Home / Ameryka / Meksyk / Juarez

Juarez

p7020369

 

W Juarez żyło nam się jak u Pana Boga za piecem. Nasza couchsurfingowa rodzinka miała krewnych i znajomych w całym miasteczku, już pierwszego dnia z radością wylądowałyśmy na urodziny ciotki, gdzie poznałyśmy wszystkich chyba członków rodu oraz masę znajomych którzy przez dzien urodzin przewinęli się przez jej dom. Nie dość dodać, że na skromną, domową fiestę przygotowano trzy olbrzymie torty, trzy gary rosołu, wiadro ryżu oraz zarżnięto sześć kurczaków z farmy. Ludzie przewijali się, a jedzenia w magiczny sposób nie ubywało, grała muzyka, ukontentowane zlotem dzieciaki szalały w pokoju, a ja gawędziłam sobie z dorosłymi. Na swój sposób, wraz z Gają stałyśmy się ozdobą i atrakcja fiesty, jako że obcokrajowcy do Juarez nie docierają. Z punktu widzenia turysty Juarez nie ma nic do zaoferowania, jest zwyczajnym, malutkim miasteczkiem w górach, daleko od uczęszczanych szlaków, bez żadnych cudów natury w okolicy. Z naszego punktu widzenia Juarez sam w sobie był cudem wartym obserwacji, a mieszkanie z rodziną, która była chętna nam trochę ich życia pokazać było absolutnym darem od losu. Na dobrą sprawę byłyśmy pierwszymi Csowymi gośćmi naszej rodzinki, bo – choc Mario miał kilka referencji – wszystkie pochodziły tylko z jego podróży. Ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że Mario obecnie podróżuje po Europie i niedługo będzie w Pradze. Ku mojemu zdziwieniu nie miał w planach w ogóle wschodniej Europy, więc wystosowałam do niego długaśny list, tłumacząc co – jeśli tylko zechce – może zaoferować mu Kraków. Oprócz spania w moim pokoju, oczywiście. „ Przekonałaś mnie” – odpisał Mario i tak nastała niespotykana w Couchsurfingu sytuacja – w tym samym czasie staliśmy swoimi wzajemnymi gośćmi.

 

p7050628

 

Rodzina Mario oscylowała bez wątpienia w górnej warstwie społeczności. Tata był liczącym się radnym miasta, prawą ręką prezydenta, mama wraz z dwoma ciotkami pracowały w komórce socialnej, zajmowały się miejskimi przedszkolami i Domem Starców. Z racji więc swojej profesji postanowiły pokazać mi obie instytucje. Nie protestowałam, choć przyznam, że czułam się niekomfortowo, spacerując w towarzystwie pracownika socjalnego, który pokazywał mi skromniutki dom starców, w którym to ani materacy przeciwodleżynowych, ani moskitier, ani nic w zasadzie nie było, były tylko wylewki na podłodze i tradycyjne kraty w oknach, tyle że to wszystko zatopione zieleni, prowadzone przez ludzi o wielkich sercach. To było widać i słychać – ich serdeczność z jaką odnosili się do mieszkających tam staruszków, wzajemną zresztą sympatię, widać było ile duszy wkładają w swoją pracę. Bo choć bieda wyzierała z każdego kąta – wszędzie było czyściutko, wisiały przygotowane dekoracje na 95 urodziny jednego z seniorów, w kuchennej zamrażarce czekał juz skromny tort.

– Pieniędzy brakuje na wszystko. Nie ma na leki, nie ma na pampersy, a co dopiero na jakikolwiek remont. Jak rodzina nie dowiezie, to po prostu nie ma. A ci ludzie w wiekszości nie mają rodzin. Zabieramy ich z domów, z ruder często, pełnych robactwa i smrodu, gdzie wegetują schorowani i wygłodzeni. To już lepiej tu, prawda? Przynajmniej czysto i posiłek jest i ktoś się nimi zajmuje. O, niech pani patrzy – tu mamy salę do rehabilitacji.

 

p7020355

 

Zajrzałam przez okno i zamarłam. Sala przypominała XIX wieczną sale tortur. Pamiętam takie urządzenia z najstarszych, wydanych w latach 60 i 70 książek, które traktowało się raczej sentymentalnie, niż merytorycznie. Wszystko idzie do przodu, technika, medycyna, rehabilitacja, ale ile jest jeszcze takich miejsc na świecie, w których czas stoi, gdzie i tak trzeba się cieszyć z tego, że cokolwiek jest..

– Wie pani, żeby jakoś ten osrodek utrzymać, my żebrzemy na ulicach. Gdy jest jakaś miejska fiesta, zawsze chodzimy jako wolontariusze, by uzbierac jakies pieniadze. Idzie to na leki i na pampersy, ale i tak ciągle brakuje..

Wizyta w przedszkolu była troche bardziej optymistyczna, bo pomimo że bieda wyzierała też z każdego kąta, piski i radosne okrzyki dzieci dodawały miejscu kolorytu. Oczywiście Gaj natychmiast wmontował się w roześmianą grupę, nie bacząc na to, że rozmontował pani przedszkolance dzień. Dzieci miały iść spać, a tymczasem hulaj duszo, senny nastrój prysł, zaczęła się zabawa na całego. Jeden tylko chłopiec, najmłodszy z grupy zasnął – leżakując tak zwyczajnie na zimnej, pokrytej płytkami podłodze. Zajęło mi moment, by zrozumieć, że tak właśnie wygląda tu drzemka poobiednia. Nie ma leżaczków, jak w moim starym przedszkolu. Tu dziecko wyciąga poduszkę z kąta, kładzie się prosto na ziemi i cześć! A podłoga, pomimo tego, że temperatury na zewnątrz sięgają 30 stopni, jest tu bardzo zimna..

cdn

p7020351edited

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

5
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Somos dos - migawki z podróży Małej i DużejJadzia LachAnja Justyna PlDorota WróbelKasia Bobik Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Gość

Ciekawe czy Mario przyśle relację z Krakowa 😉

Gość

Fajnie sie czyta Twoj post. Zycze samych takich suuper osob na drodze. Xxx

Gość

<3

Gość

Bieda a ludzie szczesliwi i usmiechnieci…normalka w Mexico:-)

Gość

Nie wiem na ile sa faktycznie szczesliwi, bo na wioskach bieda potworna, ale to fakt, usmiechu tu mnostwo, czasem mysle, ze na przekor losowi..

x

Check Also

Andy

– Słuchaj, Asia. Musze wpaść do domu po drodze. Do Mazatlan. Zmienić ...