Home / Ameryka / Kolumbia / Tierradentro – cz.1

Tierradentro – cz.1

  P7220887edited

Po przeprawie przez Koldyriere Centralna, droga do Tierradentro nie wzbudzala we mnie juz wiekszych emocji. Owszem, byla waska, ale w niczym nie dorownywala przejechanej przez nas kilka tygodni wstecz Trampoliny de los Muertos. Miala dziury i wadoly, ale w porownaniu z trasa San Andres-Popayan byly to niewinne zaglebienia. To, co mnie martwilo to byl stan jej nawierzchni. Poniewaz wladza zainwestowala w poprawe lokalnego transportu, rozpoczete wszedzie prace sprawily, ze na wiekszosci trasy mialysmy do dyspozycji nic innego jak.. blotnista bryje. Autobus zakopywal sie w czarnej mazi, pasazerowie wiec opuszczali pojazd, karnie wspierajac go swoim ramieniem, po czym – gdy juz udalo sie przepchac rzecha przez najgorsze – ubabrani po pas wsiadali z powrotem i tak jechalismy sobie az do nastepnej zakopki. Ja nie wychodzilam, jako ze Gaj taktycznie zasnal mi na kolanach. Na zewnatrz nie bylo milo – siapilo, wial zimny wiatr. W srodku natomiast – ciasniutko i cieplutko, co nastrajalo wszystkich do drzemki. Lub, dla odmiany – do rzyganka. Wiec, gdy po przejechaniu dobrych kilku godzin otworzyla sie przed nami wypelniona sloncem dolina, zmory podrozy gdzies uciekly, a na jej miejscu pojawila sie mobilizacja, radosc I zachwyt..
Bylo sie czym zachwycac. Koldyriera Centralna w tym miejscu  przypominala mi nieco moje ukochane, peruwianskie Andy. My, nabrawszy wysokosci, trawersowalismy po kolei zbocza, sycac oczy otwierajaca sie przed nami, zielonoblekitna, przepastna przestrzenia.
 
 
Kierowca zostawil nas na rozstaju drog. Ten autobus nie wjezdzal do naszej miejscowosci, przed nami bylo wiec jeszcze drobne 5 kilometrow drogi. 5 km pokonuje sie normalnie w godzine, czasem w niecala. 5 km z plecakiem, nosidlem i dzieciakiem za reke pokonuje sie zdecydowanie dluzej. Stalam wiec i chlonac slonce, medytowalam, co dalej robic, gdy kobiety siedzace pod zaimprowizowanym przystankiem zawolaly: Mona! Ven acca!  – co w wolnym tlumaczeniu znaczylo: biala, chodz tutaj. Tu w ogole funkcjonuje inny kod okreslania lub wolania na ludzi. Do mlodego czlowieka wola sie „ej, joven!” – co znaczy doslownie „ej, mlody!” Do staruszka wszyscy wolaja „ej, viejo” – co po naszemu nabiera obraźliwego wydziwieku, a tu znaczy po prostu “stary”, ale bez żadnch pejoratywnych konotacji. Do kobiet puszystych mowi sie “gorda”, czego nikt tu nie traktuje jako obelgi, a co w naszym kraju wywoluje natychmiastowy lincz nadawcy komunikatu, podobnie jak obraźliwe dla mojego polskiego ucha zawolanie „pssst, negro”, (czarny) ktore w naszej kulturze jest utozsamiane z rasizmem. Tu ludzi okresla sie po kolorze skory, wiec „mona” (o, na przyklad to o mnie), „morena” (brazowa) czy „negra” (czarna) to normalnie funkcjonujace w Południowej Ameryce slowa, ktore musialam w mojej glowie mocno przekodowac, nim wprowadzilam je do swojego codziennego jezyka.
 
