nie przegap
Home / AZJA / Kambodża / Pogryzienie przez psa – co robić?

Pogryzienie przez psa – co robić?

Pierwsza część tryptyku o pogryzieniu przez psa, szczepieniach i o tym, jak Khmerzy zapobiegają wściekliźnie.

 

Nad morze wybierałyśmy się od kilku dni, ale ciągle coś nam stawało na przeszkodzie. To trwał khmerski długi weekend, a co za tym idzie, wszystkie nadmorskie miejscówki przeżywały superoblężenie. Potem mocno padało. Potem posypał sie użyczony nam przez Pawła motor. Maszyna wymagała interwencji mechanika, tyle że za usługę tenże specjalista życzył sobie jakiejs kosmicznej sumy. Wiedziałam więc, że to nie tędy droga, że musze znaleść jakiegoś miejscowego człowieka i poprosić, aby pojechał go naprawić w moim imieniu. Trwało to kolejne dwa dni, aż mnie oświeciło i pogadalam z sąsiadami. Prez google translator oczywiscie, bo oni po angielsku ani me, ani be.

 

 

takeo, kambodża, cambodia, everyday life dziewczynka

W Kambodży rodzice nie przejmują się pampersami czy bielizną dla dziecka. Maluchy często biegają zupełnie nagie, albo bez majteczek – wówczas problem pieluch lub ciągłego prania ubranek znika. Dziewczynka z sąsiedztwa, Takeo, Kambodża

 

Szczęściem w nieszczęściu okazał się, że syn sąsiadów coś po angielsku spikał. Szału nie było, ale już mogłam wyłączyć wujka google, w najgorszym wypadku domachiwałam rękami. Tenże oto syn zabrał naszego rumaka i z wypisaną listą felerków zaprowadził go do mechanika. Cena, z którą wrócił wciąż oscylowała w górnych rejestrach spodziewanej, ale przynajmniej motor działał.

No to świetnie. Kolejnego dnia rano spakowałyśmy nasz dobyteczek, zapaliłyśmy Buddzie kadzidełko, po czym nieroztropnie otworzyłam komputer. A tam czekała na mnie pilna korespondencja, która znów zżarła mi mnóstwo czasu. Wyjechałyśmy więc późno, ale wciąż na tyle wcześnie, że mogłyśmy nad to morze dojechać. I zapewne byśmy dojechały, gdyby nie fakt, że pomyliłam droge. Jechałyśmy i jechałyśmy z Gajeczką, śpiewałyśmy sobie piosenki, kilometry ubywały, aż wreszcie zdecydowałam, że zobaczę na mapę, bo z moich obliczeń wynikało, że wkrótce mieliśmy wjeżdżać na krajówkę.

 

 

Takeo, Takev, Kambodza, Cambodia

Przed domkiem. Ostatnie przygotowania do podróży. Takeo, Kambodża.

Takeo, Cambodia

W drogę! Kto by się spodziewał, że dzień skończy sie pogryzienie przez psa..  Takeo, Kambodża

 

Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że GPS pokazywał, że jesteśmy kilkanaście ulic od domu!

– No nie – mówię do Gai – coś się podziało z tym telefonem! Zawsze GPS pokazywał co do metra, a teraz mu coś odbiło! Mówi, że jesteśmy w Takeo! No nie, zepsuł sie, cholera jasna, wrrr!.. Straciłyśmy mapę!

Co robić. Łyso jechać na pałę, gdy cały świat ani huhu w Twoim jezyku. No i – gdzie w ogóle jechać? Przecież nie wiemy, gdzie jesteśmy. Musiałam znaleść internet i spróbować określić nas na drugim telefonie – który dla odmiany wieszał się średnio co pół godziny.

Internet znalazł się w pobliskim hotelu. Otworzyłam Szajsunga – no nie, pokazywał to samo, co rzęch-Iphone! No nie – dwa GPSy nie mogą się mylić! Ale przecież jechałyśmy motorkiem dobrą godzinę!

