Home / Ameryka / Panama / Ustupu

Ustupu

 

 

Kontynuacja tekstu: http://somosdos.pl/2015/11/nie-sprzedawajmy-swych-marzen/

PB170859edited

 

Ustupu. Plac obok molo. Siedzimy z Gajką wymęczone przeprawą, z wolna ogarniając rzeczywistość. Tuz obok mnie, niespodziewanie przysiada Indianka. Gaj natychmiast przestaje się marszczyć , małe oczka łypią  z ciekawością. Po pierwsze Kuna jest ubrana po tutejszemu. Długie sznury cekinów ozdabiają smagłą przestrzeń podudzia, przykuwając nasza uwagę, podobnie jak te, które ozdabiają przedramiona. Do tego czerwono – złota chusta na głowie, czarna spódnica w zielone wzorki i bluzka z bufiastymi rękawami. I obowiązkowo  naszyte  mola(tradycyjny haft, z którego słynie San Blas). Tuż obok siedzi mała indiańska dziewczynka. Gaj od razu zeskakuje z kolan. Trochę onieśmielony, ale uśmiechnięty mały człowiek od razu postanowia się zaprzyjaźnić:

-Hola, como te llamas? – zagaduje płynną hiszpańszczyzną, na co dziecko chowa się za mamę. Gaj spogląda to na mnie, to na dziewczynke,  komentując zdziwiony  – No dice nada!..  Tal vez timida.. –Dziecko chowa się jeszcze głębiej za rodzicielkę.

Tymczasem pojawia się doktor, wyciągając do mnie rękę w międzynarodowym geście.

– Kasę chce? Co jest grane? – głupieję. Przecież Daniela zapłaciła. Widziałam na własne oczy.

Nie, doktor nie chce kasy. Chce obiecane kolczyki. A więc prezent płynnie wędruje do jego kieszeni , w zamian za co doktor wynajduj jeszcze jakiegoś chłopaka, który zarzuca nosidło na plecy, tym samym oszczędzając nieco mój kręgosłup.  Podnoszę więc duży plecor i z Gajką za łapkę wędrujemy w w kierunku jedynego tutaj hospedaje „Donde Lucy”.  Daniela już pewnie jest na miejscu.

 

PB160802edited

 

Wioseczka pełna jest bambusowych, stareńkich chatek. By dostać się do Lucy, musimy przeciskać się metrowymi ścieżynkami pomiędzy płotami z bambusa, czasem kuląc się w pas, bo stare obsuwające się dachy chat zwężają ścieżkę do malutkiego, błotnistego korytarzyka. Dobrze że Gaj idzie samodzielnie, bo  zgięta w poł pod palmowym dachem, dociążona dodatkowo moim plecakiem ślizgam się szpetnie i walę jak długa w błoto.

-Ten quidado, mama! – rozlega się dźwięczny głosik i nagle, przed oczami widzę małą, wyciągniętą w moim kierunku, dziecięcą rączkę. Klnąc szpetnie w myślach uśmiecham się do dziecia, z którego pomocy i tak skorzystać nie mogę. Leżę przygnieciona plecakiem na srodku błotnistej ścieżki.  Podnoszę się nieco na łokciu, potem łapię kawałek bambusowego płotka podciągnęłam się nieco, po czym znajdując chwyt dla drugiej, równie błotnistej ręki, wydźwiguję się z kałuży. W kolanie pulsuje ból w środku – wściekłość. Ciężar, zmęczenie i niewyspanie robi złą robotę. Dobrze ze już blisko. I ze wyszło słonce – ostatecznie przy odrobinie szczęścia będę się mogła z tego błota wymyć, a rzeczy wysuszyć, o ile zaraz słońce nie schowa się za chmury.

Lucy Lombardo. Znałam to nazwisko. Przed samym odłączeniem się od sieci, na resztkach internetu, jeszcze w Capurgana Chopin zdążył mi napisać: „Jeśli będziesz na Ustupu, pozdrów ode mnie rodzinę Lombardo.” I bach. Jesteśmy. I pozdrawiamy. Jednak Lucy nie pamięta. Chopin z Kingą byli tu 10 lat temu. Dużo ludzi się tu przewinęło, zbyt dużo by pamiętać tą sympatyczną parę z Polski, inspirację dla wielu obecnych podróżników..

PB150731edited

 

Hostelik jest skromniutki, ma tylko dwa pokoje, a wszystko zbudowane jest  z bambusa i palmowych liści. W środku jedno łóżko, za to dwa materace. Nawet nie  śmierdzą bardzo. Ściągam jeden – na podłodze mości sobie posłanie Daniela. Ja przygotowuję nam posłanie na łóżku. Rozkładam moskitierę, by nie robić tego po ćmoku. Nie wiemy przecież jeszcze, jak tu jest ze światłem. Być może odetną go wieczorem tak jak w kolumbijskich, przygranicznych wioskach? Lepiej być przygotowanym. Rozkładam  jeszcze przemoczone rzeczy i wraz z Danielą ruszamy oglądać wioskę.

