Home / Ameryka / Meksyk / Na Cerro Quemado

Na Cerro Quemado

cd

W drogę wyruszyłyśmy późnym popołudniem, w ostatnim zdaje się, do tego stosownym momencie. Słońce przetoczyło się już na drugą stronę nieba, zalewając świat ciepłym, miękkim światłem. Z nosidłem na plecach, uzbrojona w kijki, ciepłe ubrania, wodę i banany szłam ostatnia, goniąc wędrujące do góry dziewczyny. 

Dlaczego ostatnia? Bo w połowie pierwszego podejścia zorientowałam się, że nie wzięłam czołówki. Nie było na co czekać, należało zawrócić i przeskakujac z kamienia na kamień błyskawicznie lecieć do domu. Na szczęście Gajka postanowiła zostać z Gemą, więc zbiegłam bez obciążenia, łapiąc błyskawicznie lampkę oraz jeszcze dwa banany. Ostatnimi dniami męczył mnie wilczy głód – nie ważne ile jadłam, ciagle byłam głodna.

 

P1130080a

 

Tak więc pięłam się za Gajenką niby szybko, ale dystans między nami nie malał. Pewnie dlatego, że niby nadrabiałam droge, ale ciągle się zatrzymywałam. Tu widoczek na wioskę, tu ptak nad głową, tu ludzie na koniach, a tu jeszcze jedno zdjęcie cyk, bo tak niezwykle jest.

 

P1130092a

 

Dziewczyny litościwie zaczekały na mnie na szczycie pierwszego podejścia, choć niepotrzebnie, bo Gaję rozpierała energia. 

– Mamo! MAMO! Jaki kamień!!! Patrz, w kształcie corazon (=serca)!!! I drugi!!! Weźmiemy go ze sobą???

Tak, czas leci – ale ludzie się nie zmieniają. Od pierwszych naszych trekkingów Gaja zbiera skarby i chowa je do nosidełka – czasem oficjalnie, a czasem po cichutku. Nie raz zdarzyło mi się wrócić do domu umachana, po jedno, dwu lub trzydniowej wycieczce i odkryć w nosidle pół kilo kamyków, kamieni i kamerdolców. Bo takie śliczne są, kolor taki ciekawy mają albo wzorek niespotykany i zawsze coś przypominają. 

– Gajcia.. One takie wielkie.. Może zostawimy je tutaj, co? Tu ich domek jest.. – próbuję z nadzieją, na prawdę nie mając ochoty tachać dodatkowych kilogramów.

Bródka Gai zaczyna się wyginać rozpaczą.

– Ja wezmę! – deklaruje szybko Gema.

Bródka Gai błyskawicznie zmienia wygląd, a cały Gaj podskakuje radośnie wokół naszej host.

– Zabierzemy je jako ofrendas (ofiary)!!! Zaniesiemy na Cerro Quemado!!! Złożymy bogom Huicholi!!!

No i cześć, mama pokonana. Argument córka dobrała znakomicie, obie więc pochylamy się nad kamieniami i ładujemy po jednym – Gema do swojego plecaka, ja do swojego i ruszamy do przodu. Czasu jest na styk, a przecież bardzo chcemy zobaczyć zachód słońca nad pustynią. I wschód księżyca – wszak dziś pełnia.

Gaj wędruje dzielnie. Przed nami jeszcze kawał drogi, bo choć góra wydaje się być blisko – wiem, że to złudzienie. Ile takich lekcji odebrałam w Peru, w trakcie mojej pierwszej, samtotnej tam eskapady. Ocena odległości zawodziła mnie tam regularnie – wydawał się, że cel jest blisko – na godzine, dwie, trzy drogi – a w rzeczywistości lazłam tam pięc lub sześć, pod koniec już bez wody i bez jedzienia, no bo przecież miało byc krócej. 

P1130109a

 

Lekcje przerobiłam,  zapamiętałam i teraz do tego, co mówią mi oczy, podchodzę z nieufnością. A więc przed nami jeszcze kawał drogi. Coś trzeba zrobić, by ubywała nam szybciej. Co? Wymyślić bajkę!

– Gajka, a wiesz dlaczego ta góra jest święta? 

– Bo tam narodziło się słońce?

– Tak mówi legenda Huicholi. Chcesz ją posłuchać jeszcze raz?

Maluch kiwa głową, no więc na zmianę z Gemą opowiadamy raz jeszcze huicholską legendę, a potem totalnie puszczamy wodze fantazji. Zasłuchany Gaj macha nogami, metry ubywają, wiatr coraz mocniejszy, za nami chmury kurzu, bo choć to góry, to już pustynię czuć tu od dawna. Robi się coraz zimniej – niskie słońce już nie ma swojej codziennej mocy, a może dziś stoczyło poważniejszy bój o swoje istnienie. A przed nami znów trochę w dół i trochę w górę, a przed oczami Cerro Quemado, które nie przybliża się ani na krok.