– Pobłądziłam… – powiedziałam do Gai, z miną pełną niezrozumienia. – Dziś już nad morze nie dojedziemy… Przepraszam córeczko..

Usta Gajki wygięły się w podkówkę.

– Jutro spróbujemy znowu, dobrze? – rzekłam zachęcająco – przecież obiecałam, że zabiorę Cię nad morze. A jak już jesteśmy niedaleko domu, to może zrobimy sobie wycieczkę po okolicy? Do zmroku wciąż mamy godzinę. Co Ty na to?

Gaj pokiwał głową radośnie.

Odpaliłam więc motor i potoczyłysmy się w kierunku bocznych uliczek, przy których wyrastały ubogie domki z desek i blachy falistej, a przestrzenie pomiędzy nimi zaścielały papiery, stare reklamówki, puszki i plastikowe butelki. Jechałam wolno, co jakiś czas machały nam dzieci, albo ja wołałam do przyglądających się nam dorosłych magiczne ”sus dei” (dzień dobry), po którym ich twarze rozpromieniały sie życzliwością i uśmiechem.

 

takeo smieci

Kambodża, to tony śmieci na poboczach, brak kompleksowego rozwiązania problemu i edukacji ekologicznej. Niestety, taką sytuację obserwowałam w wielu ubogich krajach. Co więcej – pamiętam też takie obrazki z Polski. Cieszę się, że u nas kultura nieśmiecenia jest coraz powszechniejsza. Kiedy i tak będzie w Kambodży? Nie wiem, miejmy nadzieję, że jak najszybciej. Przedmieścia Takeo. Kambodża.

 

Przejechałysmy już spory kawał, gdy nagle okazało sie, że uliczka w którą skręciłysmy zamknięta była.. namiotem! Ale to nie byle jakim – ale strojnym, fioletowo-białym, pod którym rozstawione były bankietowe stoliki i pięknie przybrane krzesła.

 

Takeo, Cambodia

Wesele. Takeo, Cambodia

Oniemiałam.

Ki pieron?

– No patrz Gaja! – komentowałam głośno – Droga zamknięta, przejazdu nie ma. Ot, tak, bez niczego. W Polsce gdyby ktoś postawił taki namiot na drodze, to by go chyba sąsiedzi zjedli. 

– Mama, oni machają na nas! – przerwała mi Gaja.

Faktycznie, siedzący pod namiotem, elegancko ubrani goście machali, pokazując jak objechać namiot. No to zaczełam go objeżdżać.

 

Takeo, Cambodia, wedding

Wesele. Takeo, Cambodia

 

– BODA!!! (wesele) Mamo, to BODA!!! O rany, BODA!!! – najpierw dotarło do Gai, skąd ta cała pompa – Stój mamo! TUUUU!

Zatrzymałam się dokładnie na przeciw domu, przed którym trwała uroczystość. Przez moment nie mogłam się zorientować, którzy to Panstwo Młodzi, biorąc za ślubujących, centralnie siedziących ich rodziców. Dopiero po chwili, przyglądając się ceremonii zauważyłam, że to ci, którzy składają rodzicom dary, są bohaterami dnia.

 

Takeo, Cambodia, wedding

Ceremonia weselna. Takeo, Cambodia

 

– Jakie one są śliczne!.. – ekscytowała się, cierpiąca na syndrom księżniczki Gaja – Jak królewny z bajek!.. Jakie mają włosy!.. Jaki są pomalowane!.. A jakie sukienki mają!.. I brijają!.. (mienią się, świecą – spolszczony hiszpański)

Faktycznie, kobiety wyglądały przepięknie. Od śniadych skór odbijały się subtelne róże, mocne czerwienie, srebrne biele i ostre turkusy. Krucze włosy w większości miały splecione w misterne fryzury, oprawione w złote spinki, obowiązkowo każda z nich przyozdobiła szyje, dłonie i uszy złotymi naszyjnikami, branzoletami i dużymi, rzucającymi się w oczy kolczykami. Do tego wszystkiego dochodził jeszcze makijaż – mocno podkreślone oczy, zdecydowany kolor ust i rumieniec mający świadczyć o  zdrowiu. Brakowało im jeszcze koron – i każdą z nich możnaby wysłać na bal, a królewicze, którzy szukaliby żony, mieliby ciężki wybór.

