nie przegap
Home / Inspiracje / Kaja i Malina

Kaja i Malina

Kiedy piszę ten tekst, siedzę sobie właśnie na balkonie w Faro. Nigdy nie próbowałam ująć naszej podróży w słowa, sto lat też nic nie pisałam, piszę na prośbę Joasi dla Was, wszystkich, które/którzy czują głęboką tęsknotę duszy, a brakuje im odwagi, żeby zrobić ten pierwszy krok, lub siły, żeby podążać własną drogą.

Moje podróżowanie zaczęło się parę lat przed narodzinami mojej córki i było to doświadczenie niezapomnianej lekkości i wolności. Podróżowałam autostopem/tanimi lotami mając czasami 1 euro na dzień lub czasem zero. Wszystko płynęło, nic nie było potrzebne. Mój dom był tam gdzie ja, tam gdzie niebo nad głową i ziemia pod stopami.

Malina zagościła w moim brzuchu na Korsyce, wyspie na której pracowałam i która karmiła mnie dzikimi pomarańczami i pięknymi widokami. Dowiedziałam się o tym, że jestem w ciąży, będąc w Krakowie i pakując się do Ameryki Południowej i to kompletnie wywróciło moje życie do góry nogami. Ojciec Maliny, z którym miałam jechać oddalił się natychmiastowo, a ja zostałam sama, chora, kompletnie szalona na punkcie przetrwania mojego dziecka, jednocześnie niewyobrażająca sobie końca podróży.

Myślałam sobie, że urodzę i przecież mogę pojechać wszędzie od razu, przecież dzieci potrzebują w sumie tylko mamy.

 

Kaja i „high need baby” - Malina.

Kaja i „high need baby” – Malina. fot. arch. autorki.

 

Malina urodziła się „high need baby”, wtedy nie znałam tego określenia, ale podążałam za jej potrzebami. Nie śpiąc wiele, praktycznie nie jedząc, sama, skacząc całymi dniami na wielkiej piłce, nosząc ją w chuście, przesypiając noce z nią na piersi, bo inaczej spać nie potrafiła. Nie było lekko, byłam absolutnie wykończona i nie myślałam o żadnej podróży, tylko o przetrwaniu.

Nadchodził listopad, a w Krakowie listopad to szara chmura smogu za oknem. Nie chciałam tego dla nas za nic w świecie, więc nasza pierwsza podróż odbyła się w polskie góry. Trochę pomagał mi tata Maliny, który zaczął pojawiać się w naszym życiu po jej narodzinach,  jednak z nim było jeszcze trudniej. Moja mama pomagała  w transporcie, bo ja nie miałam samochodu.

 

Kaja i Malina. Zima. fot. arch. autorki

 

Zimno i trudność życia samej na polskiej wsi sprawiły, że zaczęłam szukać innego rozwiązania. Siostra mieszkała wtedy na Teneryfie, więc poprosiłam ją o znalezienie nam jakiegoś mieszkania chociaż na chwilę jak przypłyniemy, żebyśmy mogły znaleźć mieszkanie na dłużej.

I tutaj wieeeelki ukłon w stronę mojej mamy. Nie chciałam lecieć samolotem, ponieważ Malina miała dopiero 3 miesiące. Moja mama zrobiła coś, czego się nie spodziewałam, a mianowicie, zawiozła nas z Krakowa do Huelvy, skąd płynęłyśmy na Teneryfę 3 dni promem. Na promie bez kajuty z „high need baby” nie było łatwo. Śpiewający animatorzy o każdej porze dnia i nocy, mnóstwo światła i hałasu. Ostatnią noc spędziłyśmy na zewnątrz, śpiąc pod śpiworem.

 

Kaja i Malina. Tam gdzie nie ma śniegu i mrozu.

Kaja i Malina. Tam gdzie nie ma śniegu i mrozu. fot. arch. autorki

 

Na Teneryfie nie czekał na nas żaden dach nad głową, ale siostra i koledzy  znaleźli nam szybko nocleg w kontenerze na parę dni. Później znalazłyśmy mieszkanie, a później jeszcze jedno, w którym zostałyśmy na całe cztery miesiące. Przez większość czasu byłam z Maliną nadal sama.

Mieszkałyśmy w domu przy plaży, z oceanem przed oknem, co mogłoby wydawać się spełnieniem marzeń, jednak samotne życie z high need baby nie jest łatwe. Nadal nie było czasu się wykąpać, ciężko było mi cokolwiek ugotować, a o pójściu samodzielnie do łazienki mogłam tylko pomarzyć. Do tego Malina mając pół roku zaczęła wpadać w histerię na widok większości mężczyzn i starszych kobiet, więc i moje kontakty z ludźmi nie należały do łatwych.