PB140545edited

Ustupu przypomina labirynt. Korytarzyki wąskie i mniej wąskie biegną wzdłuż i wszerz wyspy, co jakiś czas tylko wylewając się na większą przestrzeń. Mijamy wiec kościelny plac, potem główny plac wioski, dalej wąskimi uliczkami trafiamy na boisko, a potem pod szkołę. Wędrujemy bez celu, a z każdym krokiem przybywa obok ciekawskich, kolorowych dzieciaków. Starają się dotknąć Gajki nawiązać z nią kontakt. Gdy na chwilę stawiam malucha na ziemię, prawie ją tratują. No więc Gaj wraca na moje ręce, ale bynajmniej nie przerażony – w zasadzie zaciekawiony, patrzący na ten tłum adorujących ją dzieci ze zdumieniem i radością. Ja jestem mniej radosna. Dzieci są różne, duzi chłopcy korzystają ze swojej masy i wzrostu, przepychając dziewczynki i malutkie dzieci. Co rusz ktoś upada i wybucha płaczem. Nie, trzeba to uporządkować. Zatrzymuję się i stanowczo tłumaczę. Ze tak nie wolno. Ze są dziewczynki i maluszki. Nie skutkuje. Wyganiam wiec agresorów z grupy. Musze mieć na prawdę groźna minę, bo chłopaki odchodzą bez gadania. Niespodziewanie popiera mnie obserwująca zajście Indianka, jej słowa gonią odchodzących wyrostków. Potem patrzy na mnie. Nie rozumiem jej języka, ale słowa nie są potrzebne. Rozumiemy się bez nich.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wracamy na „naszą” część wyspy . Tam, tuz przy porcie dwie jedyne knajpki, wioskowy filtr wody (wodę można kupić za grosze), świetlica i posterunek wojska. Kiszki grają marsza – wchodzimy do jednej z nich. Obiad 4 dolce. Ugh. Dwa razy drożej niż w Ekwadorze gdzie tez dolary. I to tylko za drugie, zupa i refresco uwzględnione nie jest. Jest drogo, a jeść trzeba. Wysłupłuję wiec 4 dolce i po chwili ląduje przed nami obiad. Patrzę miło zdziwiona. Kawał kurczaka, dużo ryżu, łyżka sałatki, smażony banan i frytki. Da się życ. Sama – głodna jak wilk – najadłabym się tym spokojnie, ale podróżowałam z jeszcze jednym wilczkiem, więc tym razem wstaję od stołu z wielkim niedosytem. Na szczęście w hosteliku czeka na mnie 10 chlebów i kupiona jeszcze w Capurgana marmolada. Oprócz mleka w proszku, kakao, makaronów i tuńczyków. Chwalę wiec siebie za zapobiegliwość, ciesząc się z góry na pyszną kolacje, po czym wraz z Danielą postanowiamy szukać stopa na kolejną wyspę. W końcu trudno przewidzieć, ile nam to zajmie.

PB150752edited

Miało zająć dużej niż myślałam. Łódek nie było. Te co przypływały i początkowo chciały nas zabrać, ostatecznie nie zabierały. Nie byłyśmy poza tym przygotowane. Już wiedziałam ze musimy się spakować i gotowe do drogi czatować na pomoście. Co prawda od czasu do czasu podpływały prywatne czółna, ale były one z okolicznych wiosek, z malutkich miejsc, gdzie większe statki nie zaglądały. Nie było więc sensu ryzykować utknięcia tamże, skoro tu sprawa nie wyglądała różowo.. Patrzyłam też powątpiewająco na rozmiary owych pang (łódek), mając w głowie rozmiar naszych bagażów. Pomału stawało się jasne, ze nie popłyniemy dalej razem. No wiec dobrze, ja byłam gotowa do rozdzielenia się. Daniela – mniej.

