Home / Ameryka / Meksyk / Przez Chiapas drogi ciąg dalszy

Przez Chiapas drogi ciąg dalszy

 

p7010308edited

 

Gaj ma tą niezwykle piękną umiejętność błyskawicznego łamania barier. Gdy mama czekała na pierwszego stopa, Gaj w międzyczasie zaprzyjaznił się z panem taksówkarzem, panem sprzedawcą bananowych chipsów i panem sprzedawcą dmuchanych zabawek. W efekcie, gdy wsiadaliśmy do autka, Gajce machała cała trójka, a sama wspomniana uzbrojona była w dwie paczki chipsów. Na teraz i na zaś. Albo – znając Gajkę – dla mamy.

Wsiadałyśmy do transportu publicznego, bo niebo zachmurzyło się nagle, a z daleka słychać było grzmoty. Nie wróżyło to nic dobrego – przed nami było jeszcze z 80 km, w normalnych warunkach pestka, w naszych – kawał, w dodatku przez góry, drogi.

Przejechałyśmy tak do Tapiluli i w tejże Tapiluli zaczął się cyrk. Kierowca, sapiąc i stękając srodze wciągnął nasze bagaże na dach. Dobra, nic nowego. Nowością natomiast było to, że niczym ich nie zabezpieczył.

– Panie, a plastico! (plandeka) Połóż pan plastiko! Przecież pada!

– Nie mam plandeki!

– Jak to nie masz pan plandeki??? Przecież w górach jesteśmy!!! Pora deszczowa, a wy plandek nie macie??? – nie posiadałam się ze zdziwienia. Nigdy, w trakcie calutkiej podróży nie zdażyło nam się, że collectivo nie miało plandeki – No trudno, proszę zciągnąć! Wkładamy do środka.

– Pani, zostw te bagaże! Nie ma miejsca w środku. Przejedziemy szybko przez góry i na dole już słońce.

– Oszalał Pan??? Ja mam tam ubrania dla dziecka, śpiwory, a pan to chce w deszczu wieźć??? Żeby to wszystko zmokło??? A jak to niby wysusze w nocy??? Pani, daj pan więc inne bagaże na górę, a nie moje plecaki!!!

– Jeśli tak, to Was nie biorę! – oznajmił mi kierowca – no chyba, że dopłacicie.

– Porque tenemos que pagar mas? (Dlaczego musimy płacić więcej?) – zapytałam jeszcze z uśmiechem, czując jednak skaczący mi już nerw – Precio especial para las blancas? (Specjalna cena dla białych?)

– Nie ma w nysce miejsca na bagaże. Albo dopłaci Pani za dodatkowe siedzenie, albo Pani nie bierzemy.

Oj, czułam jak narasta we mnie fala wściekłości.

– Cooo??? Pieniedzy ode mnie chcecie??? To wasz obowiązek zabezpieczyć bagaże, nie mój!!! Od 3 lat podróżuję tu i do cholery nikt nigdy nie chciał ode mnie pieniędzy za bagaż!!! I do cholery, każde collectivo miało plandekę!!! Peru, Kolumbia, Nikaragua, Gwatemala, KAŻDE, rozumie Pan, K-A-Ż-D-E!!!! A wy co??? Co wy nie wiecie, że tu porę deszczową macie??? Że przez pół roku pada??? I od każdego kasę tak wyciągacie??? Ja kasy nie mam!!! I co, zostawicie mnie teraz tutaj, z małym dzieckiem??? Tacy faceci są w Meksyku??? Tak tu się kobiety traktuje??? Przecież do Pichucalco to minimum 3 godziny. I co, zostawicie nas tutaj na noc i co ja zrobię??? Przecież za dwie godziny będzie ciemno??? Jak się tam dostanę??? Stopem??? O tej porze??? A ja jeszcze na Juarez przesiąść się muszę!!!

Jezzz, ależ byłam zła! Machałam rękami, krzyczałam, wygrażałam im pięściami, nie przebierając w meksykańskich słowach, głośno, z całych sił, tak aby okoliczne straganiarki i sprzedawczynie dobrze wiedziały, że trwa awantura.

No i wiedziały. Zbiegły się zaraz wielkim kołem, dopytując się, co się stało.

– Jak to co się stało?? Plandeki nie mają, a bagaże na dach chcą wkładać!!!  – nie dawałam dojść do głosu kierowcom, których też zebrała się gromadka – Wszystko zmoknie, ciuchy dziecka zmokną, spiwory nam zmokną, jak bedziemy spać, do cholery, jak życ??? Co oni sobie myślą, dzieci nie mają, że mnie tak traktują???

I do kierowcy:

– Ma Pan dzieci??? Ma pan żonę???

