Home / AZJA / Laos / Lęk. Opowieść na piąty rok podróży.

Lęk. Opowieść na piąty rok podróży.

Ta podróż zaplanowana była na 3 miesiące, z nieśmiałym marzeniem o roku. Za 3 tygodnie miną cztery lata, odkąd jesteśmy w drodze. Podróż rozrosła się i wypełnia się nowymi treściami, miejscami i ludźmi, ale jedno w niej  jest niezmienne, i o tym, u progu piątego roku podróży chcę Wam opowiedzieć..

 

***

– O Boże, to Wy tu – wykrzyknęła Mila na nasz widok – Jak to sie stało, że Was nie widziałam?

Ja tego też nie mogłam zrozumieć. Stałyśmy na przeciwko jej domu, a szukałysmy się od 20 minut. Ale to już nie miało znaczenia. Byłyśmy w Wientian, a przed nami stała ona – uśmiechnięta od ucha do ucha, promieniejąca radością Pani Weterynarz.

Ja promieniowałam radością z równą mocą.

Laos nie był nam łaskawy. Pazerny na pieniądze i poszturchujący nas drobnymi oszustwami sprawiał, że czułam się jak chodzący, biały bankomat. Poza przygodą z rodziną El Capitana i wesołym Alejandro, Laos miał dla mnie twarz biedy bezwzględnie wydzierającej światu każdy najmniejszy grosz. Ceny noclegów i jedzenia należały do najwyższych z azjatyckich, znanych nam krajów, niepowalający transport także kosztował słono, a do tego dochodziło mnóstwo małych opłat, które wyprowadzały mnie z równowagi. Bo za każde wejscie do światyni – kasa, za wejście do jaskini, nawet tej malutkiej – kasa, za dostęp do punktu widokowego – kasa. Nawet przy moście pieszym, prowadzącym na drugą stronę rzeki zawsze siedział ktoś i wyciągał ręke po pieniadze. Chcesz przejść – proszę – ale najpierw zostaw dutki.

Więc ja już od tej kasy miałam odruch wymiotny. A gdy podczas łapania stopa zatrzymało się kilka samochodów, z czego trzy chciały więcej szmalu niż równowartość podróży do stolicy najbardziej ekskluzywnym autobusem (ceny znalam), to mi się ulało.

Dziękuje Laosie.

Dużo mogę zrozumieć, ale czuję, że mam Cię dosyć. Wyjeżdzamy.

Tylko jeszcze zobaczę się z Milą.

I oto stała tu, uśmiechnieta, szczupła, długowłosa i patrzyła się na nas ciepło tymi swoimi czekoladowymi oczyskami.

– Chodzcie, wykąpiecie się – zarządziła – musicie być wykończeni po tej drodze! A ja mam ciepłą wodę – mrugnęła okiem.

Tak, byłyśmy wykończone. 4 godziny na pace nyski dały mocno w kość Dużej, bo Mała taktycznie zasneła. I dobrze, bo niezliczona liczba zakrętów, ostre hamowania, gwałtowne wprzedzania plus wątpliwe zapaszki tylnej części nyski sprawiały, że wymiotowałam jak kot, wysyłając drogę, kierowce i ten caly Laos do stu diabłów.

– Nie mam nic do jedzenia – kontynuowała Mila przepraszająco, ale dziś zabieram Was do mojej ulubionej, indyjskiej knajpki. I bez prostestów – ucięla stanowczo, widząc, że na końcu jezyka mam inną propozycję – ceny tam są ok, jedzenie pyszne. I mają frytki – mrugneła okiem, tym razem do Gai.

To przesadziło sprawę.

– Frytki, frytki! – skakała mała po całym pokoju to na jednej, to na drugiej nodze – Ja chcę frytki!

– Dobrze, będą frytki, ale najpierw musisz się wykąpać! – zarządziłam.

Gaj w sekundzie stał pod prysznicem i oblewając się strugami ciepłej wody, aż mruczał z radości.

Knajpka indyjska była całkiem spora, podobnie jak ich karta dań. Byla też i zupełnie pusta. Tylko w kącie przy wejściu jadła coś europejska para. Jakież było moje zaskoczenie, jak w owej dwójce rozpoznałam Francuzów z przystani w Luang Prabang! Tych samych, którzy zainteresowali sie naszym losem i zmuszając kierowce tuktuka do akcji, uratowali nas z niezłych tarapatów! Ależ to była radość, widzieć ich tutaj!

Z knajpy wygoniło nas dopiero zamykające oczy zmęczenie. Wytoczyłyśmy sie z niej w czwórkę, Lisa, przyjaciółka Mili, która dołączyła do nas – wskoczyła na motor, a my ruszyłysmy piechotką przez nocny Wientian.

