Home / Inspiracje / Dagmara i Athena. Koniec czyli początek.

Dagmara i Athena. Koniec czyli początek.

Samotna podróż przez życie zaczęła się dla nas w styczniu 2013 roku. Nie z mojego wyboru ani nie z wyboru kogoś innego. Los tak właśnie zadecydował. Dwa tygodnie przed piątymi urodzinami naszej córki zmarł mój mąż. 10 dni później odszedł mój tata.

Cisza,
pustka,
dezorientacja.
Ja i moje myśli,
ja i moje łzy,
ja i moje dziecko.

„Mamo, teraz będę musiała Ci pomagać, bo zostałaś zupełnie sama”. Nigdy nie zapomnę tych słów córki, jej reakcji na wiadomość o śmierci ojca.

Tak rozpoczęła się kompletnie nowa, samotna i równocześnie najtrudniejsza dla nas podróż. Natychmiast musiałam zająć się ostatnim wspólnym wyjazdem z Polski do USA, do rodzinnych stron męża, aby pożegnać się na zawsze. 

Nie wiem skąd czerpałam energię, nie wiem jak wszystko pozałatwiałam, nie wiem jaka siła mnie prowadziła, ale uwierzcie, na mojej drodze działy się rzeczy niezwykłe, którym jakoś się nie dziwiłam. Ta podróż była dla nas przełomowa, metafizyczna, ponad wszelki ziemski wymiar. Pozbywając się strachu, niepokoju i niepewności, nabrałam nieprawdopodobnej siły na dalsze życie, bez obaw o jutro. Bo jutro nie istnieje. Wczoraj też nie. Jest tylko TERAZ. Nie było planów, nie było marzeń, nie było niczego innego, tylko chwile, w których byłyśmy, a każda z nich niezmiennie przepełniona ogromnie silnymi emocjami i potwornym zmęczeniem. Szłyśmy wtedu po ulicach Nowego Jorku, a Athena zasypiała idąc, dosłownie osuwała się na chodnik. Ratowałam nas kawą i pączkami. Tak, mała dostawała niewielki ładunek kofeiny, cukru i szłyśmy dalej, zmuszone do załatwiania mnóstwa spraw i formalności, nieustannie ścigane obrazami przeszłości. Nie było nikogo, kto by zajął się dzieckiem, kto by mi pomógł. Byłyśmy zupełnie same. Nie było miejsca na place zabaw, muzea czy kino. Wróciłyśmy do Polski potwornie wycieńczone.

 

dagamara i athena
Cztery lata później, Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork. Widok na Central Park. Fot. Marti Singer.

 

Wczesnym latem otrzymałam zbawienną wiadomość od przyjaciółki. „Przyjeżdżaj, odpoczniecie, zrelaksujecie się, o nic się nie martw, wszystko zorganizowane”. Przyjaciele, Dania, woda, plaża, spokój. Najpiękniejszy prezent. Bez zastanowienia kupiłam sypialny do Świnoujścia i bilet na prom do Skandynawii. Cudowne, nisko padające północne światło działało na mnie niezwykle kojąco, srebrzyste fale Morza Północnego powoli wypłukiwały wciąż siedzące we mnie ciężkie myśli. Miękki, ciepły piasek łagodnie tulił zmęczone ciało, a niczym nieograniczona przestrzeń otwierała przede mną nowe horyzonty. Wróciłyśmy ukojone i gotowe do dalszej drogi, która była dopiero początkiem naszych wspólnych, samotnych i przepięknych podróży.

Wyjazdy nigdy nie były dla mnie przerażające, a przygotowania do nich nigdy nie były przepełnione obawami. Zawsze towarzyszyły mi ciekawość i ekscytacja. Uwielbiam mapy i planowanie, ale zostawiam dużo miejsca na spontaniczność, ponieważ mam ogromny problem z wyborem miejsc. Jest ich po prostu zbyt wiele, a lubię, gdy życie mi coś podpowie i moja droga niespodziewanie zmieni kierunek.

I tak też było z wyjazdem do Belize. Dość szybko myśl o krótkiej podróży, poprzedzona szalonym wyskokiem na ślub przyjaciół do Cabo w Meksyku, przerodziła się w… tak, czekała nas przeprowadzka za granicę!

 

Dania, Jutlandia, Morze Północne. Lipiec 2013 roku. Fot.: archiwum autorki.
Dania, Jutlandia, Morze Północne. Lipiec 2013 roku. Fot. archiwum autorki.

