Całkiem apetyczne dla niektórych zwierząt, które zyją w okolicy. A ludzie sobie nie życzą, by zwierzęta jadły ich umarłych, dlatego wieszają trumny na skałach albo chowają w jaskiniach, dobrze mocując wieka. Widzisz – te trumny są obwiązane drutem, żadne zwierzę sobie nie poradzi z takim zabezpieczeniem!

– Nawet mrówki? – zapytała rezolutnie Gaja

– No nie, mrówki sobie na pewno poradzą. – roześmiałam się, ubawiona celnym spostrzeżeniem Dziecia.

– A te krzesła to po co? – zapytał maluch – ludzie siedzą tam, gdy przychodzą odwiedzić zmarłych? Przecież spadną?

– Szczerze mówiąc, to nie wiem, dlaczego wiszą tam krzesła – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Czytałam, że tam sadza się zmarłych przed ostatecznym położeniem ich do trumny, ale czy to rzeczywiście prawda i jak to dokładnie wyglądało, to nie wiem..

Kolejny grzmot przetoczył się przez niebo, tak silny, że odruchowo wtuliłyśmy głowy w ramiona.

– Mamuś, chodzmy lepiej – zaproponowało nieco wyższym niż zazwyczaj głosem moje dziecko – Musimy się gdzieś schować.

– Chodzmy – zgodziłam się. Ciągle miałam nadzieję, ze złapiemy szybko transport na dół. Lepiej burzę przeczekiwać w zaciszu pokoju, niż pod imporwizowanym dachem, lub chociażby w knajpce.

 

Hanging coffins, Sagada

Po prawej Echo Valley i Hanging coffins, przed nami widok na Sagadę.

 

Powrót

Na ile nam siły pozwoliły, zaczęłyśmy skrobać się schodami do góry. Szłyśmy, szłyśmy, po czym na samej górze trafiłyśmy na dwa piękne miejsca, gdzie musiałyśmy się zatrzymać, by popatrzeć i zrobić na pamiątkę zdjęcie. Poza tym Gaja była głodna.

 

Hanging coffins, Sagada

Hanging coffins, Sagada

 

W ruch więc poszła przygotowana wcześniej marchewka, potem jabłka, a na końcu czekolada. Tak wzmocnione przeleciałyśmy scieżką przez anglikański cmentarz i zbiegłyśmy w dół, gdzie okazało się, że jest oficjalne wejście do Wiszących Trumien.

 

Anglican cementary, Sagrada

Przed jednym z grobów Gaja zatrzymała się na dłużej. Cmentarz anglikański, Sagrada

 

Na parkingu przy wyjściu bida – żadnych samochodów. Zawróciłyśmy na pięcie i pognałyśmy w kierunku głównej ulicy, po drodze wstępując do całkiem przyjemnego kościoła, zbudowanego ponad wiek temu.

 

Kościół św. Marii Dziewicy, Sagada

Kościół św. Marii Dziewicy, Sagada

 

Gdy meldowałyśmy się przy głównej drodze, na trotuar zaczynały spadać pierwsze krople deszczu.

Zaczełyśmy z Gajką machać. Dwa z nich zatrzymały się, mówiąc, że nas nie wezmą, trzeci natomiast zatrzymał się mówiąc, że nas weźmie.

I tak to, z baptyjskim pastorem zwanym Angelo, który faktycznie stał się dla nas aniołem zjechaliśmy w dół, pod sam hotelik. A pastor, człowiek mieszkający tu od dziesięciolecia, podzielił się z nami całkiem interesującymi, praktycznymi wskazówkami, które nie omieszkamy się wykorzystać..

 

***

 

Zatrzymałyśmy się w Walter Clapp Centrum Hotel, otrzymując jednoosobowy pokój w cenie 350 peso (wspólna, sprzatana kilka razy w ciągu dnia łazienka). Do hotelu można zadzwonić i zarezerwować pokój, bądź też wynając przez Airbnb, jednakże na własnym przykładzie widzę, że najtaniej będzie po prostu ponegocjować stawki. 