P7220899edited
 

 

No wiec usiadlam w gronie kobiet, wyciagajac niezjedzone w drozde owoce. Wiadomo, jak brzuch pelny to i glowa dziala lepiej. Gaj pozeral ulubione granadie, ja zajadalam banany, wypytujac siedzace na przystanku mujeres, jak wyglada sytuacja transportowa w pozadanym przez nas kierunku. Nie wygladala dobrze. Najblizszy bus byl spodziewany za kilka godzin – o ile faktycznie ruszy z bazy 100 km dalej. I jesli nie zaliczy awarii po drodze:) Hmmm.. Rozgladalam sie wokol. Ruch tez nie wygladal za dobrze, siedzialysmy z paniami juz ponad pol godziny, a po drodze przejechaly raptem dwa skutery i to w nie naszym kierunku. Tak wiec gdy na horyzoncie pojawi wielki pan, odwozacy swa zone na przystanek podskoczylam jak sprezyna. Nie bylo czasu do stracenia.
– Przepraszam!.. Pan moze wraca do wioski?.. – zagailam usmiechajac sie milo
– Tak. A o co chodzi?
– Bo widzi pan.. Jestem z dzieckiem, mamy duzy plecak.. Czy moglabym Pana poprosic o przysluge? Czy moglby Pan zabrac mi duzy plecak do wioski, a ja z corka i nosidlem dojdziemy sobie tam piechota..
Pan patrzyl to na mnie, to na plecak, to na swoja zone, ktora machnela reka, decydujac za meza.
– Oczywiscie, ze zabierze – rzekla do mnie pogodnie, a do meza stanowczo – A potem wroc i je tez zabierz! – po czym, machajac nam reka, wsiadla do autobusu.
 
Juhu! Mialysmy transport. Teraz tylko nalezalo rozpytac, gdzie tu mozna sie ulokowac nie nadwyrezajac specjalnie naszego budzetu. Mily pan niestety postanowil skasowac nas za podroz, narzucajac calkiem slona cene.  Pozwolilam wiec sobie zrobic wyklad o polskim zlotym i jego przeliczniku na peso, placac owszem, ale po taryfie lokalnej. Kobiety na przystanku, znajac wszystkich jak lyse konie uprzedzily minie, ze pan jest zdzierca, wiec przygotowalam sie do tematu.
 
Niemniej jednak wyladowalysmy w dobrym miejscu. Tuz przy wejsciu do Parku Archeologicznego, w maluskim, rodzinnym hosteliku o niebieskich scianach. Zbic cene ostatecznie sie udalo, ale tylko dlatego, ze mialysmy wlasne spiwory, reczniki i obiecalysmy sie nie myc za czesto. Bo jest ciepla woda, a prad – jak rzekla Pani – kosztuje. Od razu, z nadzieja pobieglam do lazienki, ale jak sie okazalo, szumna, ciepla woda okazala sie byc po prostu woda zimna, nie lodowata, tak wiec ostatecznie cena spadla do 10 mil, akceptowalnych przez obie stony..
 
Korzystajac z pieknego, pelnego slonca dnia zlapalysmy sprawnie motostopa i podjechalysmy kolejne 3 km do sklepow, by zorganizowac prowiant na najblizsze sniadania i kolacje, plus oczywiscie na eskapady w gory. A gdy juz w tej wioseczce, gdzie 3 domki na krzyz i wszyscy sie znaja, bylysmy, okazalo sie, ze jedno ze stanowisk archeologicznych jest na wyciagniecie reki. Wiec, nie zastanowiajac sie duzej, zostawilysmy zakupy w sklepie i odpalajac autonogi polecialysmy sciezka do gory. Bylo o tyle trudniej, ze nie mialam ze soba ani nosidla, ani kijkow.  Z Gaja za lapke pielysmy sie wiec wolno, robiac tysiac przystankow i zachwycajac sie zielenia gor i blekitem nieba. Z kazdym krokiem widok byl coraz dalszy, coraz wieksza czasc doliny byla widoczna, a zlote slonce popoludnia miekko oswietlalo okoliczne szczyty.
 
