Home / Ameryka / Meksyk / W krainie bursztynu

W krainie bursztynu

Z Chiapas wyjechać nie było łatwo. W którą stronę rzuciłam okiem, wszędzie blokady. Słuszne, niesłuszne – nie potrafiłam ocenić, natomiast widziałam wyraźnie wielką solidarność nauczycieli i ich olbrzymią determinację. Tak więc wszystkie drogi były zablokowane, a podróżowanie choć wciąż możliwe, było jednak bardzo trudne. Ze wszystkich więc dostępnych opcji wybrałam tą jedną, wąziutką, prawie nieuczęszczaną drogę, której to ledwo widoczną niteczką snuła się po zielonej połaci mapy, wpadając prosto w niebieską plamę Zatoki Meksykańskiej. 

Wiedziałam, że to będzie podróż wieloetapowa. Że wielokrotnie będę zmieniać środek transportu, że wiele cierpliwości mieć będę musiała do Drogi, że pomysłowość trzeba będzie wysilać, bo na wioseczkach nie zawsze hospedaje są dostępne. Ale doświadczenie uczyło, że dobrzy ludzie tam mieszkają, prości, z prostymi życiowymi zasadami, że widoki tam przepiękne i że przygoda na każdym kroku. Jak to w podróży, jak to poza utartym szlakiem.

I jak to w podróży – zaczeło się od niespodzianki.

– Wiesz, Pika – zwierzyłam się mojemu niedawno poznanemu kumplowi – Jutro ruszamy z Małą. Przez góry. Do Villahermosa.

– Serio? – zdziwił się Pika – Bo ja jutro też jadę w tamtym kierunku. Do Simojovel.  Z kumplem, jego samochodem.

No i tak złapałam pierwszego stopa – wesołego – bo Pika wesołym i jowalnym człowiekiem będąc non stop urozmaicał nam drogę opowieściami. Pika żył z bursztynu, a pół wioski, do której jechaliśmy było jego padrinos/amigos/conocidos (rodzicami chrzesnymi, przyjaciółmi, znajomymi), co oczywiście bardzo pomogło w znalezieniu komfortowego noclegu (ciepła woda!!!), dotarciu do właściwych ludzi oraz w dotarciu do samej kopalni. Bo ja bardzo, bardzo chciałam ową kopalnie zobaczyć.

To, co ujrzałam po kilku godzinach drogi pokazało mi po raz kolejny, jak ubogie jest Chiapas. Słowo kopalnia było tutaj bardzo na wyrost, bursztyn wydobywano praktycznie gołymi rękami, uzbrojonymi czasem w kilof czy inne stosowne narzędzie. Ale nim wleźliśmy do kopalni, długo szliśmy stromym zboczem, aż wreszcie wylądowaliśmy w dolinice, która jako jedną ze ścian miała kamienisto-żużlową hałdę. 

 

 

– No, kochani, próbujemy szczęscia – oznajmił Pika, gdy nieco zdezorientowani z Fernando stanęliśmy przed hałdą. – W każdym z tych kamieni może być bursztyn. Szukamy? – pytanie było zupełnie retoryczne, bo Pika już rozbijał co wieksze bryły szarej ziemi w poszukiwaniu słonecznego kamyczka.

Popatrzyłam na Gajkę, a Gajka na mnie, po czym obie spojrzałyśmy na Pikę.

– Tu codziennie, razem z górnikami przychodzą dzieci. Górnicy kopią w kopalni, a potem na taczkach wywożą ziemię i skały, i zrzucają je tu, w dolinę.  Dla nich to bezwarościowa ziemia, bo wszystkie duże bursztyny wybierają na górze. A tymczasem można tu znaleść całkiem niezłe kamyczki. No i dzieci o tym wiedzą i zawsze tu przychodzą – konczył, uderzając jedną szarą bryłą o drugą.

No więc zaczęłyśmy szukać. 

 

Szukaliśmy wszyscy bardzo cierpliwie, obtłukując bryłki ziemi. Mijały minuty, coraz więcej minut, znajdowałyśmy coraz to nowe skarby, ale bursztynu ni hu-hu.

 

 

Wreszcie pół godziny później usłyszeliśmy wrzask radości.

-Mam! Ha! Mam!!! 

 

 

Pika cieszył się jak dzieciak, po czym dał bursztynka Gajce. Teraz Gajka cieszyła się jak dzieciak, ściskając skarb w rączce. 

– Mamo, mamo! Guardalo! (Schowaj!) Może znajdę jeszcze jednego! Śama! – oznajmiło moje dziecko z nową nadzieją przegrzebując ziemię.

Ale chmury na horyzoncie uświadomiły nam, że należy nieco przyspieszyć to popołudnie, bo jeśli tego nie zrobimy – czeka nas powrót w strugach deszczu. Mając taką niesympatyczną perspektywę, Pika przerwał naszą zabawę.

– Chodźmy. Z kopalni już chyba wszyscy wyszli. Ciekawe, czy zostawili strażnika.

