Home / AZJA / Tajlandia / Jedliście kiedyś.. KARALUCHA?

Jedliście kiedyś.. KARALUCHA?

Jedliście kiedyś karalucha? Nie? Ja też nie. Jadłam wiele dziwnych rzeczy, kosztowałam francuskie żabie udka, peruwiańska świnkę morską, kolumbijską jaszczurkę, meksykańskie, zebrane pod własnym dachem larwy (Piotr, pamiętasz?), północnoamerykańskie świerszcze, ale takiego cuda jeszcze nigdy. Generalnie, brzydze się robactwem, ale przyznam, że ciekawa byłam, jak toto smakuje. W końcu są ludzie, którzy takie cuda włączają w normalne menu, a mięso – to mięso. Nie jest żywe, to jest ważne.

 

 

2

 

 

No ale, mimo tego że danie było gotowe, mnie aż skręcało. Zastanowiam się, skąd to się bierze – czy z naszego genetycznego wyposażenia, które przestrzega nas przed szkodliwym pokarmem, czy ze wzorców kulturowych, w których wyrastaliśmy, bo przecież  w naszej strefie klimatycznej takich cudów sie nie je. Nie wiem – Jeśli Wy wiecie – podzielcie sie proszę stosownymi linkami, lub informacjami.

Pierwsze przełamanie – wziąść karalulcha do ręki. O Matko, o-b-r-z-y-d-l-i-w-e!!!

Drugie przełamanie – ekhm..

– Mamo, czy na pewno chcesz tego spróbować ?- zapytała mnie Gaja z oczami jak pięciozłotówki

– Chcę – odpowiedziałam niepewnym głosem – A Ty?

– AAAAA! – wrzasnęła Gaja i schowała się za moimi plecami.

– Oki – pomyślałam, nieco grając twardziela – Niech się dzieje. W końcu od tego nie umrę.

Nabrałam głęboko powietrza i..

 

 

Robal niemiło chrzęścił w zębach. Jak tylko straciłam go z oczy, od razu było lepiej. Tak jak się spodziewałam – bez szału. Mięska o dziwnej, papkowatej konsystencji i równie dziwnym, trudo opisywalnym smaku było co kot napłakał. Gdyby je wyciągnąć z chitynowych osłonek, zmieściłoby mi się na paznokciu małego palca.

Ale zdaje się nie o posiłek tu chodziło, ale o przełamanie się i o nowe doświadczenie. No więc mam. 

Myślę, że mimo zapewnień pana sprzedającego, to nie był prawdziwy karaluch. Bez wątpienia była to owad z tej rodziny (ktoś wie jak się nazywa?), ale nie ten dokładnie, który czasem śmiga nam w pokojach lub bezczelnie łazi po ulicach. Więc o tyle było mi łatwiej, bo tych kuchenno-ściekowych to się brzydzę okrutnie! Zresztą, o naszych akcjach z karaluchami poczytać  można też TU.

 

zaba1

 

 

 

Targi bywają większe i mniejsze, na wodzie, na torach, przy drodze albo w centrum wioski. Generalnie im mniejszy targ, w bardziej odległym od „cywilizacji” miejscu, tym wieksza szansa na niezwykłe interakcje z ludzmi i równie niecodzienne widoki. Smażone kurze łapy? Jasne! Smażone kurze głowy? Czemu by nie! (jadłam, są oki). Żywe, czekające na nabywce żaby? Są całkiem popularne. Węże – świeże, mrożone lub suszone? Do wyboru do koloru. To wszystko na mniejszych i wiekszych tajskich straganach znajdziecie.

 

 

43

 

 

Różne dziwne rzeczy ludzie jedzą i najczęściej obie z Gają jesteśmy ich skłonne spróbować. Nie zawsze jednak jest to nam dane, bo bywa, że na targach widzimy tylko przedziwne półprodukty. Tak chociażby, jak na jednym maciupenieczkim targu w mikroskopijnej tajskiej wiosce, której nazwy nawet nie pamiętam. Tam chodząc pomiędzy kilkoma straganami, oprócz owoców w fantastycznej cenie (gigantyczny pamelo 3 zl, olbrzymia kiść bananów 1 zł), zauważyłyśmy z Gają tysiąc warzyw komplenie nam nie znanych. Dopytywanie się nie miało sensu, jako że Tajowie po angielsku ni-hu-hu, więc tylko przygladałyśmy się, i brałyśmy do rąk i wąchałyśmy, wymieniając zdania – oni po tajsku, my po polsku. Gdy doszłam do kartonowych lodówek wypełnionych lodem, z równą ciekawością zajrzałam do środka. To co zobaczyłam wydawało się być gotowymi do przyrządzenia kawałkami kurczaka. I dopiero rzut oka na sąsiednie stoisko uświadomił mi, że to bynajmniej nie kurczak, nawet nie żaba. To coś było.. konstatuje, że szczurem. Mrożonym oczywiście, oprawionym i gotowym do użycia.