Szlysmy wsrod bananowcow i kawowych drzew. Gajka co rusz skubala krzaczki, wciskajac mi w rece to zielone, to czerwonawe kulki.
 P7220919editededited
– Kawa! Para ti, mama! – cieszyl sie maluch, znajac moje zamilowanie do czarnego trunku – O! I uno mas! Toma! No wiec liczylysmy kawowe kulki po polsku i po hiszpansku, po czym znow wolno pielysmy sie do gory. A na gorze okazalo sie, ze mamy 5 minut na ogladniecie grobow.  W zasadzie jednego, bo pozostale byly  wylaczone ze zwiedzania. Poczatkowo wydluzyla mi sie mina, ale tylko na chwilke. Straznik sobie poszedl, a my zostalysmy same na zielonym plateaou, wraz z wiatrem, ptakami i duchami ludzi, ktorych od dawna juz nie ma wsrod nas..
 P7220936editedP7220938edited

 

Kolejny dzien obudzil nas staccato wygrywanym na naszym dachu. No nie.. Z bardzo zawiedziona mina wyjrzalam na zewnatrz.. Chmury byly nisko, po wczorajszych blekitnych przestrzeniach nie bylo nawet sladu. Zrobilam wiec wolno sniadanie, ktore bardzo wolno zjadlysmy, tym bardziej, ze Gaj grymasil okrutnie, wymawiajac sie bolem brzucha. Ale niechec Gaja do jajek jest mi znana, wiec ignorowalam chwyty mojej cory i pomalu wciskajac jajecznice do dziobka, komentowalam jak zwykle:
– Gaj, jestesmy podroznikami. W podrozy nie mozna grymasic, bo albo sie je to co jest, albo sie jest glodnym. Jaja sa zdrowe, swieze i pozywne, a do tego maja w sobie duuuzo zoltej energii. Tak jak slonce.
Wiec Gaj ogladal Pepe i jadl, krzywiac sie, jak to zawsze przy jajkach..
 
Ostatecznie pulap chmur sie podniosl, wiec – chcac skorzystac z przerwy w siapieniu – wpakowalam Gajke do koszyczka i ruszylysmy do Muzeum, a potem w gore, do najblizszego stanowiska archeologicznego. Gaj byl jakis taki.. niegajowy, ja zreszta tez.. Bylo to w sume zrozumiale, ostatnio, ze wzgledu na konczaca sie wize tempo podrozy bylo dosc spore, wiec ja czulam sie zwyczajnie fizycznie zmeczona.. Gaj z pewnoscia tez, bo choc nie dzwigal, to przeciez w podrozy dzielnie mi towarzyszyl..
 
Doszlsmy do grobow. Bylo ich mnostwo. Wielkich podziemnych komnat ozdobionych prymitywna, symboliczna sztuka. Kim byli ludzie, ktorzy pozostawili za soba takie piekne cmentarzyska – zastanowialam sie, kiedy uslyszalam pelen rozpaczy krzyk, a zaraz potem wyplywajace wprost spod trzewii, glebokie bleee..
 
Gaj byl chory. Objawy zamaskowala podroz autobusem, gdzie puszczajacy pawia Gaj nie byl wyjatkiem, oraz znana mi niechec Gai do jajek.. A tu Maluch moj Strutkiem stal sie wielkim. gdy wiec przeszla fala mdlosci, wpakowalam Malucha po raz kolejny na plecy i szbkim krokiem, starajac sie nie kolysac bardzo nosidlem, pobieglam w dol.. Niestety Gaj wymiotowal dalej. Nie bylo sensu sie zatrzymywac, nosidlo z 14 kg stworem bylo ciezkie, ciagle sciaganie i wkladane umeczyloby Gajke i zabiloby moj kregoslup, wiec Gaj tylko piszczal: „Mama!.. Mama!.. Bleee…”, ja wolalam: „Wychyl sie Gaja wychyl!..”,  wiec Gaj sie wychylal, ja sie przechylalam i tak w locie Gaj znaczyl nasz szlak charakterystycznym wzorkiem wymiocin.
 