 

 

Bajka płynie, kilometry ubywają. Gema przejmuje pałeczkę opowiadacza, ja zostaję troche w tyle. Chcę pobyć przez moment sama wśród tych gór surowych, omiatana pustynnym wiatrem, kłuta igiełkami wysokogórskiego zimna. Wędruję zamyślona długą chwilę, gdzieniegdzie zrobię zdjęcie, nagle zatrzymuję sie jak wryta. Przecieram oczy – obraz niezmiennie ten sam. Nie wierze, nie chce uwierzyc – pod ostatnim podejściem na Cerro – kamienny budynek i prowadzące na Górę schody. I pan z czyms na szyi, wyglądający na gościa od biletów wstępu.

 

 

Na szczęście pan okazał się byc przewodnikiem, a budynek – do dziś nie wiem. Uśmiechnęlismy się do siebie – i ruszyłam za dziewczynami w górę. Ostatnie podejście, choc strome, nie było trudne, ale faktem jest, że miałysmy za soba dwie godziny drogi w zimnie. Wlasnie pomyślałam sobie o Gajce, jaka to dzielna ta moja Pchełka, gdy  zobaczylam zbiegajacą ze szczytu Huicholkę.

 

 

 

Było zimno. Kobieta ubrana była tradycyjnie, w bluzkę z krótkim rękawem, długą spódnicę i sandały. Na plecach, w chuście miała wcale już nie tak małego dzieciaczka, drugi syn biegł obok. Był trochę starszy od Gai, ubrany był w dresik i dzinsy. Patrzyłam na nich, zakutana w kilka warstw ubrań, pierwszy raz od dawna czując się jak turystka. No bo i taką turystką byłam, wędrującą w górę, by zobaczyć ich Sanktuarium, dotknąć na chwilę huicholskiego świata,  zadumać się nad ich wiarą i spojrzeniem na życie.

P1130133edited

 

Gdy dobiegłam na górę, Gemma i Gaja siedziały zatopione w rozmowie. Wielka kula słońca staczała się w dół, zaczynało dąć pustynnym zimnem z ciągnących się u naszych stóp nizin. Zapatrzyłam się w dal. Przed nami, upstrzona gdzieniegdzie małymi światełkami ciągnęła się święta pustynia Huicholi – Wirikuta. 

– To tu bogowie zebrali się, radząc, co zrobić, by poprawić byt człowieka. I uradzili. Tu, na Cerro Quemado narodziło się Słońce. – kończy Gemma po raz kolejny opowiadając Legendę o Narodzeniu Słońca.

– Acha! To teraz ofiary! – zarządza Gaja, podrywając sie na nogi.

Za nami ułożony z kamieni krąg. To tu odbywają się jedne z najważniejszych huicholskich ceremonii. Podchodzę do niego z uwagą. Ileż myśli ludzkich jest w nim zaklętych, ileż próśb, dziękczynień, rozpaczy i radości w sobie mieści. Wyciągamy świece, rozpalamy, ale zimny pustynny wiatr co rusz nam je gasi. Nie ma sensu się siłować z naturą. Niech zostaną niezapalone – może za jakiś czas ktoś je dotknie ogniem – i w tym ogniu nasze deseos (prośby) popłyną tam, gdzie huicholscy bogowie..

 

 

– Karteczki nie – mowi nagle Gemma, widząc jak Gajka wyszarpuje z plecaczka kolorowe skrawki papieru, a na nich swoje rysunki – te ofrendas (ofiary) zaniesiemy na sam szczyt, do huicholskiej kaplicy.

– Kaplicy? – dziwię się w duchu, choć zaraz uśmiecham się do mego zdziwienia. No tak, 6 wieków chrześcijaństwa obecnego na tym kontynencie zrobiło niestety swoje, choć Huichole uważani są za jeden z tych ludów, któremu bardzo dużo swej starej wiary udało się zachować. Mówi się, że zawdzięczają to niedostępności swych wiosek (bo faktycznie w niedostępnych miejscach żyją, choć Inkowie w jeszcze bardziej niedostępnych mieszkali i niestety, zostali zupełnie zniszczeni) oraz elastyczności – szybko przystosowali się do nowych warunków, nie walcząc z konkwistą, a stosując taktykę kameleona. Tak zasłyszałam, ale czy to jest prawda – nie wiem..

Kaplicę od świętego kręgu dzieliły może dwie minuty wspinaczki. Stała sobie spokojnie, a święty obraz Huicholi, zdobiący ją we wnętrzu patrzył sobie na pustynię. Na obrazie święte słońce, święty peyote (halucynogenny kaktus używany w ceremoniach), święte venado (jeleń), święta kukurydza i wiele, wiele huicholskich symboli, namalowanych bawełnianymi nićmi na desce pokrytej pszczelim woskiem. 