Ale też i tutejsi mężczyźni wyglądali tak, jakby za momencik mieli wziąść w balu udział. W strojnych, bufiastych spodniach do kolan, złotych, srebrnych czy zielonych przypominali bezy tortowe, a wyrazistość rysów, dostrzegalna z daleka świadczyła o uczynionym przed ceremonią makijażu.

Wszyscy oni siedzieli w otwartej na namiot sali, ciesząc oko zgromadzonych przy stołach gości. Co rusz grały tradycyjne instrumenty, a jeden z mężczyzn mocnym głosem prowadził wszystkich przez ceremonię. Stałyśmy tak z Gają przyglądając się scenie długą chwilę. Wymieniliśmy uśmiechy z państwem młodych oraz ukłony z orkiestrą.

 

Takeo, Cambodia, wedding

Muzycy grający na tradycyjnych instrumentach. Takeo, Cambodia

 

– Choć Gajka, zaraz będzie ciemno – zapropopnowałam wreszcie – jedzmy pomału do domku, dobrze?

Gaja pokiwałą głową niechętnie, niestety nie było wyjścia. Czas nas gonił, do zmierzchu zostało raptem parę minut.

Pojechałyśmy, przejeżdżając uprzednio przez bramę. Tyle co wyjechałysmy z jednego namiotu – zobaczyłysmy kolejny namiot – na drugim końcu ulicy. To tu, to tam stały samochody i kręcili się strojnie ubrani goście.

– Patrz Mała – roześmiałam się – trafiliśmy na dzień ślubów.

Jechałam wolno, ostrożnie manewrując wokół samochodów, kałuż, kręcących się wszędzie kundli i ludzi. Dlatego też siedzący na ulicy pies niespecjalnie zwrócił moją uwagę. Zastawiona z jednej strony samochodem, z drugiej jadącym skuterem, musiałam ruszyć w kierunku psa.

– Przecież ucieknie – myslałam, omijając go w odległości dwóch metrów – no bez przesady, nie będzie tak tkwił na środku.

A pies, owszem, siedział na środku drogi, wśród mijających go motorów oraz krążących ludzi i spokojnie czekał. W momencie, w którym go mijałam z krótkim warknięciem rzucił się w moim kierunku.

– JASNY GWINT!!! – wrzasnęłam, nie wierząc, że to dzieje się na prawdę! – UGRYZL MNIE!!! CHOLERA!!! WSCIEKLIZNA!!! UGRYZL MNIE!!!

 

Pogryzienie przez psa - co robić? Takeo, Cambodia

Pogryzienie przez psa – co robić? Takeo, Cambodia

 

Błyskawicznie zaparkowałam motor, i nie zważając, że cienka strużka krwi zaczynała rozlewać się, niczym Mekong w delcie, rzuciłam sie za psem.

– Help me!.. – płakałam – Please, help me.. I have to catch him.. I have to get him.. – starałam sie maksymalnie uprościć mój angielski, mając nadzieję, że ktoś mnie pojmie i pomoże.

Nic z tego. Kmerzy pokazywali mnie palcami śmiejąc się i żartują, a ja płacząc głośno szłam za psem. Cały czas go im wskazywałam i powtarzając „help me to get this dog”, gestami próbowałam zamknąć mu drogę.

Wreszcie podszedł do mnie młody mężczyzna.

– Jedz do szpitala, niech Cie opatrzą. Musisz dostać zastrzyk.