 

Bontoc Hotel

Walter Clapp Centrum Hotel, Bontoc

Zdecydowałyśmy się dojeżdżać do Sagady, gdzie ceny zarówno noclegów, jak i wyżywienia są dwu/trzykrotnie wyższe. Koszt dojazdu jeepneyem, któego terminal (miejce odjazdu na ulicy) jest dokładnie pod hotelem wynosi 50 peso. W drugą stronę, czyli do Bontoc – o czym nie wiedziałyśmy – ostatni jeepney odjeżdża o 2 pm, natomiast ostatni autobus o 4 pm. Koszt przejazdu jest taki sam (50 peso). Do Sagady lub okolicznych miejsc jechałyśmy jeepneyem (z reguły na dachu – na naszą oczywiście prośbę), w bocznych dróżkach wspomagając się autostopem. Na ostatni autobus załapałyśmy się tylko raz, poza tym za każdym razem do Bontoc wracałyśmy stopem.

Gdybyście decydowali się robić rezerwację przez Booking.com, byłabym Wam niezmiernie wdzięczna, gdybyście skorzystali z żółtego okna wyszukiwarki widocznego po prawej stronie tekstu (na komputerach), lub pod tekstem (telefony). Wy zapłacicie dokładnie taką samą cenę, a nam skapnie grosik prowizji, czym wesprzecie nasze poczynania. 

Z góry Wam serdecznie wraz z maluchem dziękujemy!

 

***

 

W Bontoc przy głównej ulicy oraz 50 m od hotelu są puryfikarnie, czyli miejsca, gdzie napełnią Twoją butelkę wodą pitną – koszt 5 peso za litr. 5 minut drogi od hotelu jest market, gdzie na parterze kupicie dowolne owoce i warzywa w normalnych cenach, a na piętrze zjecie obfite śniadanie/obiad/kolacje. 

 

***

Strasznie trudno jest pisać, gdy się tyle dzieje, jeszcze trudno jest publikować, gdy prędkość internetu miejscami spada do 0,24 Mbps. Zapraszam Was więc serdecznie na nasz INSTAGRAM, gdzie o dziwo udaje mi się wrzucać fotki całkiem na bieżąco. Link na nasz instagram znajdziesz tu: https://www.instagram.com/somosdos.pl/

 

instagram

Nasz Instagram

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
MarcinMaria Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Marcin
Gość
Marcin

Myślę, że o krzesła warto by dopytać miejscowych. Jakiś czas temu oglądałem dokument zrobiony przez młodą Niemkę, która pojechała do Papui badać tamtejsze mumie. Została przybraną córką człowieka, który umiał mumifikować. Dokumentowała to, jak uczył swojego syna mumifikacji przez wędzenie. Pokazał dokładnie jak mają go uwędzić. Po jego śmierci dokumentowała ostatnią fazę mumifikacji- wędzenia. Człowiek siedział na takim krześle w dymie nad ogniskiem. Potem z tym krzesłem został zabrany na skały i tam we wnęce zostawiony obok swoich przodków, którzy również byli na krzesłach. Od czasu do czasu w uroczystej procesji znosi się mumie do wioski i naprawia. Ten zwyczaj… Czytaj więcej »

Maria
Gość
Maria

Dziękuję. Za możliwość podróżowania z Wami. <3
Zaraz, jak tylko wstanie moja córka (A to śpioch!) Przeczytam jej i pokażę zdjęcia i filmy o Waszej wyprawie!
Jak najwięcej Aniołów Wam życzę.

x

Check Also

Tsunami. Kiedy cofa się morze.

– Iman – zapytałam kiedyś mojego hosta mieszkającego w indonezyjskiej wiosce, na brzegu Cieśniny Sundajskiej ...