Home / Ameryka / Meksyk / Dobre, proste życie

Dobre, proste życie

Indiańskie życie, szczególnie w nie-za-ciepłych górach jest bardzo szorstkie. Nie ma tam luksusów, wanien, a jedyny prysznic na głowy spada w postaci deszczów. Bywa zimno, a nawet bardzo zimno. Bywa tez ciepło, a nawet bardzo ciepło. W takich warunkach rodzą się i żyją dzieci, które wyrastaja na bardzo odpornych dorosłych. Bo i wciaż natura tu decyduje, kto narodzic sie ma, a kto nie, a jak juz pojawi sie na świecie taki mały człowiek, to hartowanie go przebiega od maleńkości – bo tak tu się żyje, twardo, szorstko, choć z miłością.

 

P1240256

 

Ośrodek zdrowia owszem jest. Jeden na całą olbrzymią okolice. W Ośrodku doktor bywa doktor, zawsze jest pielęgniarka. Miałam przyjemność go poznać, a potem już wpadałyśmy do niego co jakiś czas na pogawędki. Opowiadał interesująco, znał problemy mieszkańców na wylot. Nieco pochylony, szczupły mężczyzna o już mocno szpakowatych włosach zaczynał pracę w San Andres lat temu 30ci.

– Wiesz – opowiadał parząc herbatę – na początku to była orka na ugorze. Huichole byli totalnie nieufni. Odizolowali mnie, marakame nie chcieli współpracować, dramat. Zaczynałem od podstaw – po prostu od życia z nimi, lody topniały bardzo, bardzo wolno. Wiesz, że do dziś dużo chorób leczonych jest wciąż przez szamana – ziołami, odczynianiem, zaklinaniem, modlitwą. I dopiero jak marakame zawiedzie, to przynoszą gościa do nas? I czesto juz jest za późno na cokolwiek.. Choć dobrze, że taka instytucja jak marakame istnieje, bo ośrodków zdrowia jest mało, lekarzy jeszcze mniej, a leków – jak na lekarstwo, tylko żeby oni bardziej z nami współpracowali, byłoby jeszcze lepiej.. – zamyśla się doktor.

W milczeniu kiwam głową, probując sobie wyobrazić, z jakimi problemami styka się na codzień. Przed oczami mam moją koleżankę pediatrę, też podróżniczke i jej list, który przysłała mi dawno temu z Timoru Wschodniego..  

– Choć wiesz, i tak już nie jest tak źle – podejmuje wątek doktor –  Indianki już przychodzą z dzieciakami, szczepimy je, leczymy jak trzeba.. Najtrudniej jest z seniorami, ale to chyba wszedzie tak jest..

 

ulica

 

W San Andres od niedawna są szkoły. Nie tylko podstawówka, ale też i secundaria (średnia). Dlatego też do San Andres przybywają na stancje dzieciaki z całej okolicy. Bo Huichole kształcą swoje dzieci. Część z nich rusza z wioski na studia – do Meksyku, do Guadalajary, do innych miast w bliższej okolicy. Czesc z nich wraca potem do San Andres, przywożąc ze sobą inne spojrzenie, inną głowę, nowe kompetencje. Tak zrobiła właśnie moja Viviana – po studiach w Guadalajarze i 6 latach życia tamże, spakowała rodzinę i dwójkę dzieci i wróciła w góry. Gdy wyraziłam podziw dla trudnej decyzji i zapytałam, czy nie tęskni za starym życiem, odpowiedziała krótko:

– A co to za życie tam było, Asia? Dzieci cały czas zamknięte w domu, ja zagoniona, w koło hałas i zanieczyszczenie. A tu? Żyjemy dużo skromniej, ale dzieci cały dzień biegają, ja się nie boję, że im się coś stanie, jest spokój, cisza, ptaki śpiewają. Dobre, proste życie.

– A nie tęsknisz za swoimi koleżankami z Guadalajary?..