– Wiem! Ale musze najpierw złapać tego psa! Musze go mieć! To bardzo ważne! Pomoż mi, proszę!.. – płakałam składając ręce w błagalnym geście. Wściekliznę przerabiałam już w Hondurasie, kiedy pies ugryzł Gaję. 

– Idz do szpitala, niech Cie opatrzą! – młody mężczyzna wciąz powtarzał to samo.

– Nie!.. – zaniosłam się płaczem. Noga krwawiła mocno, bolała też coraz mocniej – Musze mieć tego psa! Musi go weterynarz zbadać! Błagam, powiedź ludziom, by go złapali. By go zagnali gdzieś do ogrodzenia. Musze go mieć!

– Ale idź najpierw do lekarza..

– JA JESTEM LEKARZEM!!! – krzyknęłam w przypływie rozpaczy i frustracji – WIEM CO SIE ROBI Z POGRYZIENIE PRZEZ PSA!!! I POTRZEBUJE TEGO PSA! Może być żywy, możecie go zabić, nieważne. Musze go mieć!… Muszę go dać na obserwację!.. Pomoż mi prosze!.. – płakałam.

Mężczyzna coś powiedział do ludzi, niby się śmiali, ale zaczęli psa otaczać.

– Chcesz byśmy go zabili? – upewnił się facet.

– Albo zabili , albo złapali, zagońcie go tu.. Jego trzeba zabrać do weterynarza!.. – wskazałam na ogrodzony dom, ale kobieta – jakby rozumiejąc co mówie – natychmiast zamknęła bramę, wygrażając mi pięścią.

Mężczyzna popatrzył na nią i powiedzał coś do ludzi.

Trójka facetów niby od niechcenia zbliżała sie do psa. Zwierzę, z podkulonym ogonem i położonymi uszami obserwowało sytuację.

Nagle świstną kij, pies był jednak szybszy. Wypruł do przodu jak strzała i zniknął.

– CO WYŚCIE NAROBILI!!! – lamentowałam po polsku i po angielsku – UCIEKŁ!!! Dlaczego pozwoliliście mu uciec??? Przecież wiadomo, że go nie da się zabić!!! Zagnać go trzeba było gdzieś, osaczyć!.. No i co ja teraz zrobię!.. Jak go mam obserwować!..

Ludzie przyglądali mi się z przerażeniem, powoli docierała do nich powaga sytuacji. Po chwili podeszła do mnie kobieta. Objęła mnie i zadziwiająco dobrym angielskim spokojnie powiedziała:

– Popatrz, tu jest ten pies. 

– Ale ja wcale nie jestem pewna, czy to wlasnie jest TEN pies.

– To on. Widziałam wszystko. Zrobił rundę i wrócił tu przed bramę. On do suki tu przychodzi, czesto go widzimy.

– Złapcie go! – błagałam ją – Złapcie go, musi go zbadać weterynarz. Tak się robi w moim kraju, jestem lekarzem, – blefowałam – Błagam, zagnajcie go gdzieś.

Ta sama kobieta, która zamknęła bramę, teraz ją otworzyła. Ludzie otoczyli psa i po chwili był on w ogrodzeniu.

– Dziekuję Wam.. Tak bardzo Wam dziekuję.. I Tobie dziekuję.. Akun chiaran.. (dziękuję bardzo) Akun.. Akun.. – zachłystywałam sie płaczem. Rana bolała, ale świadomość konsekwencji ugryzienia doskwierała jeszcze bardziej. No i posypały sie nasze plany wyjazdowe. Wyprawa nad morze odchodzila w nieznaną przyszłość.

– A teraz pojedziesz do szpitala ? – upewniła się dziewczyna, obserwując mnie z troską – Jak skrecisz w lewo, wyjedziesz na główną drogę..

– Wiem, gdzie jest szpital – przerwałam – moj kolega tam pracował, Polak. Był na wolonatriacie. Trzymajcie tego psa, prosze. Jak tylko opatrzą mi noge, wrócę tutaj, dobrze? Nie dajcie mu uciec, proszę.. – wciąż trzesła mi się broda.