Z mozołem drapaliśmy się na olbrzymią, stromą hałdę. W połowie drogi Gajon miał dość, czemu trudno się dziwić. Włażenie pod górę składającą się z ziemi, żużla (?) i drobnych kamieni ma to do siebie, że efektywność półmetrowego kroku spada do 15 centymetrów. Strasznie to męczące i frustrujące, czego doświadczyłam w „epoce przedgajkowej”, wchodząc w taki właśnie sposób na Misti – przepiękny wulkan, groźnie spogladający z góry na peruwiańską Arequipę. Przygodę przeżytą razem z Arturem Skrzyszowskim wspominam przepięknie, ale też pamiętam, że ta wulkaniczna góra wyciągneła ze mnie dużo więcej sił, niż wyższe, 6 tysięczne i zaśnieżone, boliwijskie Huayna Potosi. Tak więc obserwowałam mojego Gajona w kryzysie fizyczno – emocjonalnym, który tracił już siły, ale wciąż jeszcze walczył – mając w pamięci moje niegdysiejsze zmagania.

 

 

Wreszcie byłyśmy na górze. I gdy zobaczyłam to, co kopalnią mieć miało – wydłużyła mi się mina..

 

 

Byłam przekonana, że staniemy na progu czegoś, co znam przynajmiej z filmów i książek dla dzieci – a więc wejście do kopalni, podstemplowany korytarz, szyny na ziemi.. Nic bardziej mylnego. Zobaczyłam przed sobą niewielki otwór w skale, przypominający bardziej jaskinię. Schylona w pół, z Gajonem za rękę przekroczyłam jej próg. Nie czułam się tu dobrze. Niski tunel prowadził w głąb, stempli ani innych podpór na lekarstwo, o szynach zapomnij.

– Oni to wszystko przywożą ze sobą rano, – mówił Pika – rozłupują skałę kilofami, zresztą patrz, ona miękka jest – na dowód czego ukruszył kawałek sufitu –  potem przebierają to co urobią, bursztyn idzie do kieszeni, a to co niepotrzebne, na taczki i wiu, do doliny.

– I oni tak tu pracują??? Na kolanach??? Bez zabezpieczeń??? A to się nie zawala??? – zarzuciłam go pytaniami.

– Zawala się – odpowiedział ze spokojem Pika – oczywiście, że się zawala. Jak w każdej kopalni.

Nie podobało mi się to co usłyszałam. Bałam się ciemnego tunelu rozjaśnianego tylko światłem telefonów, ale jednocześnie ciekawość gnała mnie dalej.

– Gajku, zostaniesz tutaj? Popilnujesz mi kangureczki? – zapytałam Gajenkę przebiegle. Wchodzenie w tunel z dzieckiem było ostatnią rzeczą, na którą miałam ochotę – usiadziesz sobie i poogladasz telefonik, co?

Gaj aż podskoczył z radości, po czym usiadł w tuneliku i wyciągnął łapki po komórkę.

– Córeczko, ja wejdę troszkę, będziesz mnie widzieć cały czas. Jeśli się poczujesz niepokój, krzyknij, wtedy natychmiast przyjdę, dobrze?

Gaj kiwnął głową na znak zgody.

Zagłębiliśmy się w tunel. Był niski, wąski i duszny. Przed oczami miałam nasz Śląsk, czarnych od węgla, pracujących na dole górników i wszystkie kopalniane tragedie, o których słyszałam. Nie, zdecydowanie nie mam duszy speleologa, życie pod ziemią nie pociąga mnie nic a nic. Poszłam jeszcze kilka kroków, wiedziona ciekawością.

 

p6290077

 

– Patrz, tu musiało być dużo bursztynu – słyszę rozmarzony głos Fernando.

– Wyobraź sobie wykopać taki kilogramowy kamien, ach! Albo 3 kilogramowy.. Albo 7 kilogramowy.. – popuszczał wodze wyobraźni Pika. 

Ja miałam dość. I w tej właśnie chwili usłyszałam cienki głosik Gai.

– Chłopaki, ja wracam! – Spocona ze strachu obróciłam się na pięcie i na tyle na ile to było możliwe szybko ruszyłam w strone malucha. Miałam dosyć tych ciemności, tej duchoty i tego mojego lęku, że zaraz sufit zawali nam się na głowę.

 

p6290073

 

– Jestem córeczko – przytuliłam malucha – Już nigdzie nie idę.

– Bo ja się troszkę bałam. I chciałam Ci coś pokazać! – rzekł maluch zadowolony z obecności mamy i zaczął czegoś szukać w czeluściach komórki, po czym oznajmił z całą stanowczością – No importa! Querio comer! (Nieważne! Chcę jeść!)

Nie było na co czekać. Fernando i Pica nasycili już swą ciekawość i zgjęci w pół wyszli z kopalni, anonsując także swój głód. I mi burczało w żołądku. Bez żalu więc zaczęliśmy odwrót i jakś czas później dzieliliśmy się wrażeniami nad pełnym talerzem takos za jedyne 5 pesos sztuka. Bardzo długi dzień zbliżał się ku końcowi.

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
x

Check Also

Andy

– Słuchaj, Asia. Musze wpaść do domu po drodze. Do Mazatlan. Zmienić ...