 

Belize to maciupki kraj w Ameryce Centralnej, sąsiadujący z Meksykiem i Gwatemala, położony przepięknie nad Morzem Karaibskim, ale co dla nas najważniejsze, jako jedyny w regionie – anglojęzyczny! Znany niektórym jako Brytyjski Honduras, o ciężkim tropikalnym klimacie, był dla nas niezwykle egzotyczny i wyzywający- to znaczy stawiający wyzwanie, które zdecydowałyśmy się podjąć. Przygotowania do podróży były uwarunkowane rokiem szkolnym i moimi projektami, które musiałam zakończyć.  

Athena pytała nieustannie: „Mamo, jak tam będzie?” Pokazywałam córce rozmaite zdjęcia z okolic, opowiadałam o miejscu- malutkiej wioseczce na skraju dżungli przy granicy z Gwatemala, w ktorej miałyśmy zamieszkać, przedstawiałam szkołę, o której tak naprawde nie miałam pojęcia, a do której ośmiolatka miała uczęszczać. Kres pytaniom położyły moje słowa: „Kochanie, nasze życie będzie wyglądać zupełnie inaczej, nic nie będzie takie, jakie jest teraz, każda roślina będzie inna, każde zwierzę będzie inne i każdy dzień będzie kompletnie inny od tego tutaj, w Polsce. Będziemy żyć INNYM życiem”.

 

Cabo, Meksyk. Pierwsza lekcja surfowania na Oceanie Spokojnym. Fot.: archiwum autorki.
Cabo, Meksyk. Pierwsza lekcja surfowania na Oceanie Spokojnym. Fot. archiwum autorki.

 

Wyobraźnia dziecka, mimo pozornego braku ograniczeń, niestety nie sięga aż tak daleko, a ekscytacja czasami może przesłonić oczekującą rzeczywistość. W tropiku wszystko jest większe, silniejsze i intensywniejsze. Deszcz nie pada, tylko hektolitrami leje z grafitowego nieba, waląc przy tym o ziemię niemiłosiernie; pioruny nie biją, tylko rozrywają niebo na kawałki z ogromnym hukiem, a słońce nie świeci, tylko pali, parząc skórę do bólu. Temperatury są bardzo wysokie i równie wysoka jest wilgotność. Powietrze niejednokrotnie gęste i ciężkie zatyka płuca szukające wytchnienia.

 

Po sześciu miesiącach oswoiłam dziką iguanę, która uwielbia banany, mango i głaskanie!  Fot.: archiwum autorki.
Po sześciu miesiącach oswoiłam dziką iguanę, która uwielbia banany, mango i.. głaskanie!  fot.archiwum autorki.

 

Wszechobecne iguany wyglądają jak małe dinozaury (choć w rzeczywistości należą do innej grupy zwierząt, lepidozaurów), bezwiednie przypominając nam o czasach jurajskich, a owadów jest tak dużo, że niekiedy trzeba się przebijać przez chmury rozmaitego rozmiaru, kształtu i koloru skrzydeł. Ciało nieustannie atakowane i gryzione jest przez robactwo, a pająki rozciągając swe sieci, starają się człowieka w polowaniu na insekty odciążyć. Węże czają się w ukryciu i choć zwykle ich nie widać, wiadomo wszystkim, że mieszkają tuż obok. Owoce są tak słodkie, że żadna słodycz im nie dorówna, a zieleń jest przepiękna, błyszcząca, różnorodna i gęsta. Kwiaty emanują tak nieprawdopodobna wonią, że można się w niej całkowicie zatracić, a setki ptaków budzą rano symfonią dźwięków tak głośną, że żaden budzik nie jest w stanie ich zagłuszyć. Zresztą, kto by tam nastawiał budzik, gdy równo ze wschodem słońca chce się wstawać i zaczynać nowy dzień, zawsze pełen niespodzianek.

Przeprowadzka za granicę przyniosła trudne pierwsze tygodnie aklimatyzacji. Wyzwaniem dla Atheny stała się szkoła, która wcale nie przypomina tej bezpiecznej, zachodnioeuropejskiej. Małe i ciasne sale, przyciemniane żaluzjami, bez klimatyzacji, z nieustannie mieszającym gorące powietrze i monotonnie obracającym się wentylatorem. Tutaj dzieci uczą się w bardzo prostych i trudnych warunkach. Zaczynają zajęcia o 8 rano, a kończą o 15:00, co daje codziennie 7 godzin w szkole, z przerwa 45 min. na lunch, dla większości dzieci również spędzony w placówce. Dodajmy do tego dojazd do i ze szkoły. Athena i dzieci z sąsiedztwa wychodziły z domu o 7:30 i wracały z miasteczka do wioski po 17-stej.