PB160819edited

Kolejnego dnia, około południa pożegnałyśmy Lucy Lombardi i w pełnym rynsztunku udałyśmy się na pomost. Zaczęło się oczekiwanie. Ja ścibiłam w notatniczku, Daniela nudziła się jak mops,  z tego wszystkiego najlepiej było Gajce.  Akurat skończyła się szkoła i stado dzieciaków wyległo na wioskowy plac. Gajowi w to graj. Zaprzyjaźnia się z ekipą błyskawicznie i na kolejne dni stała się niepodzielną atrakcją i królową Ustupu. Zyskała starsze o kilka lat koleżanki, które z pełną, dziecięcą odpowiedzialnością zajmowały się moim dzieciem. Nic dziwnego, w rodzinach wielodzietnych obowiązek opieki nad młodszymi spada na starsze rodzeństwo i jest to stan jak najbardziej naturalny. Pamiętam doskonale opowieści mojej Babci, która jako najstarsza opiekowała się maluchami, karmiąc ich i bawiąc, a miała zaledwie 8 lat. Obserwuję wiec tą wzajemną radość dziecięcą  i serducho mi rośnie. I myślę sobie, ze z dwojga złego los zesłał mi idealne miejsce do ćwiczenia łódkostopowej cierpliwości  – miejsce, gdzie mojej córce czas upłynie szybko i radośnie..

PB140613editededited

PB140655edited

 

PB140650editededited

Nagle zauważam dingy. Zaraz potem katamaran. Parę sekund później 4 wysokie sylwetki giną nam za którąś z chat. Krzyczę do Danieli, łapię Gaja na ręce i biegnę za nimi. Łódkostop. Katamaran. Niech nas zabiorą stad. Gdziekolwiek, byle stad. Byle dalej.

Amerykanie są dla nas mili, jednak pełni rezerwy. Opowiadają o swoim czteroletnim rejsie do Turcji, z którego właśnie wracają. Nie wszyscy oczywiście, bo załoga szeregowa zmienia się co jakiś czas, ale jest reprezentantka tej podróży – panie kapitanowa. Kapitan jak na nieszczęście został na łódce.

Wyłuszczamy swoją prośbe. Amerykanie patrzą po sobie zdziwieni. Łódkostop? To tak można?

-Słuchajcie, kawałek, 2-3 godziny stad jest kolejna wyspa – moglibyście nas tam wysadzić. Nie, nie możemy płynąc motorówką, to kosztuje horrendalne pieniądze, nie stać nas – tłumaczę po raz kolejny, bo wciąż mam wrażenie, że mimo naszego angielskiego nas nie rozumieją. Nie pojmują także konceptu łódkostopu. Wreszcie zaskakują.

-No dobra, jak się Kuna zgodzą, to Was weźmiemy. No i jak się kapitan zgodzi.

Kapitana rozumiem. Ale co do tego maja Indianie Kuna? Patrzę na Daniele, w jej oczach widzę takie same zdumienie, jakie mam w swoich.

-Idziemy do kapitanatu zapłacić za cumowanie – mówi duży blond koleś – Chcemy poprosić też o zgodę na żaglowanie po ich terytorium.

Przedziwnie.. No miło, ze chcą uiścić opłatę, dlaczego tylko na bogów, idą na drugi koniec wyspy?..

-Tam jest kapitanat. Widziałem. Przy lotnisku – kwituje krótko jeden z nich, nasze nieśmiałe sugestie, że kapitanat raczej jest przy porcie, a nie na końcu świata. Amerykanie są jednak nieugięci, maja swoją wizję i nie widzą nic poza nią. Jeno nie mówią nic po hiszpańsku. Daniela ofiaruje się tłumaczyć,  a ja podążam za nimi ,wciąż z nadzieją, że nas wezmą. Poza tym bardzo jestem ciekawa, jak rozwinie się sytuacja.

Ostatecznie Amerykanie lądują w czymś na kształt starostwa. Urzędnicy gną się w pokłonach. Zaczynają się przemowy, o tym jak cudownie mieć ich na swojej ziemi. Patrzę podejrzliwie na ten cyrk, nie wiedząc gdzie nas zaprowadzi. Wreszcie przechodzimy do konkretów.

-Gdzie stoi jacht? – pyta urzędnik

Amerykanie wskazują palcem. Mała sylwetka katamaranu wyraźnie widoczna jest przez okna. Kuna szwargotają coś do siebie w swoim języku, po czym jeden z nich z namaszczeniem informuje, iż należy uiścić opłatę w wysokości 6 USD za jacht i 5 USD od twarzy. Amerykanie z wyrazem ulgi i radości błyskawicznie wyciągają portfele. Ja tężeję.  Patrzę na Daniele, Daniela na mnie. O nie, chłopcy i dziewczyny, nic wam  uiszczać nie będziemy. Płacimy Lucy, kupujemy w Waszych sklepach, to wystarczy. Poza tym, to my już chcemy stąd się wynieść.

– … ale ze względu na przyjaźń, którą żywimy dla Ameryki, decydujemy się zrezygnować z pobrania opłaty osobistej. Bienvenidos na Ustupu! – konczy swą przemowę urzędnik

Amerykanie mają już pieniążki w rece .

