Home / AZJA / Filipiny / Reni zginął

Reni zginął

O tym, że Reni zginął zorientowałyśmy się dopiero wieczorem. Ot, chciałam zrobic nam kanapkę, a chleb był w plecaku właśnie. Plecaczka jednak nie było.

– Co sie z nim stało?..  –  zachodziłam w głowę – Przecież zawsze go mam na plecach. Gdzie ja go położyłam?

Przeglądnęłam po raz kolejny hostelowe dormi, kuchnię, wyjrzałam na podwórko. 

Nie ma.

– Mamusia nie miała plecaczka na pleckach, jak przyszłyśmy. – oświadczyła Gaja – Pamiętasz? Siedziałaś tutaj, a ja się przytulałam do plecków.. Nie było na nich plecaczka..

– Źle, bardzo źle.. – usiadłam na tych samych schodach – Kilka ważnych rzeczy zginęło.. Sam plecaczek.. Co prawda już podarty i na swym ostatnim oddechu, ale wciąż służący.. Nasze koszule.. Twoj polarek.. O nie, nogawki od Twoich spodni.. Butelka na wodę.. – nagle wszystkie włosy zjeżyły mi się na głowie, spojrzałam na Gajkę – i..

– RENI!!! – krzyknęłyśmy jednocześnie – RENI!..

 

Reindeer Reni

Reniferek Reni od 7 miesięcy towarzyszy Gajeczce w każdym momencie podróży.

 

Reni to najmłodszy z naszych siedmiu, jadących z nami przez świat, pluszaków. Najmłodszy jeśli chodzi o dołączenie do nas, bo jeśli chodzi o przypisany mu przez Gajkę wiek, to jest drugi od końca – po Geku. 

Reniego, pomimo moich protestów, Gajek dostał w Indonezji, na wyspie Flores, w naszej ukochanej chrześcijańskiej rodzinie Ibu Eli, która przygarnęła nas na calutki tydzień. Najzabawniejsze było to, że couchsurfingowy host do którego napisałyśmy, studiował w Petersburgu, więc nie mogąc nas przyjąć osobiście – ubrał w to swą ciotkę.  Trafiłyśmy na początek pory deszczowej w tamtym rejonie, było zimno, padało już codziennie, a my, mając w perspektywie bliski koniec indonezyjskiej wizy, uparcie jechałyśmy przed siebie, by jak najwięcej tego Flores zobaczyć.

 

Reindeer - a favourite toy

To właśnie tam, w Indonezji Reni dołączył do naszej rodzinki..

 

Od Ibu Eli nie dało się jednak wyjechać. Samotna, emerytowana i ledwo mówiąca po angielsku nauczycielka przygarnęła nas jak swoje dzieciaki i tak też się nami opiekowała. Mieszkałyśmy razem tydzień, lecząc ostre przeziebienie mamy, kurując się czosnkiem, cebulą i miejscowym imbirem, grzejąc się w cieple olbrzymiej rodziny Ibu Eli, która schodziła się do niej na wieczorne pogaduchy. 

Wtedy to właśnie Gaj dostał Reniego, na co strasznie kręciłam nosem. Miałyśmy już sześć pluszowych dzieci, a każda kolejna zabawka to problem, obciążenie, miejsce w plecaku, którego nie mamy. Nie, nie chciałam tego renifera. Basta, wystarczy.

– To choć na chwilę – negociowała Ibu Eli – Najwyżej go tu zostawicie..

Oczywiście, że nie zostawiłyśmy.

 

Reindeer Reni

Reni pomagał Gajce w lekcjach, grał w chińczyka i malował obrazki.

 

Od pierwszego wejrzenia Gaja zakochała się w Renim, a Reni w Gai, stając się nieodłącznym towarzyszem naszej drogi. Był z nami wszedzie. Właził na największe szczyty, spał z Gają, jadł, uczył się, brykał. Miał nawet swoje miejsce w gajkowym kasku motocyklowym, w którym go Gaja podwieszała w autobusach, by Reni mógł sobie wyglądać przez okno. 