Raz w tygodniu dodatkowo dzieci mają na zmianę dyżury i porządkują klasę. Tu nie ma pań do sprzątania – maluchy biegają ze śmieciami, wiadrami i mopami i dzielnie, po ciężkim dniu, zamiatają, szorują i myją podłogi, drzwi, żaluzje. A to wszystko w pełnym mundurku i zakrytym obuwiu oraz w ponad trzydziestostopniowych upałach (wszystkie szkoły są katolickie i odkryte ramiona oraz klapki są niedopuszczalne), a dojazd do domu w zatłoczonych lokalnych autobusach kursujących raz na półtorej godziny. I nikt mojej córki do szkoły nie woził ani nikt nie odbierał, bo chciała tak, jak rówieśnicy – sama. Chyba, że zdarzyła się okazja po sąsiedzku na pace pickup’a – to dopiero frajda jechać na stojąco po wyboistej drodze łapiąc wiatr!

 

Belize school
Porządkowanie klasy, St Andrew’s Anglican School, San Ignacio, Belize, 2017 rok. Fot. archiwum autorki.

 

Tak czy inaczej, trzeba było się szybko uczyć i dostosowywać. Biletu powrotnego ani taryfy ulgowej nie było. Mobilizacja u dziecka potrafi być niesamowita. Niekiedy opłakana łzami, znacznie częściej jednak ociekająca słonym potem i z wypiekami na twarzy. Córka szła do przodu, każdego dnia naprzeciw tropikalnym wyzwaniom, powoli zmieniając się i coraz bardziej wtapiając w otaczającą rzeczywistość.

Pięknie było obserwować tę transformację, którą ja sama także przechodziłam, inaczej, ale równie intensywnie. Belize stało się dla nas drugim domem, a córka określiła się wkrótce “Belizyjką”. Stałyśmy się częścią lokalnej społeczności i po pewnym czasie juz dość często miałyśmy wrażenie, że jesteśmy w raju.

 

W belizyjskiej dżungli. Fot.: archiwum autorki.

W belizyjskiej dżungli. Fot. archiwum autorki.

 

Po roku musiałyśmy wracać do Polski. Bardzo trudno zostawiać jest fragment siebie gdzie indziej, w świecie równoległym, tak to mogę określić. Po raz pierwszy tak bardzo chorowałyśmy, dopiero po trzech miesiącach nasze ciała i umysły przystosowały się znów do polskich warunków.

Ponadto po wylądowaniu w Warszawie nigdy do naszego domu nie dotarłyśmy, ponieważ zbieg zdarzeń sprawił, że mogłyśmy zatrzymać się w stolicy na rok. Kolejna decyzja: znowu inne miejsce i jeszcze jedna szkoła. Dla nowo upieczonej czwartoklasistki, już trzecia, która okazała się wkrótce ciężką szkołą życia i po paru miesiącach zdecydowałyśmy się na nauczanie domowe. Następne wyzwanie i następna zmiana – czyż nie ciągle z czymś się zmagamy? Czyż nie wciąż stają nam na drodze różne sytuacje, które trzeba rozwiązać i z którymi trzeba sobie radzić? Sprawy, które należy załatwić, ludzie, których nie znamy, a z którymi musimy porozmawiać, dokumenty, które należy wypełnić itp., itd.

 

Xunantunich czyli “kamienna kobieta” w języku Majów. Na szczycie piramidy, Belize. Fot.: archiwum autorki.

Xunantunich czyli w języku Majów “kamienna kobieta”. Na szczycie piramidy, Belize. Fot. archiwum autorki.

 

Z podróżą jest tak samo, tylko znacznie częściej znajdujemy się w okolicznościach, z którymi nigdy nie mieliśmy do czynienia. Tylko od nas zależy jak sobie poradzimy, jak zareagujemy. Przed wyjazdem powinniśmy zdobyć stosowną wiedzę, skupić uwagę na rzeczach ważnych, a nie tylko na tym, że jedziemy w jakieś piękne i ciekawe miejsce. Do wyprawy, tak jak do każdego zadania, należy się przygotować. A jadąc samemu z dzieckiem, niezależnie od jego wieku, trzeba się przygotować szczególnie. Bo nie tylko musimy zabrać ze sobą odpowiednie ubranie, wyposażenie i niezbędne przedmioty, ale przede wszystkim miłość, wsparcie, zaufanie, troskę i cierpliwość.

