Home / Ameryka / Panama / Odcięta od fejsbuka – odcięta od świata

Odcięta od fejsbuka – odcięta od świata

  Ssomos Dos - Odcięta od Facebooka Kochani, Wpis znów niechronologiczny, bo teraz o Cali miało być, ale życie jak zwykle napisało swój scenariusz.. Otóż jestem odcięta od fejsbuka, który od ponad 2 tygodni przekształca moje konto z prywatnego na publiczne. I najgorsze jest to, ze coś w tych fejsbuczkowych trybikach się poprzestawiało, bo owszem, konto się pojawiło, ale potwornie okaleczone. Nie ma tekstów, jest raptem parę pomieszanych zdjęć, o komentarzach i korespondencji nie wspomnę. Jestem załamana. Na tymże fejsbuku miałam wszystkie kontakty – panamskie i kostarykańskie, niezbędne do dalszego podróżowania, no i najważniejsze – miałam Was – cala wirtualna siec wsparcia i oparcia, mnóstwo ciepłych, troskliwych i dobrych Dusz, które na odległość się nami opiekowały. Nie wyobrażacie sobie, jak wielka – nie mogąc otworzyć tego przeklętego fejsbuka – poczułam samotność… Było to dla mnie duże zaskoczenie – gdy ruszyłam, praktycznie nic na nim nie publikowałam, ot jakieś pojedyncze zdjęcie od czasu do czasu. Dopiero po roku prawie zaczęło być tych albumów więcej, rozrastały się opisy, a wraz z nimi – przybywało Na_Razie_Wirtualnych_Znajomych – tych niewidocznych i tych, którzy do mnie pisali, wspierając nas rada czy po prostu ciepłym słowem… Palce aż rwały mi się do klawiatury, by zobaczyć, co u Was, by odebrać korespondencje i korzystając z wifi w hostelu, cieplej nocy i komputera współspacza – jednym rzutem poodpisywać na listy, dając znać jesteśmy potwornie zmęczone, nieco chore, ale już w cywilizacji, wiec będzie dobrze… A tu zonk – fejsbuk wciąż zamknięty, ubezpieczenie medyczne strzela gafę za gafą, śpiwory złapały pleśń i wszystkie rzeczy zresztą śmierdzą tak, jakby w piwniczce dziadka Waldka miesiąc cały leżały… Suszymy się wiec, leczymy i obiady wielkie gotujemy, odbijając sobie z nawiązką mega-trudne tygodnie w deszczu, burzy i mżawce na archipelagu San Blas. Miałyśmy w zasadzie pecha – owszem, w porze deszczowej oczywiście pada – ale pada nad kontynentem. Nad wyspami oczywiście także – ale nie ciurkiem przez tyle dni. – Zmienia się klimat – kiwali głowami Indianie Kuna patrząc w niebo – Teraz to nie wiadomo, co będzie.. Ssomos Dos - Odcięta od Facebooka Było bardzo ciężko. Wilgoć w powietrzu była porównywalna do tej z Puerto Leguizamo.  Wszystko butwiało i pleśniało, rzeczy były non stop wilgotne i lepkie.. Nic nie schło, woda na wyspie (na której nie ma źródła wody) była coraz gorsza. Kończyły się kupione jeszcze w Capurgana  zapasy  jedzenia, a my tkwiłyśmy na pomoście (ja i pewna Argentynka) z pakowanymi codziennie rano plecakami, gotowe do drogi. Tylko łódek nie było. To znaczy – były, ale ceny oficjalnego transportu nas powalały. Czekałyśmy wiec na transport nieoficjalny: łódki dowożące drobne produkty, motorówki medyczne, transport wojskowy czy wreszcie na male, lokalne stateczki handlowe. Najmniej w tym wszystkim cierpiała Gaja. Na wyspach nie było ani samochodów, ani rowerów, ani motorów, ani koni. Było kilka głównych ulic i wiele ciaśniutkich ścieżek pomiędzy bambusowymi ogrodzeniami także bambusowych chatek. Za to było mnóstwo dzieciaków. Gaj cale dnie szalał z nimi, skakał prze cieple kałuże, jeździł na dziecięcych samochodzikach, meldując mi tylko co jakiś czas, że idzie z którąś koleżanką do domu. Ja oczywiście się godziłam i starsza koleżanka brała w smagłą dłoń białą łapkę Gajki i tak sobie maszerowały pobawić się bezgłowymi lalkami, wytaplanymi we wszędobylskim błocie, a my z Argentynką tkwiłyśmy na pomoście, czatując na nieprzypływające stateczki…Ssomos Dos - Odcięta od Facebooka Tak, bez wątpienia był to bardzo trudny etap.  