Często patrzyłam z podziwem na mą córeczkę, jak wytrwale go wszędzie nosiła, jak się Renim opiekowała, śpiewała mu kołysanki do snu, dbała o edukację. Reni wsiąkł w nas, w nasze serca, w naszą podróż, stając się integralnym członkiem naszej dziewięcioosobowej rodziny.

 

Reindeer Reni

Świętujemy podwójny Dzień Matki. Reni zaprosił swą mamę, a Gaja swoją.

 

Nie raz ze strachem myślałam o tym, co będzie, jak Reni zniknie. Jak się zgubi. Jak gdzieś go zostawimy.

Raz się to zdarzyło, ale że zorientowałyśmy się szybko, sytuacja została zażegnana. Nigdy jednak nie zapomnę tej paniki i opentańczego biegu do second-hand’u, w którym pośród starych podkoszulków i poplamionych sukienek leżał sobie mały Reni. I tego gajkowego płaczu, którego długo jeszcze, już z Renim na rękach, nie mogłam ukoić..

Teraz sytuacja była dużo poważniejsza, jeśli nie beznadziejna.

– Spokojnie Gaja. – rzekłam, próbując nie panikować – Przeanalizujmy całą drogę. Zastanówmy się, gdzie plecak mógł zniknąć. Miejsce pierwsze: plaża. Zabrałyśmy na bank, wszystko leżało razem, nie mógł tam zostać. Miejsce drugie: jadłodajnia. Odpada, zabrałyśmy wszystko, bo pamiętam jak wrzucałam plecaczek na pakę, obok maszyny do karaoke.

– Plecaaaaaaaaaczeeeeek..  – rozchlipała się Gaja – Reeeeeeeniiiiiiiii….

– Córeczko, pomóż mi myśleć. – poprosiłam – To bardzo ważne, byśmy wszystko sobie dokładnie przypomniały. Więc wysiadłyśmy z pierwszego stopu. Chłopcy wypakowywali videoke (maszyna do karaoke), więc na bank nic na pace nie zostało. Potem łapałyśmy stopa pod sari-sari (mały sklep). Tam nasze rzeczy były trochę rozrzucone. I jak złapałyśmy stopa, to strasznie szybko je pakowałam. Kochana, pamiętasz co miałaś w rączkach?

– Mój plecaczek z dzieciaczkami, wodę i diablito.

– A niebieski plecak?

– Nie

– A pamietasz jak go na pakę wkładałam?

– Nie

– No ja też nie.. Więc może tam został, pod tym sklepem.. Albo w drugim stopie.. Bo może ja go po prostu cały czas na plecach miałam i tam ściągnęłam i położyłam pod nogi..Te panie co nas zabrały spod sklepu są stąd, wiedzią gdzie mieszkamy, może nam odwiozą plecaczek, jak go znajdą.. Wiesz co? – zdecydowałam nagle – Biegniemy pod muzeum, tam gdzie nas wysadziły. Zapytamy pań, które tam sprzedają, czy pamiętają plecak na moich plecach. Myśmy długo tam siedziały, rozmawiając. To życzliwe kobiety, może będą pamiętać.

 

Sea to Summit Light pack Backpack

Sea to Summit Ultra Sil Day Pack, który dostałyśmy lat temu trzy od rodziny Radzimierskich stał się naszym nieodłącznym towarzyszem podróży. Będąc megadrogim (35 usd) i megalekkim (68g), jest warty każdego zainwestowanego w niego centa. Od 3 lat, codziennie, w różnych warunkach targamy w nim ciężkie rzeczy, a on wciąż trwa. I choć od pół roku miewa przetarcia (zalepiamy je grubym plastrem) i choć 3 miesiące temu zrobiła mu się dziura w górnej części już-nie-do-zalepienia, pomimo tego wciąż nam służy dzielnie – a mocowanie szelek – uwaga! – wciąż jest bez najmiejszych zastrzeżeń, a zamek działa doskonale. Polecam Wam pomimo ceny – to ŚWIETNY SPRZĘT, sprawdzony przez nas w boju, KTÓRY BĘDZIE WAM SŁUŻYŁ LATA. Ps. Zza plecaka wystaje nos Reni.

