Home / Ameryka / Kolumbia / W dzungle, huh!

W dzungle, huh!

matkanomadka_w-dzungle-huh_01

Ktoregos dnia prawie cala rodzina gotowala sie do drogi. Viktor tez, wiec postanowilam zasiegnac jezyka.
-Viktor, gdzie oni wszyscy ida?
-W las. Na pole pozbierac troche ziol i lisci na artesanias. Consuela ma zlecenie.
A, no to pieknie. Chetnie sie tez przejde.
– Moge isc z Wami?
– Zapytaj Consueli, jak sie zgodzi, to jasne:)
Consuela pokrecila troche nosem.
– Z dzieckiem? Isc? Nie ma gumiakow dla Ciebie, sa tylko te dziurawe..
-Moga byc dziurawe – zapewnilam szybko, majac za soba juz jedno wyjscie z bajorem w bucie – a Gaj chodzic nie bedzie. Zostanie w plecaku.
Patrzac na mine Gajki widzialam ze jest zadowolona z takiego obrotu sprawy. Nie ma to jak wygodna przejazdzka na mamie, polaczona ze zwiedzaniem swiata. Milo, czysto i bez wysilku:)))


 

matkanomadka_w-dzungle-huh_02

Spakowalam wiec kilka czekoladek na droge, bo mialo byc niedaleko i ruszylismy.
Bloto bylo jeszcze bardziej powalajace, niz w nocy. Prawdopodobnie dlatego, ze szlismy kawal bydleca droga, rozgnieciona kopytami, gdzie bloto miejscami lapalo mnie prawie pod kolano. Na pewno 18 kg na moim grzbiecie grzecznie z blotem wspolpracowalo, i nawet kijki, ktore przezornie zabralam, nie pomagaly wiele. Na szczescie szybciutko wpadlam na pomysl holowania sie na drucie kolczastym, ktorym ogrodzone bylo pastwisko. Gracias dios, nie bylo tu elektrycznego pasterza (no bo jak w dzungli, prad przeca trzeba), wiec lapiac sie za fragmenty drutu, tam gdzie nie bylo kolcow, podciagalam sie o krok do przodu, lub wyciagalam nas z bagniska.
I tak po godzinie marszu doszlismy w bardzo smutne miejsce, pelne poscinanych, porozrzucanych w nieladzie pni drzew, w smutnym, czarnym kolorze.. Ogien. Nie wiem co bylo pierwsze, ogien czy maczeta, niemniej jednak widok byl zalosny. Czarne osmalone kikuty sterczaly oskarzycielsko, polamane i osmolone galezie lezaly w nieladzie, a spod ich warstwy lapczywie pielo sie do gory najnizsze pietro lasu.


 

matkanomadka_w-dzungle-huh_03

Stalysmy tak z Gaja, ze smutkiem ogarniajac pobojowisko. Viktor stal pare metrow dalej.
– Tak tu jest. Zycie jest twarde i nikt sie nie certoli z przyroda. Potrzeba pastwiska, robi sie pastwisko. Potrzeba drzewa – scina sie drzewo. Ekologia? Zapomnij. Tu jest ciagla walka o przezycie. Tez mnie to boli, ale jest jak jest – z daleka uslyszelismy dzwiek maczety rabiacej drzewo
-To Consuela? -zapytalam
-Jasne- skrzyp spadajacego drzewa jekliwie rozdarl powietrze
Chcialam to zobaczyc. Chcialam zobaczyc jakie drzewo wybrali i co z niego chca zabrac, zarzucilam wiec Gajke na plecy i torem przeszkod ruszylysmy w kierunku znow pracujacej maczety..
To byla palma. Duza. Piekna. Nie wiem czy stara, bo tu wszystko rosnie jak szalone, ale na pewno dobrych kilka lat miala. Lezala powalona na ziemi, a Consuela wycinala liscie.
-Listo! – oswiadczyla zadowolona, pakujac kilkanascie najbardziej zielonych z glownego pedu
-A reszta? – zapytalam nic nie rozumiejac
-Jaka reszta? – zdziwila sie Consuela – Tyle. Nie potrzebuje wiecej.
Oniemialam. Scieli olbrzymia palme tylko po to, by zabrac z niej kilkanascie lisci. 80 procent drzewa zostawalo. Pieknego drzewa, ktore jeszcze kila minut temu bylo fragmentem ekosystemu. Teraz tez wciaz bylo, ale w innym charakterze..