– No mam – wybąkał

– No i co, chciałbyś Pan, by ktoś tak Twoją żonę i dziecko potraktował???

Kobiety patrzyły po sobie i kiwały głowami i odchodziły. Nie wiem, czy z aprobatą dla mnie, czy ze zrozumieniem dla kierowcy, ale faktem było, że awantura stała się publiczną sprawą tamtej części świata. Nie można było już mnie zostawić na poboczu samą, zdaną tylko na siebie, bo jeśli by tak zrobiono – wieść o tym obiegłaby małe miasteczko. I w tym upatrywałam ratunku dla naszej sprawy.

– Pojedzie Pani ze mną, ale dopiero za 1,5 godziny. To ostatni kurs, bedę jechał na pusto, zabiorę Panią z bagażami i dzieckiem. Tak, tak, w normalnej cenie – dodał, widząc moje podejrzliwe spojrzenie. – A tego kierowce proszę zostawić – machnął ręką w kierunku grubasa – nie jesteśmy z niego tu dumni.

I odszedł.

Dobrze. Te 1,5 godziny zwłoki nawet było nam na rękę. Zostawiłyśmy bagaże u jednej z pań, świadków naszej awantury i pobiegłyśmy szukać taniego comedoru.

Jeden, drugi, trzeci. No, ceny raczej wysokie, ale tak przy punktach odjazdu czasem bywa. Wreszcie jest. Rosołek z ryżem. Zajadamy się, w trakcie przychodzą okoliczne dzieci, Gaj zawiera kolejne znajomości. 1,5 h mija jak biczem strzelił i po chwili mkniemy już nowiutkim collectivo w kierunku Pichucalco.

 

 

Gdy wysiadłyśmy na dworcu, bolały nas wszystkie kości. Gaj większość drogi przespał jak suseł, wiec gdy go obudziłam na pełnym słońca dworcu, zdecydowanie odmówił wysiadki. Spanie w klimatyzacji, to jedyne na co miała Gaja ochotę.

Nie było jednak wyjścia. Wyciągnęłam najpierw bagaże, potem Gajkę i usiadłam na płycie dworca. W takim momencie należało dać Gajence czas na dojście do siebie, wypłakanie brakujących minut drzemki, odmarudzenie niechcianej pobudki. Więc siedziałam, grzejąc się w promieniach nizinnego słońca, a Gaj marudził, śląpił i się przytulał. By skrócić męki Gai, wyciągnęłam kupione w drodze rambutanki. Siąkanie ustąpiło byłyskawicznie, zamieniając się w radosne cmokanie.

Obserwowało nas z przeciwka kilka osób. Nagle, z jednej z kawiarni wyszła sprzedawczyni, po czym – ku naszemu zaskoczeniu – podeszła do nas i wręczyła nam truskawkowy jogurt. Nota bene – ulubiony Gai.

– Ojej! Dziękujemy! Rany! Gracias! Muchas gracias! – jąkałam zaskoczona

– To nie ja – uśmiechnęła się pani sprzedawczyni. Miała delikatne rysy indiańskiej Pacachontas. – To od naszego klienta, o – tam siedzi – wskazała palcem.

Miły mężczyzna właśnie wstał z krzesła, dopijając kawę. Pomachał nam ręką.

Odmachałyśmy wraz z Gają, ja jeszcze wysłałam buziaka. Byliśmy daleko od siebie, z boku warkotał autobus. Nie było sensu krzyczeć.

– Jeśli jeszcze do Państwa zajrzy, prosze mu podziekować od nas. Gorąco podziekować. Dobrze?

– Jasne – uśmiechnęła sie sprzedawczyni. – To nasz stały klient. Przekażę. – i wróciła do pracy, a my zajęłyśmy się jogurtem. Dokładnie Gaj. Nieco truchlałam myśląc, co z takiej jogurtowo-rambutanowej mieszanki wyjdzie, ale moja interwencja nie miała sensu, bo już pół rambutanów i prawie cały jogurt znajdował sie w brzuszku Gai.

 

 

Tak więc należało zrealizować ostatni podpunkt przeprawy przez góry. Znaleść collectivo do Juarez. Zielone, nie niebieskie, bo zielone podwozilo nas pod sam dom. A tam czekała już na nas siostra hosta, bo sam host właśnie podróżował po Europie i meldował się bodajże z Berlina. A wraz z siostrą czekało i łóżko wygodne, i prysznic, i ciepła kolacja. Taki nasz zakątek bezpieczny, nowe gniazdo, nowa rodzina i kilka dni spokojnego oglądania świata w bardzo małym miasteczku zwanym Juarez.

 

 

 

 

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
x

Check Also

Andy

– Słuchaj, Asia. Musze wpaść do domu po drodze. Do Mazatlan. Zmienić ...