 

Panie owszem pamiętały. Wyliczyły dokładnie wszystko, co wypakowałam z samochodu. Na tej liście brakowało tylko tylko jednej rzeczy – plecaczka z Renim.

– Gajuś, nie trać nadziei! – mówiłam do malucha, wracając do domu – Nie trać nadziei! Jutro pojedziemy w kierunku Dinadiawan, znajdziemy ten sklepik sari-sari i zapytamy tamtą panią. Może go znalazła i jest u niej? Nic w środku wartościowego nie ma, a ludzie rzeczy nie wyrzucają, wrócimy tam i zapytamy. Zrobię wszystko Gajeczko, co w mojej mocy, by odnaleść Reniego, obiecuję Ci!

Moje myśli jednak były ciężkie. Zbyt wiele niewiadomych. Plecak starutki, bardzo zużyty. A może wypadł z przyczepki? A może został pod siedzeniem? Co z nim się mogło stać? Co umknęło mojej uwadze? Gdzie go zostawiłam? Byłyśmy po trzech dniach trudnej drogi, łapiąc stopy, busy i autobusy, na krętych dróżkach, poprzylepianych do stromych stoków gór. Byłyśmy po 3 dniach szukania noclegów i targania plecaków, w większości w deszczu, w nowych miejscach, wśród nie-zawsze-życzliwych nam ludzi. Ostatni dzień był szczególnie trudny. Moje ciało bolało od okresu, gardło piekło od klimatyzowanego vana, a pobudka o 3 am przyniosła gigantyczny ból głowy. Trzymałam się jakoś, ale obie marzyłyśmy o plaży, słońcu, ciepłym morzu i tygodniu odpoczynku w zieleniach i błękitach.

 

Gaja i Reni pisza blog

Pracujemy nad blogami.

 

Wieczor był koszmarny. Gaj zasnął zapłakany, tęskniący za swym dzieciaczkiem. Bo Reni zawsze był, zdobywał z nami szczyty, zasypiał w hostelikach, jadł ryż z Mangianami i podróżował na dachach jeepneyów. A teraz nie ma! A może on się boi? A może teskni? A może jest samotny? A może go coś boli? A może ktoś go krzywdzi? No i na pewno płacze za swą mamusieńką.. 

Serce mi się rozrywało nad bólem Gai. Czułam się potwornie winna. Sama miałam kiedyś ukochanego liska, którego dostałam mając 3 latka. Lisek był wszystkim, przez lata nie wypuszczałam go z rąk. Pamiętam, jak kiedyś pomyślałam, że mogę liska stracić, że może on wypaść z okna pociągu, którym jadę, albo że ktoś mi go ukradnie. Pamiętam tą odbierającą oddech panikę, tą rozpacz od której miękną nogi, to potworne poczucie straty i jej nieodwracalności, a musiałam mieć wtedy tyle lat co Gaja. Tyle, że lisek nigdy nie zniknął i do dziś siedzi na półce w domku w Tarnowie, natomiast tu, na Filipinach zniknął Reniferek..

 

 

Dzień wstał zachmurzony. Stalowosine chmury przysłaniały niebo aż po horyzont, grożąc deszczem. Przygotowałam jedzenie na drogę, butelkę napełniłam wodą. Ruszyłyśmy.

Na pierwszego stopa czekałyśmy 40 minut. Samochodów było niewiele, a sama miałam dziwne wrażenie, że zamiast zwalniać, to na nasz widok przyspieszały. Wreszcie zatrzymał się van.

– Ale my niedaleko jedziemy – oświadczył prowadzący go kierowca – Tylko do mostu.

Nie miało to znaczenia. Chciałam się wydostać ze wsi, która ciągnęła się kilometrami. Poza wsią, na terenie bez domów powinno być troszkę łatwiej. 

Zgodnie z obietnica van zostawił nas za mostem, parę kilometrów za Baler. Miejsce nie było najlepsze, uznałyśmy więc, że trzeba pójść za zakręt, ustawiając się tak, by być widocznymi z odległości. Ku naszemu zaskoczeniu za zakrętem trafiłyśmy na policję.