– Jedź. Nie damy. Nie martw się, zadbaj najpierw o noge. – powiedziala uspokajajaco dziewczyna.

Ciąg dalszy historii znajdziecie we wpisie „Szczepionka na wściekliznę”.

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

59
Dodaj komentarz

avatar
18 Comment threads
41 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
12 Comment authors
Jo JoSomos Dos - Migawki z podróży Małej i DużejzakerAniaSomos dos - migawki z podróży Małej i Dużej Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Jo Jo
Gość
Jo Jo

Zdumiewają mnie komentarze podejrzewające Joannę o okrucieństwo wobec zwierząt, czy też „dziękujące-jej-tym-samym” za współpracę podczas lektury bloga, czyli wszyscy ci, którym tak leży na sercu sprawa psa, że mówią Asi: pa pa. Ile razy chyba każdemu z nas zdarzyło się powiedzieć „jak on/a mi tego nie przyniesie/nie wytłumaczy/nie załatwi TO ZABIJĘ.” Jest to dosyć szeroko i powszechnie przyjęty sposób wyrażenia strachu czy też złości. A teraz wszyscy z grożącym paluszkiem wyobraźcie sobie kobietę w ilości Jeden, z małym Dzieckiem, gdzieś na końcu świata, próbującą ogarnąć nie tylko logistykę podróży ale i wszystko inne, dętki, katar, pranie, niedomaganie. I jeszcze psa.… Czytaj więcej »

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Nie ma to wielkiego znaczenia. I tak zastrzyki sie bierze, tylko mniej. Natomiast „kupuje sie” troche czasu. Więc w sumie – ma znaczenie.

Katarzyna
Gość
Katarzyna

Czytam te głosy oburzenia z wielkim zdziwieniem. Przecież te Pani „niby stałe czytelniczki” zachowują się tak, jakby nie znały Pani tekstów. Przeciez o zwierzetach na blogu bylo nie raz, ostatnio bylo na fejsbuku, wrzuciła zrobione przez Panią zdjęcie świń, bestialsko przewożonych w cieżarówce i pamiętam Pani wzburzenie zawarte w opisie. A Pani migawka „Kura” stała mi przed oczami przez kilka dni. Nie jestem sobie w stanie wyobrazic, w jak olbrzymim stresie musiala Pani być, gdy pogryzł Panią pies! Mi z tego tekstu winika, ze wcale nie chciala Pani go ukatrupic, ze przede wszytkim Pani chciala go zlapac zywego i obserwowac,… Czytaj więcej »

Ania
Gość
Ania

Czytam bloga od 2 lat, rzadko się udzielam, czasem coś pomogłam. Moje dzieci znają Gaję z imienia i z przygód, czytamy sobie o krajach, które zwiedza. Ale żegnam się, przepraszam.

Kasia
Gość
Kasia

Jak mozna nawolywac ludzi do zabicia psa, bo ugryzl? Ja rozumiem zlapac i zbadac jezeli w danym kraju mozna to zrobic, tylko chyba nie czeka pani wtedy na werykt 15 dni i ryzykuje tylko raczej i tak przyjmuje dawke zastrzykow, prawda? Jedynie wtedy takiego psa stanowiacego realne zagrozenie dla wszystkich usypiamy, prawda? A nie „prewencyjnie ” nawolujemy to zatluczenia psa!! I to jeszcze rozumiem w super”humanitarny” sposob tym co by mieli pod ręką ( kij, kamień, ?) pies pewnie nie zostal by zabity pierwszym uderzeniem wiec tak by go tlukli, na oczach ukochanej coreczki rozumiem? A dlaczego, bo Pani nie… Czytaj więcej »

trackback

[…] Pogryzienie przez psa – co robić? […]