W domu bylysmy w przeciagu 15 minut. Polozylam stwora na sofie przed telewizorem, wlaczylam kanal z Pepa i zmartwiona zaczelam myslec, co robic.. Bylysmy kawal od cywilizacj, doktora tu nie bylo, tylko punkt medyczny z pielegniarka. No ale w sumie doktor nie byl nam potrzebny – wiadomo, co nalezy robic w takiej sytuacji – nawadniac i dac swiety spokoj. No wiec nawadnialam stwora jeszcze polskim Orsalitem w systemie 3 lyzki plynu co 15 min, a Gaj ogladal Pepe i drzemal i nabieral sil. W miedzyczasie nasza pani gospodyni, w porozumieniu z pielegniarka, ktora nomen omen tu zajrzala, naparzyla Gajce ziol i ugotowala cienki rosolek.
 
P7261228edited
 

Wieczorem Gaj byl juz calkiem niezly, a rano powital mnie swoim magicznym i usmiechnietym: – Despiertate mami! Hay sol!!! (Obudz sie, mamus! Jest slonce!!!:) No wiec ruszylysmy ogladac tumbas po raz drugi. Pielam sie znana mi droga do kolejnych stanowisk, a Gaj po Gajowemy spiewal mi na plecach i backal mnie po glowie. No i nie przepuscil zadnemu grobowcu, Zakumulowana energia musiala gdzies znalesc ujscie. Gaj absolutnie nie chcial slyszec o tym, ze ma czekac na mnie na zewnatrz. Ze schody sa strome, ze na dole ciemno, ze nie ma zabezpieczen. No wiec znow musialam pomyslec, jak to zrobic, by bylo nam obu bezpiecznie i fajnie. I maksymalnie samodzielnie dla Gaja. P7240982editedP7230973edited

 
No wiec mama zanurzala sie pod ziemie pierwsza. Potem Gaj lapal mame za lapke i ostroznie zanurzal sie sam. Mamie troche cierpla skora, bo stopnie byly wysokie i waskie, z ziejaca po jednej stronie przepascia. Swoim zwyczajem wiec mama zaczela powtarzac znana Gajce mantre:
-Spokojnie, coreczko, uwaznie stawiaj kazdy kroczek, w skupieniu, bliziutko sciany, tak  by bylo bezpiecznie – a Gaj z przygryziona warga, skupiony w 300 procentach schodzil krok po kroku w mrok podziemnego swiata.
– Popatrz coreczko, widzisz ten dolek? Tam kiedys stal taki duzy garnek, ktory nazywa sie urna.
– Do gotowania? – pytalo moje dziecko, wpatrujac sie w zaglebienie w podlodze – Nie kochanie. W urnie chowano prochy zmrlego czlowieka – objasniam, gdy moje dziecko z jeszcze powazniejsza mina swidrowalo wzrokiem podloge.
– A to?.. Co to jest?.. – pyta dalej dziec w innym juz grobowcu
– To straznik urny – jest ich dwoch – wskazywalam malenstwu prymitywny rysunek na skale, wynurzajacy sie w swietle latarki. Niestety tylko czesc tumb miala oswietlenie, co nam nieco utrudnialo sprawe, ale wowczas z pomoca przychodzil pan straznik, ktory – poniewaz do Tierradentro nie docieralo wielu turystow – z radoscia zabijal swoj czas zlazac z nami w dol i opowiadajac niestworzone historie.
P7240991edited
 W taki wlasnie sposob moj maly czlowiek zwiedzil ze mna 27 grobowcow na pierwszym stanowisku i 5 na drugim, za kazdym razem z coraz wiekszym animuszem, to zanurzajac sie w ich czylusciach, to potem radosnie pnac sie do swiatla.

