Home / AZJA / Tajlandia / Wat Pa Tam Wua – magia białej szaty

Wat Pa Tam Wua – magia białej szaty

15 minut przerwy to mało czasu. Szczególnie jak jest tylko jedno źródło gorącej wody, jedno pudełeczko z herbatą i jednen słoiczek cukru. 50 osób, wciąż w medytacyjnym nastroju, spokojnie i cierpliwie czekało na swoją kolej, pozostałe zaś rozpierzchły się po klasztorze, załatwiać swoje sprawy.

– Idziemy, mamuś? Idziemy? – mały bąk skakał wokół mnie jak sprężynka – Chodźmy, obiecałaś przecież!..

– Jasne, że idziemy – uspokajałam Gajonka – Ale nie wiem, czy coś znajdziemy, bo chyba tak małych adeptów medytacji w klasztorze jeszcze nie było.

– A co to jest adept mamo? – tradycyjnie zapytał Gaj i nie słuchając nawet odpowiedzi, pobiegł przodem.

Tuż koło naszego dormitorium stał niewielki, drewniany budyneczek, w którym suszyły się białe ubrania. Były najróżnorodniejsze – małe, duże, koronkowe i gładkie, niektóre przypominały mi uniformy, w których kiedyś prowadziłam zajęcia, inne zaś były eleganckimi i poważnymi bluzkami, spódnicami i spodniami. Wisiały sobie w ciszy, uszyte z bawełny, jedwabiu, wiskozy, cienkie, grube, znoszone i praktycznie nowe. Zostawały one po studentach, którzy kończąc medytację oddawali swoje stroje na potrzeby klasztoru, z przeznaczeniem dla właśnie takich jak my – nowicjuszy, którzy przyjeżdżając znienacka, nie mają pojęcia o obowiązku posiadania białych szat. I do tego własnie miejsca Gaja biegła jak na skrzydłach, by zmienić swoje kolorowe ciuszki na klasztorny uniform i wizualnie stać się jedną z adeptek klasztoru.

 

 

Nie było łatwo znaleść coś w rozmiarze pchełki. Wreszcie w oko wpadła nam śliczna, nieco latynoska bluzeczka, która choc duża, leżała znakomicie, natomiast mikorspodni nie było – najmniejsze, które znalazłyśmy musiałyśmy spiąć agrawką i zawinąć w pasie dwa razy.

 

 

Popatrzyłam na zegarek. Do ofiarowania było jeszcze parę minut. Z głodu kręciło mi się w głowie, czułam się słaba i zmęczona.

– Chodź Gajenku, napijemy się herbatki – zaproponowałam. Ciepły, słodki płyn powinien wrócić mi trochę energii, a i Gajence też się przyda.

Swoją drogą ciekawy był ten nawyk, który wyniosłam ze swojej kultury, dyktowany klimatem, w którym spędziłam wiekszość swojego życa. Ciepły posiłek, ciepła herbata. Pamiętam jak w peruwiańskich comedorach (jadłodajniach) dziwili sie, jak prosiłam o podgrzanie zimnej zupy. Jak denerwowałam się, że Gaja nie je i że posiłek zaraz straci swoją temperaturę. Zauważałam z jaką ulgą witały moje trzewia kubek ciepłego napoju po obiedzie i jaką przyjemność czerpałam z picia gorącej herbaty, okraszonej cytryną i odrobiną cukru. Te moje obserwacje powtarzałam potem w każdym kolejnym tropikalnym państwie, uśmiechając się do mojego nawyku jedzenia ciepłych posiłków i picia ciepłej herbaty, tak innych od miejscowych zwyczajów, choć też bywały miesiące, kiedy z braku dostępnosci – owej herbaty nie piłam, chomikując kilka torebek w plecaku na wypadek złego samopoczucia Małej lub Dużej.

W klasztorze herbata była, ale nie w dowolnych ilościach. Gdy wróciłysmy z suszarni – nie było nawet po niej śladu, a na biało ubrane postacie siadały już na poduszkach, koncentrując się przed kolejnymi modlitwami.

Mocno rozczarowana, poszłam z Gajonkiem na koniec sali, zajmując miejsca w ostatnim rzędzie.

Nagle zachrobotał żwir.

Nadchodzili mnisi.

Jak zwykle w skupieniu okrążyli salę, przystanęli przed ołtarzem, oddali mu pokłon, wspięli sie na podwyższenie, po czym oddawszy pokłon Opatowi, usiedli twarzą do nas.

Znów popłynęła modlitwa.

– Czy teraz będzie obiadek mamo? – dobiegł mnie z boku konspiracyjny szept.

– Tak, maluchu.

– Dla wszystkich? – upewniła się Gajenka.

– No.. tak.

– To czemu oni niosą jedzenie do ołtarza?

Wyciągnęłam głowę. Faktycznie, po lewej stronie podłoga zasłana była jedzeniem. Stały tam wielkie, aluminiowe gary z nieznaną zawartością oraz tace bananów, winogron i mandarynek.

Poczułam jak ślina napływa mi do ust.