Życie wokół kwitło umiarkowanie. W dzielnicy turystycznej stały przydrożne stragany, dymił olbrzymi nocny market, ale ludzi było niewiele, a turystów jeszcze mniej. Wientian zresztą wogóle nie sprawiał wrażenia tętniącej życiem stolicy, a raczej niewielkiego, sennego, prowincjonalnego miasteczka.

– Wiesz, tak tu jest, w ogóle nie czuję, że mieszkam w stolicy. O 22 wszystko zamykają, ludzie idą do domu, nie ma życia nocnego, spokoj i cisza. I bieda olbrzymia.

Tak, tą biedę widać nawet było w stolicy. Niby centrum, niby gdzieniegdzie wyrastał ekskluzywniejszy hotel, ale wszystko raczej było szare, stare, odrapane i smutne. I nawet powieszone tu i tam, kolorowe neony nie potrafily zabić tej socjalistycznej, wyzierającej z każdego kąta biedy.

-Miauuuu!… Miaaauuuuu!… MIAUUUUUUUUUUU!…. – rozległo się nagle zza ogrodzenia.

– O kotek! – ucieszyła sie Gaja – poparz mamuś, jaki malutki!

No faktycznie, na trzęsących się łapkach stała maluśka, chudziutka, czarnobiała bida, drąc się rozpaczliwie.

– Miaouuuuuuuuuu! MIAOUUUUUUU!

– Nie dotykaj Gaja – przypomniałam na wszelkie wypadek – to koci dzieciaczek. On jest bardzo chory i na bank ma pasożyty.

Mila obserwowała malucha w milczeniu.

– On jest faktycznie bardzo chory – pokiwała głową po czym bez żadnego obrzydzenia wzieła kota w ręce – o, dziewczynka! – ucieszyła się, zaglądając fachowo pod ogon.

– Dziewczynka, dziewczynka! – Gaj skakał wokół Mili.

– On jest bardzo młody, nie przeżyje sam. No i jest strasznie chory. Nigdzie nie widzę jego matki, prawdopodobnie się zgubił.. – Słuchajcie, bierzemy go! – zadecydowała pani weterynarz.

Gaja była zachwycona, ja spoglądałam na Milę z uwielbieniem. Tym własnie ludzie się różnią – powołaniem do różych spraw. Ja zwierzęta obchodziłam z daleka, widząc w nich raczej rezerwuar bakterii i pasożytów, Mila brała każde na ręce i przytulała do serducha.

I tak oto mała koteczka powędrowała z nami.

– A jak ją nazwiemy? – zapytała Mila – Gaja, musisz wymyślic kotce imię!

Zadanie złożone na pięcioletnie barki małego stwora było bardzo poważne. Gaj się zadumał, a potem zapytał:

– Mamo, a jak jeszcze chciałaś mnie nazwać?

– Jakie imiona rozważałam?.. Jaśmina – bo takie poetyckie, Jagienka – bo takie..

– Jagienka! TAK! Nazwiemy ją JAGIENKA!!! Będzie JAGIENKĄ Z WIENTIAN.

 

"Gaja była zachwycona, ja spoglądałam na Milę z uwielbieniem. Tym własnie ludzie się różnią – powołaniem do różych spraw. Ja zwierzęta obchodziłam z daleka, czując lęk przed bakteriami i pasożytami, Mila natomiast brała każde na ręce i przytulała do serducha."

„Gaja była zachwycona, ja spoglądałam na Milę z uwielbieniem. Tym własnie ludzie się różnią – powołaniem do różych spraw. Ja zwierzęta obchodziłam z daleka, czując lęk przed bakteriami i pasożytami, Mila natomiast brała każde na ręce i przytulała do serducha.”

 

Na drugi dzień zerwałyśmy sie wcześnie i popędziłyśmy do kliniki. Gaja była cała w emocjach, bo miała być asystentką Pani Weterynarz. 

I była. 

 

Jagienka w terapii.

Jagienka w terapii.

Dokładnie tak jak Mila – słuchała serduszka małego kotka, przygryzała ząbki, gdy Jagienka dostawała kolejny zastrzyk, mówiła do niej czule, jak Mila zaglądała jej do mordki, albo mierzyła temperaturę. 

 

Pani weterynarz Gaja.

Pani weterynarz Gaja.

 

Nowiny jednak nie były dobre. Jagienka z Wientianu była bardzo chorym i niedożywionym kotkiem. Mila uruchomiła całą swoją wiedzę, podawała wszystkie konieczne lekarstwa, a Gaj starał się dokarmić malucha, który wciąż powinien ssać mamę, ale mamy nie było..