– A panienki dokąd?..

Opowiedziałam całą historię. Zdarzało się nie raz, że policja nam pomagała, podwożąc, lub zatrzymując transport. Tym razem policja zatrzymała nam.. autobus! 

– Wsiadajcie – powiedział na odchodnym jeden z nich – Zbiera się na deszcz. Im szybciej pojedziecie, tym lepiej.

To była mądra rada. Robiło się późno, a trzeba było przecież jeszcze wrócić.

 

W autobusie

W lokalnym autobusie. Miejsca siedzące dostępne były tylko na pododze.

 

Miejsce z sari-sari poznałam natychmiast.

– Para kuya! Para po! (Proszę się zatrzymać!) – wrzasnęłyśmy jednocześnie, przepychając się do wyjścia po zatłoczonych schodach.

Autobus odjechał, a my rzuciłyśmy się w kierunku sklepiczku, po czym stanęłyśmy jak wryte.

Sari-sari był zamknięty!

Oczy Gajenki zaczeły napełniać sie łzami.

– Nie trać nadziei, Gajciu – rzuciłam i stanowczym krokiem ruszyłam w kierunku pobliskiego domu.

– Dzień dobry – przywitałam się z leżącym na łóżku meżczyną – Szukam właścicielki sari-sari.

Mężczyzna, a właściwie jeszcze chłopak podniósł głowę i odpowiedział coś w tagalok.

– A, nie mieszka tu? A gdzie mieszka?

– Barangay (wioska) – chłopak machnął ręką w kierunku Dinadiawan.

– Ale barangay jest duży! Wiesz, gdzie konkretnie mieszka?

Chłopak pokręcił przecząco głową i znów coś powiedział w tagalok. Rozumiał mnie bez wątpienia. Tyle że ja domyślałam sie badziej jego odpowiedzi, niż pojmowałam obce słowa.

Chłopak gwizdnął. 

Na pobliskiej budowie podniosły się głowy. Dwóch młodych mężczyzn, zaciekawionych sytuacją zeszło z rusztowań.

– Ja wiem, gdzie mieszka – powiedział po angielsku niższy, wysłuchawszy naszej historii – Mogę Was tam zabrać, jak mnie szef zwolni.

Oczy Gajenki zabłysły nadzieją.

Po chwili jechałyśmy szosą w kierunku wsi. Mężczyzna jechał wolno, ostrożnie, pamiętając że na pokładzie ma dziecko.

 

Na motorze

Mężczyzna jechał wolno, pamiętając że na pokładzie ma dziecko.

 

W końcu stanęliśmy przed małą, bambusową chatką.

Zamknięta!!!

W oczach Gajki dostrzegłam przerażenie.

– Dziwne. – powiedział cicho chłopak – Nikogo nie ma w domu. Wyjechali? Niemożliwe. Chodźcie – dodał stanowczo – obok mieszka jej brat, zasięgniemy języka.

W oczach Gajkenki znów zaświeciła nadzieja.

– A tak.. W kościele są.. – rzucił brat, wysłuchawszy w skupieniu naszej historii – Msza już powinna się skończyć, chodzcie, zawiozę Was – dodał, ruszając w stronę tricykla.

Uściskałam naszego chłopaka.

– Jestem Rayan – odrzekł krótko na pożegnanie – Powodzenia! – po czym kopnał sprzegło i w chmurze spalin ruszył drogą z powrotem do pracy.

 

Tricycle

Z bratem Sprzedawczyni ruszyłyśmy na jej poszukiwania.

 

Trojkołówka turkotała wesoło po drodze, mi jednak nie było do śmiechu. Szansa, że znajdziemy Sprzedawczynię rosła, moja nadzieja jednak na odnalezienie Reniego malała.

W końcu zatrzymałysmy się przed kościołem.

– Aaaa, nie ma jej.. Msza się skończyła, poszła gdzieś z koleżankami. Może u Loli Tiny siedzi. – rzuciła nastolatka, która porządkowała placyk – A może nie. – dodała filozoficznie.

