Home / AZJA / Malezja / Mari-Mari. Raj na Perhentian Islas.

Mari-Mari. Raj na Perhentian Islas.

Spóźniliśmy się na prom szptetnie. Wszystko przeze mnie, bo uparłam się na makrolid. Niestety noc w klimatyzacji jakiś czas temu, a potem dwie nocki w zimnych jak styczniowa noc malajskich autobusach zrobiły swoje. Kasłałysmy obie od dłuższego czasu, a domowe środki lecznicze ewidentnie nie prowadziły nas ku wyzdrowieniu. Okazało się jednak, że makrolid w Kota Bharu jest ewenementem, a upolowanie probiotyku graniczy wręcz z cudem. Nasz host, Wan,  jezdził więc z nami od apteki do apteki i gdy wreszcie udało się nam skompletować stosowny zestaw leków, było juz dość późno.

W dodatku po drodze pojawiła się niespodzianka, w postaci wyznania hosta:

– Nie dojadę. Zasypiam. Muszę się zatrzymać i drzemnąć.

Oczywiście, z powyższym wyznaniem nie było dyskusji. Sama mam za sobą incydent zaśnięcia za kierownicą, jeszcze za czasów korporacyjnego zatrudnienia, kiedy to wracając z morderczego terenu opadło mi oko. Duchy dobre strzegły mnie, bo trwało to setną sekundy raptem i miało miejsce o trzeciej nad ranem, gdy tylko sporadyczne auta przemykają krajową A4. Przyśnił mi się wówczas mój pokój i mama do mnie coś mówiąca, po czym obudziłam się – na sąsiednim pasie z ogromniejącą przed sobą drogową barierą. 

Zatrzymaliśmy się więc na stacji benzynowej. Wan chrapał na przednim siedzeniu, po czym nagle się ocknął, zerknął na zegarek i krzyknął:

– O rany! Dlaczego mnie nie obudziłaś!!! SPÓŹNIMY SIĘ!!!

 No i tak się stało.

Do Kuala Besut, skąd wypływają promy, dotarliśmy mocno po czasie. 

– Hostel czy samochód? – zapytał Wan, wpatrując się w cieknący po szybie deszcz.

– Samochód – zadecydowałam.

– Ok – rzekł Wan, po czym z przedniego siedzenia dobiegło nas głośne chrapanie.

Wan zasnał.

 

 

 

Na kolejny prom też prawie udało nam się spóźnić. Gdyby nie moja ścierpnięta noga, która obudziła mnie w ostatniej chwili, tkwilibyśmy w porcie do południa.

– Wan, jest 7.30 – zaczęłam budzić naszego hosta

-Mmmm.. – zamruczał Wan

– WAN! 7.30!

– Mmmm.. KTÓRA??? – dotarł do Wana moj komunikat – O rany! GAZEM!!!

No i było gazem. Wpadliśmy na łódkę jako ostatni pasażerowie. Nie minęła minuta, gdy łódka zawyła potężnymi silnikami i w błyskawicznym tempie zaczęła oddalać się od brzegu.

–  Mamy najlepsze miejsca! – cieszyłam się w duchu. Na takich motorówach najlepiej jest siadać z tył. Nie chlapie tam i najmniej wieje, bo chroni uniesiony dziób i ciała mniej zapobiegliwych pasażerów. O świcie było jednak tak zimno, że ubrałam nas szybciutko w koszule i bandamki, a Gaję dodatkowo okryłam kamizelką i posadziłam pomiędzy ławkami, najniżej jak się dało.

 

 

 

 

– Super, że zdążyliśmy – krzyknął do mnie Wan – pierwszy transport nie płaci opłaty klimatycznej. 30 RM zostanie Wam w kieszeni.

Jasne, że super. Mało kto z przyjeżdżających wie, że żeby dostać się na wyspy, do kosztów transportu dochodzi jeszcze opłata wstępu. Nie na wszystkich wyspach w Malezji i Tajlandii jest to praktykowane, ale owszem, spotkałam się z tym na tyle często, by wiedzieć, że mówi serio.

Płynęliśmy od plaży do plaży, wysadzając po kolei pasażerów.

– To tu! – wreszcie krzyknął Wan – Peatni Beach! Tu jest ośrodek mojego kumpla. Powinien Ci sie spodobać.

Już z daleka widziałam, że chcę tu zostać dłużej.  Niewielka plaża, i tylko jeden kłujący w oczy, ale na szczęście schowany w jej kącie resort. Reszta to malutkie bungalowy zbudowane z drewna i bambusa, ukryte w cieniu dzikiej zieleni, schodzącej z gór wprost na plażę.

– Mama! Ale tu fajnie! – wykrzykiwało moje dziecko, rzucając się do gotowania zupy z piachu – zostaniemy tu trochę, prawda?..