Anonimowo
Gość

Współczuję bardzo Ja w Indiach miałam przygodę z pogryzieniem psa, jestem wdzięczna za wynalezienie szczepionki przeciw wściekliźnie. Szliśmy sobie przez Old Delhi i nagle poczułam, że coś mnie złapało za nogę, nawet nie wiedziałam, że to pies, dopiero po chwili sobie to uswiadomilamz niestety już odbiegł, a bezdomnych ulicznych osób tam było mnóstwo, wszystkie do siebie podobne. O namierzeniu i złapaniu tego konkretnego psa nie było się mowy, nawet gdybym o tym pomyślała. Nie pomyslałam, zaczelam wrzeszczeć i płakać, bo się przestraszyłam. Szczesliwie miałam długie spodnie i nie było krwi, tylko draśnięcie, ale to niewiele zmienia. Zbiegli się ludzie, mój… Czytaj więcej »

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

No własnie.. To tak jak w Kambodzy..Cieszę się, że to piszesz, ja po prostu spanikowalam totalnie!.. A potem jeszcze cała jazda z lekarzami byla.. Tu, pomimo ze w kraju jest wscieklizna, szczepienia maja tylko placowki prywatne, a surowica, ach! Do pomarzenia. Nam akurat tak sie zlozylo, ze nastepnego dnia wyladowalysmy w Phnom Penh, wiec surowicę dostałam 23 h po pogryzieniu. (ochyda, to grzebanie igla w ranie, brrrr) Natomiast koszty szczepien uh, wahaja sie – w Kambo kosztowaly od 27 do 35 USD, natomiast w Malezji rozmowa zaczela sie od 118 USD w jedym szpitalu, a 230 USD w drugim. Koszmar!… Czytaj więcej »

Anonimowo
Gość

Nic dziwnego, że spanikowałaś, po takich przygodach i zasłyszanych historiach :/ Ja po tamtym incydencje długo bałam się przejść obok psa nawet na smyczy. Nawet w naszym parku pod domem w Warszawie reagowałam odruchem lękowym na wszystkie zbliżające się psy. Spanikowałam strasznie, chociaż moje ugryzienie to nie była żadna wielka rana, zaledwie lekkie draśnięcie przez spodnie i otarty naskórek, bez lejącej się krwi. Na szczęście byłam z partnerem, który ogarnął sytuację (no i wtedy jeszcze bez córki). Przebiegały mi po głowie czarne scenariusze i krzyczałam, że muszę jak najszybciej jechać do szpitala na szczepienie, bo jakoś sobie wyobraziłam, że to… Czytaj więcej »

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Emilia Szmyt Kustra Ano. Doskonale wiem o czym piszesz, albo prawie doskonale, no bo podobne rzeczy przerabialam, jeno kraje inne byly. Ciesze sie, ze wyszystko dobrze sie skonczylo i wcale sie nie dziwie Twoim lękom i obawom. Czasem spotkani na drodze podroznicy mowia – o!, Nie robisz tego? Albo nie jesz tego? Przesadzasz trochę, myslalam, ze jstes bardziej wyluzowana. No wlasnie nie jestem. Przez te nasze wszystkie doswiadczenia wcale nie jestem.. A od zwierząt – kazdych – trzymam nas badzo z daleka.

Magda
Gość
Magda

Martwię się o Ciebie! Wszystko dobrze?

Anonimowo
Gość

Trzymaj się Asia! Dobrze, że masz tam opiekę. Szybkiego powrotu do zdrowia! Uściski dla Was!

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Dziękuję Milena! Ślemy slońce! <3

Anonimowo
Gość

Czy ten pies ma wściekliznę? Nie ma nic o takiej diagnozie w tekście

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Tego nigdy nie wiesz. Moze byc zarazony, a nie miec jeszcze objawow..

Anonimowo
Gość

Rozumiem, ale we wstępie pisałaś, że to pies chory na wściekliznę, co nie musi być prawdą

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Mirka Pawlik Nie musi, ale moze. byc chory. Btw gdzie napisalam, ze to pies chory na wscieklizne? Prosze o fragment tekstu.