– Jak Jagienka mogła się zgubić?.. – Gajka nie mogła tego w swym serduszku przeboleć – Dlaczego nie słuchała mamy?.. Dlaczego była nieuważna?.. Przecież mama za nią strasznie tęskni!.. A jak Jagienka musi tęsknić za mamą.. A może poszukamy jej mamy?..

 

Laotańskie bezdroża

Laotańskie bezdroża

 

A mi wówczas przed oczami stanął sen, który regularnie śniłam przed wyjazdem w podróż. Ze idę poboczem z Gają w nosidełku. Że podjeżdża nyska, wysiada z niej trzech osiłków, jeden wyrywa mi Gaję, pozostali rzucają mną do rowu, a potem wsiadają do samochodu i odjeżdżają w nieznane z moją dziewczynką ukochaną krzyczącą w środku, a ja biegnę za nimi, wyjąc z bólu i przerażenia, a przeraźliwa, niewyrażalna słowami panika rozlewa sie po całym ciele odbierającą rozum myślą, że Gai nie zobaczę już nigdy..

Zrywałam się wtedy w nocy, zlana potem, histerycznymi hałstami łapiąc oddech, a gdy widziałam moją małą istotkę śpiącą słodko u mojego boku, łzy same leciały mi z oczu. Łzy przerażenia i miłości ogromnej..

A potem znów przychodził sen i koszmar wracał, ten sam co do detalu, by mnie w końcu obudzić, roztelepaną przerażeniem i zlaną zimnym potem.. A Gaja oddychała obok spokojnie, śpiąc najpiękniejszym, dziecięcym snem..

Przyglądałam się jej zamkniętym oczkom, jej spokojowi niebiańskiemu, całowałam łysawy łebek i tuliłam, tuliłam, tuliłam tego małego stwora, który całkowicie zawładnął moim sercem.

A potem rozmyslałam nad tymi moimi podróżniczymi planami, nad tym, co chcę zrobić – i kawa na ławę wychodziło mi, że to mój lęk ogromny przeze mnie przemawia, lęk nieracjonalny przecież, a jednak silny, co rusz dziko doskakujący do mojego gardła.

Lęk przed nieznanym.

– Widzę Cię Lęku – powiedziałam któregoś dnia – Nie mogę się Ciebie pozbyć, zabiorę Cię więc ze soba. Zapraszam Cię w podróż Lęku, spakuj plecak, za parę dni ruszamy.

I ruszyłyśmy razem – ja, Gaja i mój Lęk.

Już wiem, że nigdy się go nie pozbędę. Już wiem, że będzie mi towarzyszył do końca tej podróży i do końca moich dni. Że będzie mną szarpał i przypominał o swej obecności w każej chwili. Być może i pójdzie za mną na tamten świat.

Lęk o dziecko.

Wierny towarzysz każdej mamy.

 

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

32
Dodaj komentarz

avatar
15 Comment threads
17 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
4 Comment authors
Somos Dos - Migawki z podróży Małej i DużejAszantiAgaSomos dos - migawki z podróży Małej i Dużej Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Aszanti
Gość
Aszanti

Chociaz, nie. Czekal. Teraz sobie przypominam, że kiedyś dośnił mi się ciąg dalszy. Że zatrzymuję jadący samochód, wyrzucam kierowcę i gonię zbiegów. Dopadam ich, bo adrenalina i moc wkurzonej matki robią swoje. Dopadam ich …i no cóż. Co dalej domyśl się, bo jak ja napiszę, to w życiu mi tego nie zaakceptujesz 😉😁

Aszanti
Gość
Aszanti

Wow. Mam w podróży taki sam sen. Inny kraj i samochód ale reszta się zgada. Chyba tak już niestety mamy, mamy 😉

Aga
Gość
Aga

W USA dzisiaj tj. 13 Maja obchodzimy Dzien Matki. Happy Mothers Day !!!! Asiu.

Anonimowo
Gość

Lęk sprawia, że jesteśmy bardziej odpowiedzialni bo analizujemy daną sytuację z każdej możliwej strony a to sprawia, że w wielu przypadkach i działaniach chronimy siebie i bliskich od tego „najgorszego”. Ja też się boję… Buziaki Asiu dla Was ❤

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Tak. Ten Lęk to czasem przyjaciel.. Zeby tylko jeszcze tak nie skakal do gardla.. <3

Anonimowo
Gość

Ładnie napisane 🙂

Anonimowo
Gość

Pięknie opisane 🙂

Anonimowo
Gość

Taki nasz matczyny los <3

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Taki to los na pewno czesci z nas..