Było mnóstwo dobrych momentów, jazda autostopem do siostry mieszkającej El Medano, wycieczka do wąwozu Masca, odwiedziny rodziców i wspaniały ocean cały czas przed oknem. Jednak samotność i monotonia każdego dnia zaczęły mnie powoli przytłaczać. Malina miała 8 miesięcy, kiedy poleciałyśmy do południowej Portugalii. To był najłatwiejszy czas razem.

 

Malina. Spokojny sen wśród szumu drzew.  fot. arch. własne

Malina. Spokojny sen wśród szumu drzew. fot. arch. autorki

 

Mieszkałyśmy 1,5 miesiąca na campingu pod namiotem. Całkowicie zero sprzątania, wszystko na miejscu, cała uwaga dla mojego high need baby, Maliny.

Ciągle jednak coś mnie ciągnęło dalej w podróż, ciągle szukałam miejsca gdzie czułabym, że wszystko jest jak powinno być.

Wróciłyśmy do Polski i kiedy Malina miała rok, dostałam od jej ojca pieniądze za które kupiłam samochód. To był wielki krok, wspaniałe ułatwienie, miejsce do spania i podróżowania zarazem, dach nad głową w deszczu i pomoc w razie jakichkolwiek kłopotów ze zdrowiem.

Podróżowanie z dzieckiem jest dużo droższe niż samotne, a podróżowanie z dzieckiem i samochodem to już kosmos.

Miałam wielką nadzieję dojechać na Nordkapp razem z siostrą, jednak dotarłam w znane mi z wcześniejszej pracy okolice Oslo i nie udźwignęłam reszty drogi zarówno fizycznie jak i finansowo. Jechałam tylko jak Malina spała, do tego naturalnie ją wysadzałam, co dosyć komplikowało podróżowanie, bo przy takim maluchu, jak chce się kupę czy siku, to musi być JUŻ. Do tego siostra, która bardzo mi pomagała, miała wracać do Polski. Wróciłyśmy więc do Polski razem.

Mimo tego, że nie było łatwo i niejednokrotnie byłam chodzącym zombie, to poprzez ten rok podróżowania było absolutnie wspaniale. Wychowywanie dziecka w naturze jest przeżyciem niezapomnianym.

Pierwsza piaskownica – ciągnąca się po horyzont plaża. Pierwsze zauważone małe obiekty – ptaki i mrówki. Zahipnotyzowanie drzewami szumiącymi nad głową. Spacery i kąpiele w  oceanie. Łowienie ryb nad fiordem. Budzenie się ze wschodem i chodzenie spać z zachodem słońca.  I te oczy cały czas wpatrzone w naturę, nie w plastikowe zabawki czy telewizor, tylko w żywe, zmieniające się barwy świata, to jest coś, dla czego naprawdę warto dać z siebie wszystko.

 

Kaja, Malina i spokój oceanu. fot. arch. autorki

Kaja, Malina i spokój oceanu. fot. arch. autorki

 

I na prawdę nie ważne co to będzie za miejsce, ważne, żeby było żywe. Pełne barw, smaków i zapachów do odkrywania i żeby ta pasja oraz życie były w rodzicu, bo dzieci wszystko chłoną.

Jeździłyśmy autostopem po Maderze, samochodem wzdłuż zachodniego wybrzeża Portugalii, koleżanka grała wtedy na gitarze, a ja zajmowałam się naszymi dziećmi (1 rok i 2 lata). Jeździłyśmy samochodem po Norwegii i Szwecji, gdzie spotkałyśmy wspaniałego ojca z córką, którzy zabrali nas w piękne miejsca i dzielili z nami niezapomniane chwile, za co jestem im niezmiernie wdzięczna. Jeździłyśmy samochodem po Chorwacji i Włoszech. Autobusami i pociągami po Polsce. Chodziłyśmy plażami i wąwozami, wraz z ogromnym plecako-nosidłem i powiewającymi, suszącymi się pieluchami. Wchodziłyśmy na szczyty gór, gdzie nie raz każdy krok był dla mnie wyzwaniem, ale na szczycie rozbijałam namiot, Malina szła spać, a ja słuchałam koncertu, tak wdzięczna za głośniki basowe, że aż płakałam.