Na obiad przyszło nam jeszcze poczekać, bo każdy z tych garnków, półmisków i tac musiał zostać ofiarowany mnichom. Tak więc, po modlitwie i chwili medytacji podzieliliśmy się na trójki, a każdej z trójek przypadło jedno naczynie z pokarmem. Zgięci w pokłonie, kładliśmy owo naczynie na rozkładanej przez Opata pomarańczowej chustce, tak by broń Boże (Buddo?) nie dotknąć tego samego przedmiotu w tym samym momencie. Dopiero gdy nasze ręce odrywały się od niego, Opat odczekiwał moment i przez chustkę zabierał naczynie, wybierając sobie z niego według uznania, po czym przekazywał go mnichowi siedzącemu obok.

 

I tak wszystkie naczynia przechodziły przez rząd mnichów, po czym lądowały na stole, czekając na koniec ceremonii.

My byłyśmy w jednej z ostatnich trójek.

Opat już z daleka dostrzegł Gaję, uśmiechając się do niej szeroko. Zresztą, Opat uśmiechał się do wszystkich i z wszystkimi znajdywał wspólny język, pomimo, że jego angielski był ledwo komunikatywny. Taka osobowość, taki człowiek – z zasobami jak najbadziej adekwatnymi do pełnionej roli.

– Gaaajaaaa!.. – zawołał śpiewnie, gdy przyszła nasza kolej – Jak pięknie wyglądasz!.. Jak studentka, jak mniszka.. Jak bardzo się cieszę, że Cię tu widzę!.. Jesteś głodna?.. – zapytał z buddyjską troskliwością.

Maluch pokiwał twierdząco głową.

– Oczywiście, że jesteś głodna! – Opat sam sobie odpowiedział na pytanie – Proszę, to dla Ciebie. – mnich położył przed sobą dwa banany, mandarynkę i kiść winogron – Musisz jeść dużo witamin, by mieć siłę medytować!

Gaj popatrzył na mnie zdezorientowany.

– To dla Ciebie, Gajonku. Od Opata. Mówi, że potrzebujesz witaminek, by mieć siłę medytować – na wszelki wypadek przetłumaczyłam na polski, choc miałam w sobie pewność, że Gaj zrozumiał przekaz. Już wielokrotnie Gaja mnie zaskakiwała, gdy przysłuchując się angielskiej konwersacji, zadawała nagle pytanie zupełnie adekwatne do poruszanej kwestii. I choć pytała po polsku, widziałam, że jej rozumienie tego języka jest większe, niż z wypowiadanych przez nią angielskich fraz mogłabym wnioskować.

– Zabierz Gajonku – zachęciłam, mając w pamięci sytuację ze śniadania – Opat ma rację. Potrzebujesz witaminek.

Gaj, zawstydzony po czubek głowy, zbliżył się do podwyższenia i sięgnął po owoce.

– Thank you! – usłyszałam cichy szept – Ko pun ka! (Dziękuję!)

Uśmiechnięty mnich rozpromienił się jeszcze bardziej.

– Potrafisz mówić po tajsku! Jak pięknie!.. Jak pięknie!.. Khap! Khap! (Proszę!) – zaśpiewał – Idź jeść Gaja, nie zatrzymuję.. Na pewno chcesz już jeść..

 

ofiarowanie

 

Piękna była ta buddyjska troskliwość, która przypominała troskliwość mojej babci. Pierwszym i najważniejszym było upewnienie się, czy druga osoba nie jest głodna, a nawet jak nie była – to nakarmienie jej, tak na wszelki wypadek.

Już jako dziecko zrozumiałam, skąd u niej brało się takie zachowanie, które obserwowałam też u innych ludzi pokolenia Kolumbów. Doświadczenie niemieckiej okupacji, głodu i strachu odcisnęło na niej nieścieralne piętno, choć bogom dziękować, wojna obeszła się łaskawie z naszą rodziną. Podobnie działa też mój Tata i inne osoby, które w swym życiu doświadczyły biedy i głodu. Jak w piramidzie Malsova – jedzenie, warunek przeżycia, jest zawsze pierwsze. A porozmawiać możemy za chwilę.

Skłoniłyśmy się pięknie Opatowi i wróciłyśmy na nasze poduszki.

Parę minut później niskie „baaam” dało sygnał ludzkim mrówkom, że przyszedł czas na posiłek. Rzuciłam okiem na zegarek – była dopiero jedenasta. Biały, głodny wąż uformował się błyskawicznie, wyciągając głowę w kierunku skupionego na dwóch stołach jedzenia.

Przełykając głośno ślinę, ustawiłyśmy się na jego końcu.

Cdn.

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

7
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment threads
3 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
AdamSomos dos - migawki z podróży Małej i Dużej Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Adam
Gość
Adam

Super opowieść. Jak długo byliście w klasztorze?

Anonimowo
Gość

Ale cudownie *o* aż chce się tam pojechać <3

Gość

Cieszę się.. To miejsce szczegolne, z boku głównego szlaku, schowane w górach, a droga do niego – jak w bajkach – zółtymi chrągiewkami oznaczona jest..

Anonimowo
Gość

Juz lece wczytac sie w bloga…

Gość

Zapraszamy.. Ostatnia czesc wlasnie sie pisze, juz sa jej forpoczty na naszym youtubie. 🙂

Anonimowo
Gość

Pięknie 🙂

Gość

Bo tam bylo pieknie, Agnieszka.. Jestem pewna, ze bardzo by sie Tobie Lesny Klasztor spodobal.. <3

x

Check Also

Co zobaczyć w Pai z dzieckiem lub bez – bardzo subiektywny wybór atrakcji

Co można robić w Pai? Niewiele. Na pewno można wypocząć po intensywnych ...