matkanomadka_w-dzungle-huh_04

Ciezko bylo mi sie z tym pogodzic, ze tak tu jest. Przed oczami mialam nasz zasmrodzony, brudny Krakow, z ktorego znikaly tez kolejne drzewa, ceglane kominy, z ktorych wydobywal sie czarny, ciezki dym i jesienne powietrze, ktore mozna bylo kroic nozem.. To miejsce bylo po drugiej stronie swiata, jednak czulam w glebi, ze sa one polaczone, ze to drzewo, ktore tak bez sensu padlo ma wplyw na to, co sie dzieje w moim miescie. I na calym swiecie..
Tak sobie dumajac smutno przeszlam kolejna godzine, po czym zaczelo padac.
Tak, deszcz skutecznie polaczyl mnie z rzeczywistoscia – nalezalo ogarnac Gajke, by nie zmokla. Maluch robil sie glodny poza tym, a ja z niepokojem myslalam o przedluzajacej sie wycieczce. Przeciez mialo byc blisko, a tu 2h minely i konca nie widac. A ja, oprocz paru czekoladek nie mam nic wiecej do jedzenia!
-Asia, patrz – zawolal mnie Viktor – ananasy!:)))

matkanomadka_w-dzungle-huh_05

Pierwszy raz w zyciu widzialam ananasa na zywo. Swietny byl, taki kaktusowaty, z pala owocu na szczycie. Rodzina Consueli nie mogla nadziwic sie mojej radosci, gdy ogladalam go ze wszystkich stron, cykajac foty. Ananas? Ot, norma tutaj, a exstranjera sie podnieca:)


matkanomadka_w-dzungle-huh_06

Wreszcie dolezlizmy, gdzie nalezalo. Consuela rozdala worki i wszyscy wraz z Viktorem zabrali sie do roboty. Oprocz mnie – bo ja wlasnie zrzucilam plecak z grzbietu. C
-Co zbieracie – zainteresowalam sie
-Oooo, cos co obcokrajowcy kochaja – wyjasnila mi z przebieglym usmiechem Consuela
-Acha. To znaczy – co?
-Nie wiesz co? Nie domyslasz sie?
-Nie, nie domyslam sie – odpowiedzialam nieco zirytowana. Dios mio, nie jestem duchem swietym. Nie mam tez herbologii Poludniowej Ameryki w malym palcu.
– KOKA!!! – popatrzyla na mnie trumfalnie Consuela, czekajac, az padne z wrazenia


matkanomadka_w-dzungle-huh_07

Nie, nie padlam z wrazenia. Ogladnelam male krzaczki, powachalam listki, sprobowalam jak smakuja i pomyslalam o labolatoriach, ktore – bynajmniej nie osadzone w miastach – wylewaja do rzek miliony ton chemikalii koniecznych do wytworzenia kokainy, po czym zajelam sie rzeczywistoscia.
A rzeczywistosc wygladala tak, ze padalo coraz mocniej, Gaja byla coraz bardziej glodna, a koke nalezalo zebrac. Przewidywany czas powrotu wydluzal sie wiec do nieskonczonosci..


 

matkanomadka_w-dzungle-huh_08

-Consuela.. – zaczelam niesmialo, robiac w glowie przeglad trasy
-Chcesz wracac, co? – wkurzyla sie
-Tak..-odpowiedzialam zdeterminowana. Co jak co, ale o Gajke juz dawno nauczylam sie walczyc – musze wrocic. Gaj jest glodny, aja nie przewidzialam, ze az tyle zajmie droga. Nie mam dla niej jedzenia.
Widzialam jak w Consueli narasta furia. Przykro mi bylo z tego powodu, ale bylam zdeterminowana wracac. Gaj byl moim absolutnym priorytetem, zdecydowanie wazniejszym, niz zla jak diabli Consuela.
– Sluchaj, ale moge wrocic sama. Pamietam droge.. mniej wiecej – Z pewnoscia nie chcialam odrywac ich od roboty. Faktycznie, droge pamietalam. Bylo tylko jedno miejsce, gdzie mialam watpliwosc, ale liczylam, ze sobie jakos tam poradze. Matka Joanna od Improwizacji – dawno juz przyjelam to imie.
-Ok – powiedzla Consuela, z radoscia pozbywajac sie problemu, a potem popatrzyla na dzieciaki.. – Dobra, oni pojda z Toba.