Oczy Gajki wciąż jaśniały nadzieją.

 

Tricycle, Phillipines

W poszukiwaniu Sprzedawczyni.

 

3 minuty później zatrzymaliśmy się, obszczekiwane przez dwa wielkie psy, pod domem Loli Tiny. Nasz kierowca schylił się i udając, że podnosi kamień, zamachnął się szeroko. Psy natychmiast czmychnęły.

Nasza pani sprzedawczyni dwa razy przetarła oczy na nasz widok, po czym wysłuchała historii.

– Nie mam go! Nic nie zostało! I nie pamiętam żadnego niebieskiego plecaczka!

Oczy Gajki zaczeły wypełniać sie łzami.

 

Women in Aurora

Sprzedawczyni odnaleziona.

 

– Gdybym miała, od razu bym Wam oddała. – mówiła, z żalem spoglądając na Gajkę – Ale nie mam. Jestem adwentystką, uczciwą osobą. Zapytajcie innych. Ogromnie mi przykro.

Wierzyłam jej. Ani przez moment nie przyszło mi nawet do głowy, że chciałaby go sobie przywłaszczyć. Zresztą – co tu przywłaszczać? Brudne, poplamione koszule? Nogawki od dziecięcych spodni? Dwie peleryny przeciwdeszczowe? Czy sam plecak, który już dożywał swych ostatnich dni?

Podziękowałam jej ogromnie za jej serce, po czym popatrzyłam na Gaję.

– Mamo.. – szepneła Gaja – To już koniec.. Nie ma Reniego.. NIE MA RENIEGO!!! – i nagle mały kochany łebek zrozumiał, że już nigdy w świecie nie zobaczy swojego ukochanego dzieciaka. Że już go nie przytuli, nie ukołysze, nie przyciśnie z miłością swymi małymi łapkami. Że Reni tak niespodziewanie odszedł z jej życia już na zawsze, że gdzieś leży sam, zapomniany, płaczący za swoją mamusieńką..

– Reeeeeeniii.. – łzy jak grochy leciały po jej policzkach – Reeeeniii.. Mój kochany.. Najukochańszy.. Mój dzieciaczek.. Gdzie jesteś, Reniii?.. Chcę Cię przytuuuuuuulać.. Chce Cię kochaaaaać.. 

I tuliło to moje dziecko powietrze, płacząc tak rozdzierająco, że wszyscy popłakali się nad jej bólem, jej nieszczęściem, jej rozpaczą..

Reniego nie było.

– Pan wraca do siebie? – zapytałam szlochając właściciela trójkółki

– Wracam, zabiorę Was ze sobą – przytaknął, dyskretnie wycierając łzy.

My zanosiłyśmy się płaczem. Płakałyśmy tak obie całą drogę i potem jeszcze, gdy żegnaliśmy się z tym bardzo życzliwym nam człowiekiem. Gdy stanęłyśmy na stopa w cieniu wielkiego mangowca, Gaja aż się trzęsła od szlochu.

– Mamo.. Czy- czy- czy to już ko-koniec?.. Czy-czy-czy już nigdy nie-nie zo-zobaczymy Re-reniego? 

– Obawiam się że nie.. – płakałam obok Gai – Mam nadzieję, że Renim zaopiekuje się jakiś dobry człowkiek.. Jestem pewna, że się zaopiekuje.. Gaja – wykrztusiłam nagle przez łzy, patrząc na zegarek – do autobusu mamy wciąż półtora godziny czasu. Chodź, pójdziemy do tego miejsca, gdzie jadłyśmy, a potem do pani na plaży. Tam pewnie i tak nie będzie plecaczka, ale chodźmy, tak byśmy były pewne, że zrobiłyśmy wszystko, by Reniego znaleść. Dobrze? Idziemy?

Mała, chlipiąc pokiwała głową.

Ruszyłyśmy.

Gdy mijałyśmy dom sprzedawczyni, jej brat był akurat na podwórku.

– Gdzie idziecie? – krzyknął przez bramę

– Do jadłodajni. Do autobusu jest jeszcze dużo czasu. Musimy być pewne, że sprawdziłyśmy wszystkie miejsca!