 

 

Patrzyłam sobie na to w zadumie, myśląc jak bardzo my, zachodnia i chrześcijańska cywilizacja oddaliliśmy się od tego, co ważne. Od natury, od przyrody, od drzew, ziemi, słońca, wody.. Od tego, czego częścią jesteśmy, od tego – bez czego nasza egzystencja nie miałaby miejsca. Zamieniamy zieleń drzew na szarość betonu, a potem pomaleńku, niezauważalnie wręcz nasze ciało zaczyna chorować, by dużo później ogłuszyć nas nowotworem, udarem czy zawałem..  A dusza? Dusza też choruje, tylko inaczej..

Od czasu post-szpitalnego unieruchomienia zupełnie inaczej zaczęłam patrzyć na świat. Już nie jest taki piękny, przyjazny i spokojny. Jest taki.. niestabilny. Widzę, że w każdej chwili mogą przyjść inni ludzie i zrobić ze mną, co będą chcieli, bo będą uzbrojeni w przemoc i w coś, bo przewrotnie nazwano „broń”. I że nie będę mogła uciec, bo inni ludzie, w jakimś szale i omamieniu zamkną przede mną droge, obudowując się murem cegieł i strachu, irracjonalnie wierząc, że to co się wydarza – ich nie dotyczy. Nie będę mogła żyć spokojnie i nie będę mogła uciekać, nie dlatego, że Ziemia nie pozwala – dlatego, że nie pozwalają na to inni ludzie.. Kiedyś, gdy jako dziewczynka słuchałam opowieści Babci, zadawałam sobie pytanie – dlaczego Żydzi nie uciekali, widząc zbliżającą się zawieruchę. Teraz już wiem. Nie mogli. Granice były zamkniete. Ludzkie serca zamurowane. A oni – odhumanizowani.

lapacz snow

 

Stojąc więc przed tą kaplicą Huicholi myślami lecę do Aleppo, do Polski i do Ani, która prowadzi wytrwale Marsz o wielką sprawę. I proszę. Tak zwyczajnie proszę, byśmy wszyscy mogli spokojnie wychowywać swoje dzieci, a potem, patrząc jak rozkwita ich życie, spokojnie mogli umrzeć. Tak zwyczajnie, w pokoju, w spełnieniu, ze starości..

I tak płynie nasza modlitwa, a huicholski łapacz snów, szarpany pustynnym wiatrem, słucha uważnie, by potem wszeptać ją bogom do ucha.. 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

9
Dodaj komentarz

avatar
5 Comment threads
4 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Bestia PeludaJoanna JasińskaTomasz RomejkoMałgorzata Jodko-NarkiewiczAleksandra Madałkiewicz Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Gość

Joanna Nowak słowem w sedno, sukces w życiu to wcale nie wspięcie się na najwyższy szczebel w drabinie kariery jakiejś korporacji czy zgromadzenie milionów których nie potrzebujemy, kosztem czasu którego mamy i tak zawsze za mało. Sukces w życiu to zawsze zachwycać się zachodem słońca czy kroplami rosy, żyć w zgodzie z samym sobą, mieć przyjaciół sprawdzonych w niejednym boju, odbić się od dna najgłębszego dołu i odkryć że pewne doświadczenia i pewni ludzie uskrzydlają nas, pozwalają wzbić się ponad destrukcyjną szarość. Pozdrawiam z dna serducha.

Gość

Dokładnie tak! ☀ Stety-niestety mogę się podpisać pod każdym słowem, które napisałeś. Niestety przeszłam za dużo jak na swoje krótkie życie, Stety bo odkrywam coś zupełnie nowego, ciągły rozwój i najbardziej siebie ❤

Gość

To chyba możemy sobie podać ręce. Każde słowo tego komentarza wynika z moich życiowych doświadczeń, tych dobrych i tych tragicznych.

Gość

Cóz… Zycie 🙂

Gość

(…) Tak zwyczajnie proszę, byśmy wszyscy mogli spokojnie wychowywać swoje dzieci, a potem, patrząc jak rozkwita ich życie, spokojnie mogli umrzeć. Tak zwyczajnie, w pokoju, w spełnieniu, ze starości. – Joasiu, dołączam się do Twojej prośby całym sercem 🙂

Gość

Bezsens tego w czym niektorzy widza sens…

Gość

Dusza chyba najbardziej .

Gość

Dziękuję

x

Check Also

Andy

– Słuchaj, Asia. Musze wpaść do domu po drodze. Do Mazatlan. Zmienić ...