– Jasne, że tęsknie. Ale wiesz, mam męża, rodzinę, moje życie tutaj się toczy. Zjeżdżam czasem do nich [ok 11 godzin jeepem], posiedzimy, pogadamy, poplotkujemy. Ale nie zapraszam ich tu nigdy. Wstydzę się, wiesz? Wiem jak one żyją, widzisz, jak my żyjemy. Przecież u nas myszy zaglądają do kuchni, łazienek normalnych nie ma, dzieci czasem wszy przyniosą, widzisz jak wygląda nasz dom. One by tego nie zniosły. Ale zawsze ja mogę wpaść do nich na pokoje – uśmiecha się, puszczając do mnie oko.

Faktycznie, ludziom „miastowym”, nawykłym do wygód takie życie może nie mieścić się głowie. No bo jak tu funkcjonować bez prysznica? Bez wyprawy do galerii handlowej? Bez telefonu komókowego i natrętnego netu? Szpilek i modnych jeansów? Tak się da? Tak można?

Można. I wcale nie znaczy, że to życie jest gorsze. Jest zwyczajnie inne i nic poza tym, także pełne radości i problemów, tyle że odmiennych. Jak w życiu.

 

kapiel

 

Codziennie, popołudniem siadamy z Vivianą przy starym, plastikowym stoliku. Na szmatkach i chustkach porozsypywane kupki chaquiras. Godzinami siedzimy i pracowicie nadziewamy koralik za koralikiem. Taka medytacja, zamyślenia, niespieszne rozmowy. Często, dołączają do nas dzieciaki. Nie zmuszane, naśladują dorosłych. Gajka i Jorge, najmłodsi w domu co rusz dosiadają sie do nas, robiąc piękne, proste bransoletki, natomiast Juan, który mieszka tu na stancji, siedzi obok mnie i godzinami, razem, nadziewamy koraliki według tego samego wzoru. Po to między innymi chciałam z Huicholami pomieszkać – by nauczyć się robić te cudeńka, które widziałam sprzedawane w całym Meksyku. Pierwszą moją branzoletkę z koralików zrobiłam w kolumbijskiej selvie, potem nauczyłam sie robić kwiaty, a potem co rusz, od ulicznych artystów lub od Indian podłapywałam coś nowego.

 

 

Jednak z tych wszystkich arcydzieł najbardziej do serca trafiała mi sztuka Huicholi – ich wzornictwo, ich dobór kolorów ich artystyczna wrażliwość – tak, to było moje, korespondowało z moją duszą, osobowością, spojrzeniem na świat. Więc gdy przyjechałam i trzeciego dnia wyciągnełam woreczek pełen koralików i własnoręcznie robionych kolczyków – Vivana uśmiechnęła się do mnie szeroko. Od tego momentu zostałyśmy zaakceptowane, stałyśmy się „swoimi” – nie tylko w rodzinie Viviany, ale i wśród jej przyjaciółek i koleżanek, które co rusz zaglądały, przynosząc swoje prace i kibicując mojej nauce.

 

 

dzieci3

 

 

 

Robota szła nam pomalutku, co rusz ktoś wstawał od stołu, by zrobić kolejną herbatę lub kawę. Nadziewałam koraliki, myliłam się, prułam i z powrotem nadziewałam. Osiem godzin zajęło mi zrobienie mojej pierwszej huicholskiej branzoletki. Z kolejna nie było lepiej, choc już nie myliłam się prawie wcale. Huicholki nie robią jej wcale dużo szybciej – te najsprawniejsze są w stanie zejść do 6 godzin – tak przynajmniej mowią. Ale normalnie to jednak jest 7 godzin siedzenia w świetle dziennym. Bardzo pracochłonna sztuka, wynagradzana marnymi pieniędzmi. Więc postanowiłam zainwestować trochę grosza i odkupiłam od Vivi i jej znajomych sporo branzoletek, kolczyków i korali w godnych cenach. A sama uczyłam się kolejnych wzorów i kształtów.

 

chaquiras

 

kolczyki

Huichole to też muzyka. Swoista, wyrażająca ich duszę, grana robionymi przez siebie instrumentami. I takie to wlasnie skrzypki któregoś dnia dostały się w gajkowe łapki. I Gaj oczywiście zrobił z nich użytek.