 
 
 
Od ostatniego stanowiska dzielilo nas sporo drogi. Nawet mnie to cieszylo, bo okolica byla przepiekna. Szlysmy wsrod malowniczych gor pelnych bananowcow i krzakow kawy. Droga piela sie coraz wyzej, a my mijalismy ubogie chatynki wlasicieli owych upraw, ktorzy z trudem utrzymwali z nich siebie i swoje rodziny. Niestety, w kraju bedacym trzecim najwiekszym eksporterem kawy na swiecie, wyzyc z niej bylo trudno, o ile nie mialo sie gigantycznych i zdywersyfikowanych upraw, tak wiec, gdy przed kolejnym domkiem zobaczylam grupke bawiacych sie, umorusanych dzieci, postanowilam tam zagladnac.
P7241031edited

 

Dzieciaki na moj widok pierzchly, jak stado ptakow, dopiero gajkowe „Hola” dobiegajace z plecaka wyciagnelo ich z krzakow.
– Sa rodzice? – zapytalam
– Jest mama – powiedziala najstardza dziwecznynka i pobiegla do domu.
 
Z maciupkiej, skleconej z paru desek chatynki wynurzyla sie mloda, na oko 25 letnia dziewczyna z niemowlakiem na rece. Pomyslalam z pewnym smutkiem o jej zyciu i juz piatce dzieci, ktore wychowywala w maluskiej chatce, bez pradu i wody, prosto na goscinnym klepisku Matki Ziemi.
P7241028edited
P7241020edited
Pomyslalam tez o moim mieszkanku w Krakowie, o komfortowym zyciu, jakie wiedziemy w Polsce, o coraz wiekszych telewizorach na naszych scianach, coraz to nowszych samochodach przed naszymi domami i stosach ubran, zalegajacych w naszych szafach. I zrobilo mi sie po prostu smutno, bo chcialam sie czyms podzielic, a nie byo czym. Dziewczynka jedna dostala wiec branzoletke od Gajki, rozdalysmy resztke cukierkow, a ja kupilam od mamy kawy za 5 mil pesos.. Duzo to pewnie nie pomoglo, ale zawsze cos..  Bedac juz w wiosce chcialam dzieciakom kupic komplet pisakow, kredek, kilka zeszytow i plasteline, ale ceny tych rzeczy w San Andres zabjaly, wiec ostatecznie spakowalam kilka najmniejszych ubranek Gajki i przez syna naszej gospodyni wyslalam do gory.
P7241023edited
 
Zblizal sie wieczor. By zobaczyc ostatnie stanowisko z kilkoma monolitami, musialysmy przejsc przez siatke. Nie tylko zreszta my. Na laczce byl ministawek do ktorego przkradaly sie okoliczne dzieckaki. Pobrodzilysmy sobie z nimi w chlodnej, gorskiej wodzie, a potem, lapiac moto na stopa zjechalysmy w dol, wprost do  naszej gospodyni, ktora zatroskana wygladala nas, pichcac Gajce kolejny rosolek z makaronem..
 

 

Kontynuacja – część druga

About admin

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
Bestia PeludaAga Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Aga
Gość

Witaj Asiu,
Jak zobaczyłam drugie zdjęcie od góry na Twojej stronie to poczułam przyspieszone bicie serca a łzy same napłynęły mi do oczu… Przecież to „nasze” skrzyżowanie, na którym spędziliśmy kilka ładnych godzin w oczekiwaniu na transport!!! Tierradentro (mimo, że zwiedziliśmy tylko niewielką część tumbas) to dla mnie magiczne miejsce. Urokliwe, wyjątkowe, takie…. moje. Mimo, że byliśmy tam (ja+ mąż + nasz wtedy 3 letni Bartek) półtora roku temu to często tęsknię….
Powodzenia dla Was w życiu i w dalszej podróży! (a ja wracam do czytania Twojego bloga :))
Aga

Admin

Aga, popatrz, a ja na Twoj wpis dopiero teraz trafilam, przy okazji obecnego komentarza Ani. Kochana, Tierradentro to i dla mnie miejsce magiczne.. Piekne, spokojne, zagubione w gorach, nie spieszace sie na spotkanie ze swiatem.. Ciesze sie, ze dane bylo nam i Wam go doswiadczyc. I mam nadzieje, ze kiedys uda mi sie posluchac Waszych opowiesci w realu.. <3

x

Check Also

Tylko jak tu pisać bloga?..

  Z tym założeniem bloga wcale nie było łatwo. Gdy planowałam swą ...