 

matkanomadka_w-dzungle-huh_09

Takze popatrzylam na dzieciaki. Temperatura spadla wyraznie, deszcz walil z gory, a one przemoczone do suchej nitki, byly w podkoszuleczkach raptem.. Biedaki, trzesly sie z zimna, wiec z radoscia przyjely nowine o ich powrocie:)


 

matkanomadka_w-dzungle-huh_10

Droge okazalo sie, ze pamietalam. Bylam z siebie dumna. Faktycznie, w problematycznym miejscu prawdopodobnie wybralabym zle, ale mysle, ze ostatecznie odnalazlabym sie w przestrzeni. Dzieciaki biegly za nami, co rusz wskazujac mi palcem nowe ptaki. W tej dziedzinie Viktor zrobil dobra robote. Gdy doszlismy do miejsca wyrebu. chlopak dzwignal przygotowane liscie. Az przysiadajac pod ich ciezarem, ruszyl do przodu. Patrzylam ze wspolczuciem. To bylo zdecydowanie za ciezkie dla niego, ale pomoc nie moglam, majac swoj ciezar na grzbiecie. A gdy doszlismy pod chate dziadka, na dzieciaki czekala goraca zupa. Tym razem jednak tylko na dwojke, dla nas braklo. I po raz kolejny przelamalam swoje zawstydzenie i kulturalne uwarunkowanie pt.czekaj, az Cie zaprosza – i wprost poprosilam o jedzenie. Banan, no mas.. Dostalismy dwa wielkie patagonas – cos co tu jest najpopularniejsze do jedzenia, czyli dwa wielkie krazki smazonego platano i ruszylysmy dalej, do naszej szkoly klecic szybki obiad dla naszej dwojki, jako ze Consuela jak sie okazalo planowala wrocic wieczorem.
A miala to byc szybka i bliska wycieczka, huh!


Postscriptum do histori: „W dzungle, huh”.

W nocy obudzil mnie kaszel. Wyjatkowo nie moj. Spalam bardzo czujnie, bo Gaj ma w zwyczaju wykopywanie sie ze spiworka, a noce w dzungli zimne jednak sa, wiec w podswiadomosci matczynej mialam zakodowane pobudki przy kazdej przewrotce malucha. No wiec w nocy obudzil mnie kaszel. A w zasadzie dwa, na zmiane. Plytkie, szczekajace, zwiastujacy dla mnie zapalenie krtani. Domyslalam sie, kto szczekal i ze smutkiem pomyslalam sobie o malej Teresce i wiekszym Diego. Tak, dzieciaki z pewnoscia sa odporne. Z pewnoscia ich male cialka znosza duzo wiecej, niz cialka dzieckiakow z Europy. Pomimo monotonnej, bogatej w weglowodany, a pozbawionej witamin diety. Ale – takze z pewnoscia – nie sa niezniszczalne. Gaj zdrow jak ryba sapal sobie przytulony do mojego boku, a ja dumalam, ze wystarczylo wziasc kurtki, takie zwykle wiatrowki i wszystko byloby dobrze.
W pokoju nauczycielskim zapalilo sie swiatlo. Dziewczynka szczekala i szczekala, az w koncu zwymiotowala. Znam ten stan, czasem tez tak miewam, choc z innego powodu. Wspolczujac serdecznie, szybko robilam w glowie przeglad mojej miniapteczki. W zasadzie byly w niej tylko dwa leki. Orsalit – na zatrucie dla Gajki i kodeina dla mnie. By nie kaszec. By spac.
Juz mialam wstawac, gdy, po ataku mala ucichla. Tez to znam, teraz przed nia chwila spokojnego snu. Odpuscilam wiec, niech odpocznie..
..

Rano Consuela przyszla do mnie troche wkurzona, troche zmartwiona.
– Wiesz Asia – oznajmila – moje dzieci w porownaniu z Gaja maja bardzo niska odpornosc.
Mojego wyjasnienia, ze Gajka nie jest chora, bo miala ubrany polar nie byla w stanie przyjac..


 

About admin

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
x

Check Also

Tylko jak tu pisać bloga?..

  Z tym założeniem bloga wcale nie było łatwo. Gdy planowałam swą ...