 Mieszkałyśmy na Teneryfie, w Portugalii, w Szwajcarii, w Tatrach, w Bieszczadach, w miejscach, gdzie nie było drogi dojazdu, mieszkałyśmy też przez chwilę w Krakowie, który rozpieszczał nas krótkimi dystansami, rowerowymi ścieżkami, naleśnikami za rogiem i kawą.

 

Malinka na Bulwarach Krakowskich. fot. arch. autorki

Malinka na Bulwarach Krakowskich. fot. arch. autorki

 

Wszystkie te kroki były zawsze z Maliną na moich plecach. Ona sama zaczęła spacerować dopiero niedawno, tutaj, w Portugalii. Kraj ten wołał mnie długo, w końcu go usłyszalam i teraz próbuję tutaj stworzyć dla nas dom. Dom?.. W sumie to budynek, który będzie naszym miejscem, bo uznałyśmy już dawno, że dom jest tam gdzie my.

Portugalia przynosi nam dużo małych podróży, ale na pewno to nie koniec tych dużych.

 

Malina i świat. fot. arch. autorki

 

Kocham  odkrywać, tańczyć, masować i malować. Oprócz mojej córki właśnie to daje spełnienie mojej duszy. Podczas tych czterech wspólnych lat nauczyłam się prowadzić choreoterapię i dawać wspaniały masaż z hawajskich świątyń Lomi Lomi Nui, stworzyłam na plaży przestrzeń, w której mogłam masować, w towarzystwie słońca i oceanu, tworzę właśnie z koleżanką warsztaty dla kobiet z dziećmi i i kiedy już uda mi się wykreować dla nas tutejszą przestrzeń do życia, planuję naszą pierwszą daleką podróż na Hawaje, do mojej nauczycielki.

Gdy tylko łapię się na smutku i braku życia, pytam siebie, czego chcę, co kocham, gdzie mnie ciągnie, co może dać mi życie. I kieruję całą swoją moc kreacji właśnie tam. Z dzieckiem dojście do celu zajmuje trochę czasu, z wysoko wrażliwym dzieckiem – high need baby – trochę więcej. To wielka lekcja pokory, cierpliwości i determinacji.

 

Kaja, Malina i czworonożne "high need baby".

Kaja, Malina i czworonożne „high need baby”. fot. arch. autorki

 

Dwa lata temu wzięłam ze schroniska psa, po trzech dniach okazało się, że gryzie on mężczyzn oraz starsze kobiety. Przypadek? Nie sądzę. Szkoląc psa pozytywnym treningiem nauczyłam go zaufania. Przy okazji skorzystała z tego cóeczka. Nadal są czujni, jednak nie ma już histerii i ataku, a jest komunikacja. Nauczyłam córkę czytać i pisać. Poprzez zabawę uczymy się angielskiego i portugalskiego, uczymy się liczyć, malujemy, lepimy z plasteliny i ze znalezionej w rzece gliny, piszemy palcem po zakurzonych samochodach. Chodzimy tropem żuków na plaży i wąchamy wszystkie mijane kwiatki, tańczymy, śpiewamy w samochodzie, krzyczymy tak głośno jak potrafimy „Ja jestem” prosto w oceaniczne fale.

I to ostatnie zwłaszcza Wam polecam.

Ja jestem.

Żyję.

Z ogromną miłością,

Kaja 

 

***

 

Kaja.

Podróżniczka, miłośniczka natury. Artystka. Pracuje z ciałem i duchem – prywatnie, specjalizując się w  Temple Massage oraz Lomi Lomi Nui , prowadzi także Kręgi Kobiet w Portugalii

Od 2014 r. towarzyszy jej w podróżach jej córka Malina, a od niedawna mieszka razem z nią w miejscu, które pokochały – właśnie w Portugalii♥️

Jeśli chcecie porozmawiać lub nas odwiedzić, zapraszam do kontaktu: 
kaja.anna.marek@gmail.com lub przez fejsbuka

Prosimy też o wsparcie naszego marzenia a zarazem mojego projektu, każda złotówka się liczy i każda uwaga 🙂
Szczegóły znajdziecie TU (klik)

 

 

masaż nad morzem

Masaż nad oceanem – czysta magia.

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Magdalena Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Magdalena
Gość
Magdalena

Podziwiam, nie za podróże ( chociaż je kocham) za wewnętrzną siłę i determinację!

x

Check Also

Agata i Wojtus. Macierzynstwo w podróży

Agata i Wojtuś. Moje dziecko – moje skrzydła.

Preludium – Hej Ty! – odwracam się na boki, za siebie ale ...