Pierwsze 3 dni w Panamie były też trudne – wszystko w dolarach, dwa razy droższe niż w Ekwadorze, a my w najtańszym backpakerskim hosteliku, który i tak kosztował 3 razy więcej niż w Kolumbii, chore, wymęczone i zastanawiające się, co dalej. Na szczęście los – przynosząc problemy, miał już w zanadrzu rozwiązania. Justyna Budzyn (dziękuję!), współorganizatorka Festiwalu Podróżników „Włóczykijki” w Barlinku, nawiązała kontakt z panem Kazimierzem Ludwińskim (dokładnie tym który wraz z dzieciakami 9 lat podróżował na katamaranie), a on skontaktował nas z dr Zaida (do której namiary miałyśmy zamknięte na fejsbuku od Magdy i Franco Peine), która zaopiekowała się nami od strony medycznej, a potem jakoś to wszystko ruszyło ku słońcu. I mogliśmy skorzystać z ubezpieczenia i Roger z CS  przytulił nas na kilka nocy i Justyna dotarła tu cało i szczęśliwie, przywożąc prezenty z Polski od moich rodziców i cudownej rodziny Radzimierskich (planetkiwiblog.com) i wreszcie udało mi się spotkać z Piotrem Strzeżyszem (onthebike.pl), z którym rok temu w Limie rozminęłam się chyba o dwa dni. Na końcu tego wszystkiego, korzystając z domowego, wiec bezpiecznego wifi, pierwszy raz od długiego bardzo czasu otworzyłam swoje konto i.. zdebialam! Jakies przelewy dziwne… – Zaraz, nie rozumiem – pomyślałam – to musi być jakaś pomyłka… Rzuciłam więc okiem na zakładkę „Tytuł”. Gosia z Piwnicznej-Zdrój wysłała po prostu uśmiech, Justyna ze Świdnika napisała zwyczajnie „darowizna”, Aga z Chorzowa: „bajabongo i do przodu”, Kasia z Bielska-Białej: „na lody dla Gajki”, natomiast Dorota z Plewisk walnęła wprost, nie bawiąc się w ceregiele:” przep* na głupoty + własne przyjemności”… Wszystkie wpisy poparte były pieniędzmi, które razem zebrały się w bardzo istotna dla nas kwotę… Dziewczyny, nie umiem znaleźć  słów, by Wam podziękować. Najpierw skakałam pod sufit – ze śmiechu i z radości, a teraz zalewam się łzami – ze wzruszenia i z wielkiej radości… Nie umiem znaleźć słów.. Po prostu DZIĘKUJĘ. Ps. Nie mogę odpowiedzieć pod komentarzem, BO NIE MAM FEJSBUKA, grrrrrr, co za paranoja… Monika, nie wiem jak Wam dziękować, Radzimierscy kochani! Bidon jest genialny. Nawet nie wiedziałam, że takie urządzenia istnieją, bo bym jeszcze przed podrożą je zakupiła. Bo nas, moja kochana, załatwiła woda na San Blas. Niby była z filtra (tj, z rzeki, z lądu, ale przepuszczona przez filter – wioskowy, a potem domowy) Tknęło mnie, by oglądnąć ten filter – szkoda ze w przedostatni dopiero dzień. Filter owszem jest, ale tylko mechaniczny. I ma ze 150 lat. A wokół deszcze niespokojne o rożnym natężeniu i w związku z tym – woda o rożnym zabarwieniu… No ale nic, póki co w cywilizacji jesteśmy, ale coś mi mówi, ze bidon stanie się szybciutko moim ulubionym gadżetem, tak jak królik stal się Gajki ulubioną maskotką 🙂 Z Ponych także ucieszyła się szalenie, wiec non stop kolor, w nosidle oprócz jedzenia i ubrania targam teraz 3 pony (bo jednego już miała) i budyniowego królika :))) A wczoraj, do tego wszystkiego w hostelowym pudełku z rzeczami do zabrania Gaj wyniuchał innego króliczka – z tego samego gatunku co od Was, bo tez uszka błyszczące ma i wielgachne oczy:))) No i tak teraz wędrujemy sobie z cala rodziną Pony i rodziną Conejo 😀 A ja jeszcze dziękuję za piękny osobisty, papierowy list, Monika…  Ps. Monika, czy ktokolwiek, kto tu zagląda! Błagam, umieście na swojej stronie fb apel o radę – bo ja – nie mając konta wiem do kogo na tym fejsbuku pisać i kogo prosić o interwencje! Jestem w trudnym położeniu, bo wszystkie dane, wszystkie kontakty, wszystkie materiały mam na fejsie, bo przecież mi go nie ukradną – to najbezpieczniejsze miejsce do przechowywania danych. Otóż zonk! I teraz jestem z Gaja, w Panamie i nie mogę skontaktować się w zasadzie z zadnym z moich znajomych, ani tym bardziej skorzystać z ich pomocy czy gościny. Dramatycznie skomplikowało to naszą podróż. Błagam, napiszcie do mnie lub w komentarzach poniżej, GDZIE W TYM ZAKICHANYM FEJSBUKU ISTNIEJE ADRES, POD KTÓRYM JEST CZŁOWIEK, bo mojego wariantu problemu fejsbuk nie przewidział.

About admin

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
x

Check Also

Tylko jak tu pisać bloga?..

  Z tym założeniem bloga wcale nie było łatwo. Gdy planowałam swą ...