Jasne, tylko jak? To jedna z droższych wysp w tym zakątu świata. Nie stać nas na to, by za noc zapłacić cały nasz dzienny budżet. Trzeba było sprawę załałatwić inaczej. Tylko jak?..

– Wan?..  – zapytałam niepewnie – a ten Twoj kumpel, to nie potrzebuje jakiejś tu pomocy? Może mogłabym popracować trochę jako wolontariuszka?.. Zapytasz się go?..

Nie minęła minuta, gdy Wan wrócił cały w uśmiechach.

– Gadaj z nim sama! – rzucił, pokazując jednocześnie kciuk w górę.

Pogadałam.

 

 

 

I tak zaczęłyśmy pracę wprzepięknym zakątku malezyjskiej ziemi, u Eddiego, który wyglądał jak rasowy pirat i prowadził ten malutki ośrodeczek od ponad dwóch lat.

Nieco obawiałam się, bo nie miałam ani określonych godzin pracy, ani zakresu obowiązków. Eddi wzdrygał się przed prawdziwym szefowaniem, mówiąc

– Ajsha (tutejsza wersja mojego imienia), wolontaruisze są jak moja rodzina. I goście też. Razem jemy, razem gramy w karty, razem pływamy snorklować. Po prostu jak zobaczysz robotę do zrobienia – to rób.

No dobrze. Robiłam. Pobawiłam się z Gajką i powycierałyśmy stoły, znów pobawiłam się z Gają i ułożyłyśmy książki w biblioteczce, pobawiłam się z Gają i posprzątałyśmy kuchnię po obiedzie, bo mały człowiek we wszystkim dzielnie mi pomagał. Jedyna rzecz, za którą się nie brałam to gotowanie.

– Gotować nie będę – oświadczyłam z całą mocą Eddiemu – Ty jesteś Malezyjczykiem, więc gotuj ludziom po malajsku. Ja mogę Ci pomóc przygotować rzeczy, zrobić soki, potem wszystko posprzątać, ale gotować? Co to, to nie!

I tak spełniło się nasze małe, zwykłe marzenie – pobyć w tym uroczym, malezyjskim zakątku troszkę dłużej niż dzień, nacieszyć się piachem, słońcem, spokojem i kilkoma bardzo przyjaznymi ludzmi, a jednocześnie nie płacąc za to horrendalnych pieniedzy. Dogadałam się z Eddim, że w zamian za pomoc i bycie pod ręką, dostajemy dach nad głową i trzy posiłki dziennie. Malezyjskie, przepyszne, robione we własnej kuchni.

Trafiłyśmy do raju.

***

 

Ps. Eddy nieustannie potrzebuje kogoś do pomocy, a w sezonie zdaje się, że nawet dwóch osób. Jeśli byście chcieli popracować u niego – piszcie bezpośrednio do Eddyego lub na numer Wana. Wan dodatkowo prowadzi swoją małą, jednoosobową agencje turystyczną, dysponuje samochodem (może Was przywieść lub odwieźć w dowolne miejsce), a także możliwością zdobycia biletów w lepszej nieco niż oficjalna cenie (oficjalnie bilet otwarty kosztuje 70 MR – przechowajcie go w bezpiecznym miejscu, bo na ten sam bilet się wraca!). Ponadto jest w stanie zorganizować Wam wycieczkę dostosowaną do Waszych potrzeb (nocleg, kwestie wyżywienia, destynacja) w zdecydowanie konkurencyjnych do innych agencji cenach (zalety bycia panem samemu sobie).  Powołajcie się przy tym proszę na znajomość ze mną – to także powinno nieco pomoc.

Numery kontaktowe:

+60 11 17827977 Eddy 

+60 14 822 2702 Wan 

Eddi mówi po angielsku bardzo słabo i rozmowa z nim przez telefon będzie trudna, natomiast smsy lub whazup jest ok. Wana angielski jest ok. Obydwoje używają whazapu.

wan

Gdy jednak nie macie ochoty na pracę i tak po prostu chcielibyście pobyć w tym nieturystycznym i spokojnym zakątu wyspy, rezerwujcie w Mari – Mari nocleg (najtańszy 2 osobowy bungalow- 70 MR) Wspomożecie zacną duszę, a jednocześnie wylądujecie u człowieka, który będzie na Was patrzył, jak na przyjaciół, a nie jak na chodzące, wypchane gotówką portfele. Dla mnie, osobiście, to niezwykle ważna sprawa.

 

somos dos mari

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
x

Check Also

muesli breakfast

Muesli

Kuala Lumpur. Poranek. – Mamo?..  Co dziś zjemy?..  – pyta zaspanym głosem Gaj, wtaczając się ...