– Juuuuuaaan! – krzyknął – Weź trójkołówkę i zabierz dziewczyny do Lili.

– My pójdziemy.. Znamy droge.. Prosze się nie kłopotać…

Ale z panem bratem nie było dyskusji.

Syn już kopał w motor i podjeżdżał pod bramkę. 

Podziękowałam ogromnie i w parę minut byłyśmy już pod jadłodajnią Lili.

W restauracji było sporo osób, ale żadnej znajomej twarzy. Widocznie na weekendy zmieniała się obsługa. Na zmianę, trochę po angielsku, trochę w tagalog, wyjaśniłyśmy cel naszej wizyty. Gaja płakała obok.

– Tak, tak.. Rozumiem.. – powiedziała siedząca przy kasie, starsza kobieta – Momencik.. Momencik.. – i zawołała coś w tagalog, uśmiechając się do zapłakanej Gajki.

Nie pozwoliłam nawet drgnąć nadziei. Nie było szans, aby tu był plecak. Przecież pamiętam, jak go pakowałam na pick-upa. Musiał odjechać w aucie kobiet, które nas podwoziły do Baler. Teraz zostaje tylko modlitwa, by pamiętały, gdzie mieszkamy i by im się chciało te stare rzeczy na odwieźć. Może zobaczą, że w środku jest zabawka. Może pomyślą, że dla tej małej dziewczynki, która jechała z nimi to może być bardzo ważna rzecz..

Gajka łkała rozpaczliwie.

Ja płakałam obok, ignorując zupełnie przyglądających się nam ludzi.

Nagle z daleka zobaczyłam dziewczęcą postać, która coś niosła.

Niosła coś..

– PLECAK!!!!!!!! – krzyknęłam – GAJA!!!! NASZ PLECACZEK!!!!!!

– RENI!!!!!! – krzyknęła Gajka z takim wyrazem twarzy, jakby zobaczyła ducha – RENI!!!

W jednym skoku była przy dziewczynie, prawie wyrywając jej plecak, a potem strasznie, ale to strasznie mocno go przytulając. 

– Plecaczek.. – płakała, głaszcząc jego starą, pełną połatanych plastrami dziur powierzchnię – Nasz plecaczek.. Już dobrze..  Już jesteś z nami..

– Reni!.. – kucnęłam przy Gai – Znalazł się!.. Jest!… Chcesz go wyciągnąć?..

Gaja potrząsnęła odmownie głową. Krępowała się tych wszystkich ludzi, świadkujących naszemu małemu dramatowi. 

– Chodzmy stąd mamo.. – poprosiła cicho.

 

Sea to Summit ultra day pack

Cud.

 

Spłakana jak norka, podziękowałam obsłudze, wyściskałam roześmianego Juana, poprosiłam by podziękował ojcu. Było mi lekko na sercu, ale jednocześnie czułam się totalnie wyczerpana i psychicznie, i fizycznie.

Maluch miał tak samo.

I dopiero wtedy, gdy stanęłyśmy pod kolejnym, rzucającym gęsty cień na drogę mangowcem, Gaja wyciągnęła swojego Reniego i mocno, bardzo mocno go przytuliła..

Uśmiechnęłam się do siebie, machając na pierwszy samochód.

Czas było wracać do domu.

 

Gaja - sleeping beauty

Nareszcie razem.

 

 

 

 

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

14
Dodaj komentarz

avatar
13 Comment threads
1 Thread replies
1 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
14 Comment authors
MarcinSomos Dos - Migawki z podróży Małej i DużejKarolinaDaqi EzeAnia Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Marcin
Gość
Marcin

Mam takie trochę ogólne pytanie. Jak to jest z tymi przygodami w podróży? Są fajne czy nie? Miałyście już wypadek samochodowy, kradzież całego dobytku, zagubienie Reniego z plecakiem i pewnie inne rzeczy, o których nie wiem.
Patrząc z perspektywy czasu to lepiej mieć przygody czy nie mieć? Jak takie stresujące przeżycia, choć z dobrym zakończeniem wpływają na podróż? Wiem, że to może być rozległy temat ale chętnie bym słówko na ten temat usłyszał.