Anonimowo
Gość

W tytule jest uwaga wścieklizna i potem w pierwszym zdaniu „Ileż to ja się nasluchalam…”

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Tak faktycznie pisze. A gdzie pisze, ze pies jest chory na wscieklizne? Nie piszę, tego przeciez nie wiadomo.

Agnieszka
Gość
Agnieszka

Asiu, czy na pewno pies chorujący na wściekliznę zachowuje się jak ten, który Cię ugryzł? Bo nie tylko psy z tą chorobą potrafią ugryźć bez widocznego powodu. Przykro mi, że to Cię spotkało, i mam nadzieję, że wszystko będziesz dobrze. Też byłam pogryziona przez psa w dzieciństwie, nie był szczepiony, a ja nie dostałam żadnych zastrzyków, i to była dobra decyzja. Życzę Ci zdrowia i tylko dobrych przygód.

Anonimowo
Gość

Horror, trzymajcie się

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Malo powiedziane. Widzę z dystansu, jak ważnym jest to, zeby nie wpadac w panikę i jak okropnie zawęża się wtedy myślenie. Wiesz jak ja na nich krzyczałam za tą akcje z zabiciem? W sumie to moja wina, ale naprawdę nie sądziłam, że cokolwiek zrobią, no bo czym, gołymi rękami? Chciałam tylko zeby pomogli zlapac tego psa, dac go na obserwację, a tu tak sie wszytko potoczylo. Ach, masakra!.. No i w dodatku ten pies wmieszał się w inne, dobrze, że ta dziewczyna na niego patrzyla.. A na dodatek juz post factum okazalo sie, ze weterynarzy w Kambodzy praktycznie nie ma..… Czytaj więcej »

Cina vel pazok.
Gość
Cina vel pazok.

to naprawde TY?????
No Teraz to WY w niesamowitej podróży. Znalazłem odpowiedź co się dzieje u kedziezawej koszykareczki. Pozdrawiam i zazdroszczę. Cina

Anonimowo
Gość

Uhhh… mam nadzieję, że pies jednak zdrowy i ze ominęła Cię cała seria zastrzyków.
Ubezpieczyciel odnalazł polisę?

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

W Kabodzy nie ma weterynarzy. Seria zastrzyków mnie nie ominełą.. 🙁 Ubezpieczyciel póki co milczy, ale mam nadzieje, ze to dlatego, ze w Polsce niedziela..

Anonimowo
Gość

O kurcze… niedziela niedzielą ale wydawało by się, że działać powinni 24/7. Współczuję zastrzyków i jak najmniej przygod zdrowotnych Wam życze 🙂

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Daqi Eze Ubezpieczyciel sie odezwal, polisa jest zaakceptowana.

Anonimowo
Gość

Czy mogłabyś wyjaśnić czemu złapanie psa jest tak ważne nawet jeśli łączyłoby się z jego zabiciem? Pytam bo nie mam zbytniej wiedzy na ten temat a zabrzmiało dla mnie dość złowrogo 🙂

Anonimowo
Gość

Dziękuje

Anonimowo
Gość

Asieńko trzymaj się !! Straszne rzeczy opisujesz, mimo, że robisz to przepięknie- skóra cierpnie!

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Bo to było straszne, Kasieńka.. Dobrze, ze juz za nami. Serdecznosci dla Was! <3

Julita
Gość
Julita

Serio? Zabić psa? Przecież to Twoja wina a nie psa.

Anonimowo
Gość

Oj współczuję… Trzymajcie się tam na drugim końcu świata!!!

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej
Gość

Dziękujemy… To było straszne przezycie.

x

Check Also

Killing Cave, Phnom Sampeau. Cambodia

Czerwoni Khmerzy, czyli jak zginął Pol Pot – cz. II

„Czerwoni Khmerzy, czyli jak zginął Pol Pot” – cz. I znajdziesz TUTAJ. Weszłyśmy ...