My, samotnie podróżujące mamy z dziećmi, bo to o nas i dla nas przede wszystkim są pisane te epizody, mając na pokładzie ładunek pozytywnej energii, determinacji i wiary, możemy naprawdę wpłynąć odpowiednio na wiele trudnych, a nawet zagrażających zdrowiu i życiu sytuacji. Pamiętajmy jednak, że silna i długotrwała koncentracja potrafi być wyczerpująca, więc znajdujmy w drodze czas także tylko dla siebie, kiedy maluch śpi czy kiedy bawi się bezpiecznie z innymi dziećmi. Zregenerujmy siły, bo są tak bardzo w podróży i w opiece nad dzieckiem potrzebne. Największym naszym wrogiem może okazać się po prostu zmęczenie.

Piszę ten tekst w moje urodziny, które znów spędzam w Belize, w naszym drugim domu, do którego powracamy, kiedy tylko możemy. Myślę o tym wszystkim i o Was, mamach z dziećmi, które z takich czy innych powodów są “samotne”. Nie, nie jestesmy same ani samotne, mamy tych wspaniałych małych ludzi przy sobie i uwierzcie przyjaciół na całym świecie!

 

Copán Ruinas, Honduras. Wspaniali ludzie, artyści, nasi hostowie (couchsurfing), którzy natychmiast stali się naszymi przyjaciółmi. Fot. archiwum autorki.

Copán Ruinas, Honduras. Wspaniali ludzie, artyści, nasi hostowie (couchsurfing), którzy natychmiast stali się naszymi przyjaciółmi. Fot. archiwum autorki.

 

Właśnie wróciłyśmy z córką z przepięknej podróży po Gwatemali, niejednokrotnie poruszając się świadomie lub nie, po śladach Joasi (której osobiście jeszcze nie znamy), a w Hondurasie poznałyśmy cudownych ludzi, u których Joasia zatrzymała się dwa lata temu. Nieraz z ulicy “zgarniał” nas z uśmiechem nieznajomy, za chwilę stając się człowiekiem – wskazówką, odkrywającą przed nami tajemnicę i magię okolic.  Nie zapominajmy jednak o intuicji, która nas prowadzi i o zdrowym rozsądku, aby uniknąć kłopotów i nieprzyjemnych wypadków.

 

Jeśli macie choć myśl o podróży, małe marzenie, obroćcie je w rzeczywistość. Przy odrobinie starań i pracy, naprawdę wiele jest możliwe, a na naszej drodze często staje osoba, która wyciąga pomocną dłoń.

Chciałam podziękować Joasi za zaproszenie (i zmobilizowanie!) mnie do podzielenia się z Wami naszą historią. Chciałam także ogromnie podziękować Rodzinie i Przyjaciołom za wsparcie, jakim nas wciąż obdarzają. Dziesięcioletnia Athena leci w tym roku sama z Nowego Jorku do Polski, aby zdążyć na rozpoczęcie roku szkolnego, podczas gdy ja będę się jeszcze zajmować na miejscu projektem. Tylko dzięki Wam (a zaangażowanych jest w to przedsięwzięcie sporo osób) jest możliwe, abyśmy obie mogły zrealizować swoje zamierzenia i plany i równocześnie nie być od siebie zależne!

DZIĘKUJEMY!

 

***

 

Daga

Z wykształcenia architekt, od 20-stu lat zajmuje sie projektowaniem porcelany, a od 25-ciu podróżowaniem po świecie. Bardzo często laczy pracę z wyjazdami, uczestnicząc w wystawach, festiwalach oraz miedzynarodowych projektach. 

Kontakt: dagarogers@gmail.com 

dagarogers.com

 

Athena

Piatoklasistka, z zamilowania tancerka i gimnastyczka, ciekawa ludzi i swiata, wciaz głodna nowych wrażeń. Od momentu narodzin, zawsze towarzyszy mamie we wszystkich zawodowych wydarzeniach, a w wolnym czasie, który razem wygospodarowują, odkrywają rozmaite zakątki Ziemi.

Obie kochają podróże, ale równie mocno swoje hobby i pracę.

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
x

Check Also

Honorata i Światek. Ciągle w drodze.

Jako mama, która często podróżuje sama ze swoim dzieckiem a w dodatku ...