nie przegap
Home / Ameryka / Meksyk / Z Real na pustynię

Z Real na pustynię

Na pustynię było jednocześnie blisko i daleko. Piechur mogł się pokusić o wędrówkę, zaopatrzając się w hektolitry wody i conieco do jedzenia, piechur z dzieckiem, plecakiem i nosidłem – już nie za bardzo.

Opcja, którą ostatecznie wybrałyśmy nazwyała się „Willy” i była samochodem terenowym ze zgrabnym napędem 4by4. Willy należał do skąpej, ale nieźle działającej sieci transportu oplatającego zimne góry, zwane kiedyś Sierra del Astillero. 

Godziny odjazdu Willich byly dość niekonkretne, więc gdy około południa stawiłyśmy się w punkcie odjazdu – samochód był już praktycznie pełny.

– Asia, luz! Pojedziecie na dachu – roześmiała się Gemma.

– Na dachu??? – z Gają takiż manewr nie wydawał mi się ani bezpieczny, ani przyjemny – jak to na dachu?

– Normalnie. Tak ludzie jeżdżą. Nie martw się – dodała szybko, widząc moje ogromniejące oczy – to jest bezpieczne. Sama zresztą wole jeździć na dachu, widoki przepiekne, widać wszystko, a auto i tak jedzie wolno. Spokojnie Asia, wsiadajcie na górę.

Na wszelki wypadek, choć Gemmie wierzyłam jak siostrze, zahaczyłam jeszcze kierowce.

– Wie Pan co, my pojedziemy na dachu, bo już nie ma miejsc, ale widzi pan, mam małą córeczkę. Jak coś się będzie działo, to ja będę walić pięścią w dach, a Pan się zatrzyma, prawda?

– Nic sie nie będzie działo. Ale jasne, od razu sie zatrzymam – dodał, widząc moje spojrzenie.

Wcale nieprzekonana do pomysłu zaczełam przygotowywać nas do zjazdu. A więc kurtki, a wiec bandamki na głowę, a więc kangurka i aparat w dostępnym jedną ręką miejscu, no i wreszcie my – tak usadzone, by było o co się trzymać. Rękami i nogami – ot, na wszelki wypadek.

 

 

Wszystko już było gotowe oprócz nas. To znaczy – byłyśmy gotowe do jazdy, ale nie byłyśmy gotowe do pożegnania. Z Gemmą spędziłyśmy 5 dni – i przez ten czas zaprzyjaźniłyśmy się jak siostry. W zasadzie wszędzie chodziłyśmy razem – nie dlatego, że tak wypadało, ale dlatego że tak chciałyśmy. I gadałyśmy o wszystkim, i milczałyśmy o wszystkim, aż tu podkradł się moment rozstania i wypełnił go ściśniętym gardłem, i smutkiem, i wdzięcznością za wspólny czas.

 

 

Zupełnie inaczej wyglada świat z perspektywy dachu terenówki. Trzęsie niemiłosiernie, ale widzi się z rozmachem. Migały nam przed oczami znajome uliczki, domki, zniknęła machająca na pożegnanie Gemma, skręciłyśmy w prawo, w miejsce, którego nie zdążyłyśmy jeszcze z Gają odwiedzić, a potem zaczęłyśmy nabierać rozpędu. Dosłownie i w przenośni.

https://www.youtube.com/watch?v=1S7F2pUSDJs

Kierowca jednak okazał się być rozsądnym i doświadczonym gościem. Auto jechało wolno, uważnie biorąc ciasne zakręty. Niestety nie wiele można poradzić było na dziury, więc co chwila podskakiwałyśmy na dachu, opadając z cichym jękiem. Wszystko jednak rekompensowały widoki. Uff, wąwóz po prawej głęboki, z wysterczającym kominem nieczynnej już wytopialni (?) srebra, za nami skały z przylepioną do nich wstążką drogi, a przed nami co rusz odsłaniające się góry, które wcale nie wydawały się być coraz niższymi, wytrwale broniąc dostępu do świętej pustyni.

Zjeżdżałam, nie mogąc uwierzyć, że do początku XX wieku to była jedyna droga dostępu do Real de Catorce. Tędy transportowano wszystkie kopalniane narzędzia, tędy wwożono jedzenie, tędy także zwożono tony srebra wykopywanego w Real. Tu też na owe transporty napadano, rabując urobki kopalnianych krezusów. Droga, którą jechaliśmy miała swoją niezwykłą historię i aż żal, że nie rozumiałam, co gadały do nas kamienie, potrącane tym razem grubą oponą willego. Od czasu do czasu – jak duch – pojawiało się tylko wspomnienie przeszłości w postaci wieśniaka, spokojnie pokonującego kilometry na grzbiecie wytrwałego osiołka.

 

droga

 

Zjeżdżałyśmy w dół z górki na pazurki. Gdzie tylko się dało, samochód przyspieszał, wywołując pisk Gai, gdzie musiał – zwalniał pokonując przeszkody.  Wreszcie po długim czasie, pomiędzy górami błysnęła pustynia..

 

droga 1

 

To, że się pokazała – wcale nie znaczyło, że była blisko. Jechaliśmy jeszcze bardzo długo, nabywając choroby wybracyjnej, wytrzeszczu oczu oraz przysłowiowych much na zębach. Było FANTASTYCZNIE! Tak więc jazda na dachu została zgrabnie dołączona do naszych ulubionych sposobów podróżowania, tuż obok jazdy „na pace” oraz jazdy wozem drabiniastym. I tak to z górnej perspektywy ogladałyśmy sobie świat, przygladałyśmy się mijanym przysiółeczkom, wyglądaliśmy płaszczyzny pustyni i piszczeliśmy do innych willy wyladowanych ludzmi i towarem.

 

willy

 

Wreszcie, wytrzęsione, szczęśliwe i nieco głodne dotarłyśmy do pierwszej miejscowości na olbrzymiej, jak żelazkiem wyprasowanej płaszczyźnie – Estacion de Catorce. 

– Tyle – odrzekł krótko szofer, oznajmiając koniec przygody. Albo w zasadzie jej początek, bo kiedy siedziałam sobie na chodniku, wygladając kolejnego medium transportu, podszedł do mnie pewien sympatycznie wyglądający mężczyzna, zachrypniętym głosem oznajmiając:

– Cześć, jestem Roberto..

 

 

I tak oto, 20 minut później siedziałyśmy na tylnym siedzeniu osobówki, której właścicielką była pewna Meksykanka, której imienia za nic w świecie nie mogłam zapamiętać. Nie mogłam także zapamiętać nazwy miejscowości, do której jechaliśmy, a że górski wiatr wywiał mi karteczkę z kieszeni, jechałyśmy własnie TAM, do miejca, gdzie bywał też i Jim Morrison, do wrót Wirikuty..

 

 

 

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
x

Check Also

Andy

– Słuchaj, Asia. Musze wpaść do domu po drodze. Do Mazatlan. Zmienić ...