 

Wioseczka z otaczającymi ja przysiółkami ma ok 800 mieszkańców i jak na tamtejsze góry jest uważana za metropolię. Huichole wybrali i wybierają życ na swojej ziemi. A Ziemia to piękna, schowana gdzieś w wysokich Sierra Madre Occidental, pełna drzew od złudzenia przypominających sosny, tylko ich igły takie długaśne są, że można z gałązek całkiem zacną miotłę zrobić. A jak się zamknie oczy – to pachnie jak na tatrzańskim szlaku.. 

Chadzałyśmy trochę po okolicy, same, lub z dzieciakami za przewodnika. A one wiodły nas w miejsca zapierające dech..

 

 

Wieczorami natomiast siadywałyśmy z kobietami przy ogniu i grzejąc ręce i nogi, bajcyłyśmy o tym co było, co jest, co być może będzie, albo siedziałyśmy we wspólnym, łączącym nas milczeniu, a dzieciaki przytulone wpatrywały się w ogień, do momentu poczynienia przez Jorge pewnych odkryć..

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Otóż okazało się, że gueras (kobiety o białej skórze) maja.. laptop! A na laptopie.. bajki! Od tego czasu zaczęły się wieczory filmowe, szczególnie że bajki miałyśmy oczywiście po hiszpańsku.

 

kino

 

Piękny to był czas. Wżyłyśmy się z Gajką w huicholską rodzinę, w huicholski świat – a huicholski świat wżył się w nas.  Gdy wreszcie po 3 tygodniach przyszło nam opuszczać San Andres, ryczałyśmy z Vivianą obie.  

– Przyjedz na Święto Peyote – mówiła – przyjedź na równonoc..

A ja, choć serce rozpadało mi się na kawałeczki, nie wiedziałam przecież, gdzie nas droga wieść będzie, ale wiedziałam, że wypełnił się nasz czas, że trzeba nam już jechać, że świat czeka..

Może jeszcze kiedyś tu wrócimy, może, bo bardzo bym chciała pobyć jeszcze w tym doświadczaniu życia z tą piękna, huicholską rodziną, w huicholskim świecie, tak innym od naszego. Póki co zabieramy go w sercu – i niech w nas trwa..

 

 

 

***

 

Ps. Fajnie sobie pokrzyczeć, kiedy ma się na to ochote, nie? 😉

 

 

 

 

 

 

 

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

13
Dodaj komentarz

avatar
10 Comment threads
3 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Bestia PeludaSomos dos - migawki z podróży Małej i DużejKarolina PlewińskaDiana DybaJustyna Pindel Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Gość
Gość

Asia, tęskno jakoś.

Gość

Właśnie to odczuwam – szarpanie i zamknięcie w klatce, brak kontaktu z bliskimi

Gość

przypomniala mi sie Biadaczka z lat 80-tych …..

Gość

piękna opowieść, wzruszająca i pełna emocji, dziękuję i pozdrawiam życząc Wam kolejnych takich spotkań i sobie kolejnych opowieści z Waszej podróży 🙂

Gość

Piękne to zwykłe życie choć wymagające, ale Wy kochane dziewczyny jak zwykle świetnie sobie radzicie w każdych warunkach. Całusy :-* :-*

Gość

Czytalam I wyobraznia przenioslam sie do tygo prostego spokojnego zycia.Jak wiele tracimy zyjac we wspolczesnym swiecie.W tym ciaglym pedzie.Asiu sciskam Was mocno dziewczyny❤I czekam na nastepne relacji z Waszej podrozy

Gość

Najprawdziwsze !

Gość

chciałabym tak

Gość

Mozesz tak.

Gość

„Dobre, proste życie..” <3 czego więcej trzeba <3 Trzeba odwagi! 🙂 Życie jest bardzo proste, a sami sobie je komplikujemy. Pozdrawiam ciepło życząc wszystkim odwagi do życia po swojemu <3

x

Check Also

Andy

– Słuchaj, Asia. Musze wpaść do domu po drodze. Do Mazatlan. Zmienić ...