 

 

Ale jest jedna, jedyna póki co rzecz na świecie, której nie spróbuję chyba nigdy. To sok z żaby. Żaby są ogólnie dostępne w sprzedaży, zarówno w Latinoameryce, jak i w Azji, można je kupić na straganach w formie żywej, lub mrożonej, całej lub już wstępnie obrobionej. Z tym nie mam problemu i nie raz zastanowiałam się, jak może taka zupa na żabie smakowac i czy by w ogóle wyszła. Natomiast to co widziałam w jednej z mikroskopijnych peruwianskich wiosek, zakrawało horrorem z Gremlinsów.

Otóż idąc po lokalnym markecie, na który składało się raptem kilka chylących się ku upadkowi straganów zauważyłam maluśki stoliczek z obdrapanym blenderem i akwarium. Podeszłam bliżej. W akwarium skakały żaby. Obok mnie stanął stareńki, ubrany w wyświechtane, płócienne ubranie peruwiańczyk i coś powiedział. Co – nie mam pojęcia, wtedy jeszcze nie mówiłam po hiszpańsku.

Sprzedawczyni, równie leciwa jak klient kiwnęła głową, po czym pogmerawszy trochę w akwarium wyciągnęła za nogę jedna z żab, wrzuciła ją do blendera, po czym nacisneła guzik.

Blender szarpnał stołem i jego przejźroczysty dotychczas pojemnik zrobił sie nagle czerwony.

Sprzedawczyni natomiast przygotowała szklaneczke, poczekała jeszcze chwilkę i ze stoickim spokojem przelała do niej przygotowany napój.

Miły starszy pan wypił zawartość do dna.

Ciekawe, czy ze smakiem?

 

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

18
Dodaj komentarz

avatar
12 Comment threads
6 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
SoniaOlkaTomasz AndersSomos dos - migawki z podróży Małej i DużejGenowefa Bembnista Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Sonia
Gość

A u nas zupełnie odwrotnie, wiesz – to Marysia zauważyła i poprosiła. Sama chyba bym jej nie proponowała. Przykleiła się do wózka, wzbudzając taką radość Pani, że dostała całą paczkę jakiś deep fried larw. Jadła niczym frytki z tytki :). No to radość Pani była jeszcze większa. Chciała karalucha, ale akurat nie było, więc stanęło na jakimś skaczącym koniku. Ten cudowny otwarty i nie zrażony umysł dziecka! Uwielbiam! No ale musiał nadejść moment, kiedy podeszła z tytką tych larw i „poczęstuj się mamusiu!”. no i co… ??? Przecież nie mogłam zrobić „ble!”. Strasznie tłuste. Może z grilla byłyby lepsze 😉

Olka
Gość

Jako wege karalucha nie jadłam i raczej nie zjem (bo mam też słaby żołądek i raczej skończyłoby się to dla mnie katastrofą, nawet wtedy, gdybym wege nie była).

Tomasz Anders
Gość

Tylko po co?

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Pytasz z jakiego powodu? Ze zwykłej ludzkiej ciekawości 🙂

Tomasz Anders
Gość

Z tego samego 😉

Genowefa Bembnista
Gość

A fuj!!! pozdrawiam

Javier Lara
Gość

El sabor debe ser igual que los chapulunes :). Con chile, Limon y sal deben saber mejor 🙂

Javier Lara
Gość

Chapulines*

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Jajaja, con chile y limon saben como chile y limon 😀

Raul Rincon
Gość

No la podría ni tomar en mis manos y menos probarla.

Grażyna Regiewicz
Gość

Brawo! Bleee
A wspomnienie o soku z żaby mnie powaliło

Basia Lilla
Gość

Jadlam i sa ok 🙂 Smakuja jak orzechy 🙂 Jedynie ich nozki tak sniesznie chrzeszcza w zebach 😉 Swinka morska w Peru calkiem przypominala kurczaka. Ale kurzej glowy ani kurzych lapek nigdy w zyciu bym nie sprobowala! Oj nie! Podziwiam za odwage 🙂 Podbijajcie swiat, dziewczyny! <3

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Kurze lapki i byly super smazone, ale zupa z kurzych lapek smakuje jak.. kupa. Doslownie. Znam ten zapach jeszcze z dziecinstwa, a pobyt w Am Łacińskiej przypomniał mi ten smak, ugh! To byla jedna z nielicznych sytuacji kiedy uleglam Gai i obie nie zjadlysmy comedorowej zupy. Nie to, ze bylo cos z nia nie tak, zupa z kurzych lapek tak wlasnie smakuje, tyle ze dla nas ten smak jest nieco trudny do przelkniecia..

Magdalena Misiarz
Gość

Och… i ten początek filmiku 🙂 Pozdrowienia Dziewczyny :*

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Taki jakby znajomy, co?.. ;P

Jagoda Konieczna
Gość

Za to widzialam wielkie mrowki i odrzucilo mnie na sam ich widok ;p

Jagoda Konieczna
Gość

Moze…jesli zyja w czystym miejscu ;p

Małgorzata Jodko-Narkiewicz
Gość

Nie :(((((

x

Check Also

Co zobaczyć w Pai z dzieckiem lub bez – bardzo subiektywny wybór atrakcji

Co można robić w Pai? Niewiele. Na pewno można wypocząć po intensywnych ...