Anonimowo
Gość

Asieñko, piękny tekst. Myślę , że ten lęk jest nam matkom chyba przypisany na zawsze…. I jak wyzej napisała Anita NieTamta- im starsze dziecko, tym więcej małych strachów…. (Ja już tak mam od 31 lat)

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

A ja tego doświadczać zaczynam, wybiegając wyobraźnią w przyszłość.. Brrr, lepiej nie wybiegać 😉

Renia
Gość

Przepiękna opowieść. Dziękuję,że się nią z nami podzieliłaś❤❤❤

Anonimowo
Gość

Piękny tekst o lęku matczynym. Dopiero teraz jestem Cię w stanie zrozumieć. No i ten lęk doskonale sobie oswoiłas i zamieniłas na niezwykła odwagę w podróży! Gajka rośnie na mądrą dziewczynkę. Takich się nie porywa

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Porywa sie wszystkich, Ania. Wystarczy byc w złym miejscu i w złym czasie.. 🙁

Anonimowo
Gość

Somos dos – migawki z podróży Małej i Dużej albo złej myśli…

Anonimowo
Gość

Somos dos – migawki z podróży Małej i Dużej albo złej myśli…

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Nie, w to zle myslenie i przyciaganie nieszczesc zupelnie nie wierze. Z autopsji – napadnieto mnie w Peru w jeden z najpiekniejszych dni mojego zycia 😀 Zle myslenie wowczas – nie, tam byl zachwyt i radosc ogromna, a potem bylo bardzo groznie. Takze zle miejsce i zly czas – tak. Mysli – nie 🙂

Anonimowo
Gość

Somos dos – migawki z podróży Małej i Dużej Einstein udowodnił ze czas i przestrzeń to pojęcie względne może to co wcześniej przed Peru się działo miało znaczenie…temat na dłuższa rozmowę. W każdym razie Laos jest buddyjski a buddyści wierzą w potęgę myśli – słów – czynów…

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Anna Kowalska Guimarães Tak. Niemniej jednak wciąż stoje na stanowisku, że jesteśmy tym, w co wierzymy.. Innymi słowy – jak w cos wierzymy – to tak jest. A jak nie wierzymy – to tak jest 🙂

Anonimowo
Gość

Mam kilka leków i obaw w swojej głowie ale tak, bez wątpienia lęk o własne dziecko to lęk, którego wiem, że raczej nigdy się nie pozbęde, taki los kochającej mamy 🙂 I im starsze dziecko, tym więcej małych strachów w głowie. Grunt, żeby swoich lęków nie przenieść na dziecko i cieszyć się każdym dniem i puszczać powoli dalej w świat. Powodzenia dziewczyny a Tobie Duża nieustannej podróżniczej mądrości i przyjemności z podróżowania razem 🙂 Buziaki!

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Hej, Anita NieTamta dziękujemy za piękne życzenia!.. <3 Piszesz dokladnie o tym, co ja dopiero przeczuwam.. Dzis do mnie dotarło, że Gaja jest bardzo samodzielna i że kolejne wymiary lęku przyjdzie mi zapewne niedługo poznawać..

Anonimowo
Gość

Piękny wpis ❤ zaciskam szczęki żeby się nie popłakać, bo jestem w tramwaju.

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Przytulam Cie mocno. O ilez latwiej by nam bylo, gdyby ten zawadiaka nie istnial, prawda?..

Anonimowo
Gość

Niesmowite na jak różne sposoby można odbierać te same miejsca. My Laos pokochaliśmy! 🙂

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

To samo miejsce, ale inny czas, inni ludzie, inne sytuacje.. Cóż mam rzec, Ola.. 🙂

Anonimowo
Gość

Popłakałam się. Nad kotem Jagienką. I Lękiem. Oby dał się oswoić.

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

On sie nie da.. Tyle razy probowałam, rozmawialam z nim, tlumaczylam, by mnie zostawil.. A on niby słuchał, niby kiwał głową, a potem chycał znów do gardła i dusił po staremu.. 🙁

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Jagnienki z Wientianu juz nie ma.. @Mila Lu długo to przed nami ukrywała, aż wreszcie, gdy prosiłysmy o jej zdjęcia, nam powiedziała.. Nie przeżył kociaczek mały, choc dzielny był i dzielnie walczył..

Anonimowo
Gość

Chyba tylko u Ciebie tak mam, że najpierw like klikam, a dopiero potem czytam 😉

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

To dowód uznania. Bardzo za Twoje slowa dziekuje. Serio! <3

Anonimowo
Gość
x

Check Also

Czerwony Kapitan

Na kolejną, przy ogniu opowiedzianą historię, tym razem Czerwonego Kapitana, zapraszam..  Noce ...