Karolina
Gość
Karolina

Przeczytam na jednym tchu. Doskonale pamietam emocje, ktore mi towarzyszyly gdy zgubiłam jako 8 latka moja ukochana małpke moncziczi:) w podrozy pociagiem do sopotu. bardzo sie ciesze, ze familia razem ❤️🙏

Daqi Eze
Gość
Daqi Eze

Ufff… Jak to dobrze, że plecaczek i Reni się odnalazły. Asiu czy ty z Tarnowa pochodzisz?

Ania
Gość
Ania

Ja zaczęłam czytać od końca bo nie wiedziałam czy te łzy kąpiące z oczu moich brać za łzy szczęścia czy rozpaczy😉 Dla mnie w całej tej sytuacji na największą nagrodę zasługuje twój stosunek do Gajkowych uczuc, twój szacunek do jej rozpaczy, niejeden skarciłby dzieciaka, że trudno, stało się i nie chce już wysłuchiwać kolejnych histerii, że to tylko misiek i ma nie przesadzać!!(😱😱😱). Brawo Asiu!! Dobrze że Reni już z wami, moje dzieciaki już kłócić się między sobą zaczynały które z ich pluszaków do Gai poleci, jesli Reni sie nie odnajdzie 😊😊 Moja też Gaja, co CHWILA przynosiła mi tel… Czytaj więcej »

Rosomak
Gość

Tak się cieszę, że się odnalazł! <3 🙂
Kiedy miałam 7 lat, zgubiłam na plazy nad Bałtykiem ukochanego maleńkiego dalmatyńczyka, którego mój tata wylosował w automacie z zabawkami. Nie udało się znaleźć w piachu pieska, byłam załamana. Ale Tata wykazał się męstwem – poszedł do automatu i grał tak długo, aż wylosował nowego 😀 Wolę nie myśleć, ile monet stracił – taka to jest wytrwałość rodziców 🙂

Justyna
Gość
Justyna

Splakalam się jak norka… Ale udało się 🤩🤣😚😊😁

Aga
Gość
Aga

Po deszczu wychodzi słońce. Cieszę się z Wami… Asia kiedy spiszesz Wasze historię w formie książki??? To będzie bestseller!!!

Elżbieta
Gość
Elżbieta

Wzruszyłam się. Wspaniale że się znalazł. A szukałam już takiego na allegro myśląc że i tak nie będzie to TEN. Bardzo się cieszę. Pozdrawiam

Grażyna
Gość
Grażyna

Cudowna historia. Całe szczęście że się odnalazł. Kiedyś też tak z synkiem szukalismy zaginionego pluszowego króliczka. Odnalazl się w supermarkecie w zamrazarce z lodami 😊

Katarzyna
Gość
Katarzyna

Asieñko, jak pięknie się ten dramat skoñczył! Dobrze, że byłyście tak wytrwałe i dzielne. Czytając wczoraj też nie bardzo miałam nadzieję na szczęśliwe zakoñczenie, a tu- proszę- małe i wielkie cuda zdarzają się, choć nie codziennie. Cieszę się z Wami ogromnie, a rozumiem Gajkę doskonale!😘♥️

Monika
Gość
Monika

Wspaniała historia. Wstałam przed chwilka, czytam bloga, jem jajecznicę i łzy mi ciekną. Jestem przeszczęśliwa. Jesteś tak wspaniała mama, ze aż serce rośnie! Cudownie! Wszystkiego dobrego 💕

Natalia
Gość
Natalia

Niesamowita historia i twój talent do opowiadania. Sama się wyruszyłam w momencie odnalezienia Reniego

Renia
Gość

Łzy w oczach….niewiarygodne że się znalazł. To chyba nagroda za Wasz upór i wytrwałość.

x

Check Also

Tsunami. Kiedy cofa się morze.

– Iman – zapytałam kiedyś mojego hosta mieszkającego w indonezyjskiej wiosce, na brzegu Cieśniny Sundajskiej ...