Home / Ameryka / Kolumbia / Pupiales – Ipiales, dni kilka..

Pupiales – Ipiales, dni kilka..

 

 

001

 

Nim dotarłyśmy do naszego hosta opłynęło sporo nocnego czasu. Richard – kochany chłop, wokalista heavymetalowy, a na codzień mąż, ojciec i nauczyciel angielskiego specjalnie zwlókł się z łózka, by zgarnąć nas z terminalu prosto do uśpionego domku, gdzie czekała na nas pyszna, gorąca zupka, a rano równie pyszne śniadanko. Vivat Couchsurfing!!!  

 

002

 

Nowy kraj to nowe pieniądze. Miliony pesos skakały mi przed oczami i nijak nie umiałam ich sobie przetworzyć ani na dulary, ani na złote. Należało wiec szkolnym sposobem przygotować ściągawkę i używać jej w umiejętny sposób. A potem jeszcze szybciutko opanować ceny i marki produktów, i z magiczną frazą „lo más económico” (najtaniej)  na ustach można było robić pierwsze zakupy.

 

 

003

 

W rodzinkę Ricardo wtopiliśmy się błyskawicznie, na tydzień stajać się jej egzotyczna częścią.

 

 

004

 

W okolice Pupiales i Ipiales dotarłyśmy słysząc opowieści o niezwykłym miejscu – katedrze rodem z baśni Walta Disneya, ale nie dumnie wznoszącej się na jednym z okolicznych wzgórz, tylko schowanej głęboko w wąwozie.

 

 

005

 

Zdjęcia widziane w internecie były tak niezwykle, że gdy stanęłyśmy przy drodze prowadzącej do Las Lajas, nie mogłam uwierzyć, że to miejsce naprawdę istnieje, a nie jest fotomontażem biegłego w swej sztuce, komputerowego grafika.

 

 

 

006

 

Ale tak, było, istniało w rzeczywistości, bajkowe Sanktuarium, sławne na cały świat, spinające swą misterną strukturą dwie strome ściany kanionu rzeki Guaitara..

 

 

007

 

W Bazylice, przepięknej i strzelistej podobało się zarówno nam jak i Malej 🙂 Było gdzie biegać, a drewniane ławki idealnie nadawały się na drzewa dla la Mono (małpka).

 

 

008

 

Było pięknie, choć chmurno i zzzzzimno.. Patrzyliśmy na zielone góry, hodowaliśmy cuje, jeździliśmy z abuelito (dziadziuś) po okolicy stareńką ładą.

 

 

009

 

A pod okiem drugiego abuelito – konno po parkurze.  

 

 

010

 

Życie na farmie było dla nas równie interesujące, jak we wiosce. A może nawet i bardziej, bo te stada krów, koni, kur, gęsi gorszych od psów były fascynujące, a mleko prosto od krowy do kolumbijskiej kawy rekompensowało nawet duże zachmurzenie i kapiący co jakiś czas deszcz.

 

 

011

 

Pomimo pogody Gaj nie nudził się ani przez chwilę. No bo jak się nudzić, gdy tyle amigos (przyjaciół) wkoło. I tyle animalitos (zwierzątka) i krzaczorów do eksplorowania i kijków do podgarniania ognia.  

 

 

012

 

Znów zal wyjeżdżać. Jeszcze pożegnalna, polska kolacja czyli popisowe sznycelki z ziemniakami i marchewką,   wymiana kontaktów, uścisków, zapewnień.

 

 

013

 

Rano płaczemy wszyscy. Richardo odwozi nas kawal drogi, ściskamy się jeszcze raz, bucząc jak baki i po chwili zostajemy same.

 

 

014

Ekhm.. Jak się okazuje – nie całkiem same. Okazuje się, że most ma obstawę mocno zaniepokojona nagłym pojawieniem się dwóch monas (białe). No i panowie, chcąc jak najszybciej pozbyć się problemu, machnęli swoim czarodziejskim lizakiem i już po chwili mknęłyśmy z Gają w stronę Pasto w luksusowej terenówce, miło konwersując z panem doktorem medycyny estetycznej, na którego padło w tej kolumbijskiej ruletce.

 

 

About Bestia

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
x

Check Also

Tylko jak tu pisać bloga?..

  Z tym założeniem bloga wcale nie było łatwo. Gdy planowałam swą ...