-Ależ nie, nie trzeba, my z radością zapłacimy, proszę, przyjmijcie je, to tylko pięć dolarów!.. – prawie wciskają urzędnikowi banknoty. Ten krygując się odmawia. Cos mi tu nie gra.

5 dolarow. Mniej więcej połowa naszego budżetu. Ale pieniądze są rzeczą względną, zdaję sobie sprawę, że dla nich to tyle, co splunięcie.  Nieco rozbawiona, nieco zdegustowana obserwuję dalszy rozwój wydarzeń. Nadal cos mi w tym wszystkim nie pasuje, ale nie wiem co. Urzędnik idzie w zaparte, pieniądze wracają do portfeli, zostaje pobrana tylko opłata za łódkę. Amerykanie dostają kwit i zapewnienie, ze mogą sobie pływać po całym San Blas ile wlezie. No pobyć sobie na Ustupu tak długo jak pragną.  Wymieniamy uprzejmości i wychodzimy. Ja – nie lubiąc takich przedstawień – z ulgą.

Cyrk zaczyna się później. Na pomoście, przy którym siedzimy stoi przycumowana amerykańska digny. Przychodzą Amerykanie, wsiadając po kolei. Nagle dostrzega ich kobieta, która przybiega z plikiem papierów w teczce i pieczątkami na szyi.

-Opłata portowa, porfavor! – żąda stanowczo. No tak – Amerykanin w języku wielu ludów znaczy Pełny Portfel. Zdaje się, że w polskim także.

Amerykanie, gnąc się w pokłonach tłumaczą, ze opłatę właśnie uiścili.

-Taaak?-  Brwi kobiety podjeżdzają do czoła – Doprawdy?..  Kiedy?.. Mogę w takim razie zobaczyć pokwitowanie?..

Amerykanie z dumą prezentują papierek.

-Nieeee…  – kręci głową kobieta, studiując podany świstek –  Nie, to nie jest ważne. Ta opłata obowiązuje po drugiej stronie wyspy, w Okosuku. Tu mamy port Ustupu. 10 USD por favor – żąda stanowczo kobieta

Amerykanie głupieją, a mi nagle rozjaśnia się w głowie.

-Ale myśmy już zapłacili – mówią Amerykanie –  proszę, tu pokwitowanie.

-Nie, nie, stanowczo nie. Państwo zapłacili opłatę, która obowiązuje na terenie innej wioski, w Okosuku. Tu jest Ustupu. U-S-T-U-P-U !

No tak, nie tylko ona myśli, ze głośność mówienia przekłada się bezpośrednio na jakość rozumienia komunikatu. Nic bardziej mylnego. Jakość rozumienia Amerykanów nie poprawiła się ani na jotę, natomiast ja postanowiłam się wtrącić. Mając już jasność sytuacji, zrelacjonowałam kobiecie przebieg ostatnich wydarzeń.

-Co za skurw.. – Kuna nie przebiera w słowach –kolejny raz to samo! Co ja mam teraz zrobić??? –krzyczy zdenerwowana w kierunku obserwujących scenę mężczyzn. No tak, sprawa jasna. Najwyraźniej powyższa akcja powtarza się tu co jakiś czas. Urzędnicy z Okosuku doskonale wiedzą, że biorą kasę bezprawnie. Dlatego, by nie przegiąć,  nie chcieli przyjąć opłaty za głowę, którą i tak prawdopodobnie wyssali  z palca. Stad ten cały cyrk. I stad coś mi w tym teatrze nie grało.

Dla odmiany tłumaczę sytuację Amerykanom. Są zszokowani. Ponownie sięgają po portfele, ale wyraz twarzy jasno pokazuje, z jak trudnymi uczuciami każdy z nich się zmaga. Zaufali. Byli uczciwi. Tego samego oczekiwali od innych. Chcieli pomoc temu ubogiemu communidad, zostawić pieniądze i miłe wspomnie. W zamian za to zostali oszukani. Z uśmiechem na ustach i spojrzeniem prosto w oczy. Przykre. Bardzo przykre. Podkopuje wiarę w ludzi, burzy zaufanie do świata. Kusi mnie, by dodać „ przecież mówiłam, ostrzegałam, sugerowałam”, ale odpuszczam. I tak to nic nie zmieni. Każdy z nas ma swoje lekcje do przerobienia.

W naszej sprawie Amerykanie obiecują pogadać z kapitanem, ale jakoś widzę, ze nie wyobrażają sobie tego co ja – czyli 3 dodatkowych osób przez trzy godziny. Bo to wbrew prawu. Wbrew przepisom. Wbrew ich wygodzie, dodaję od siebie, bo katamaran należy do tych większych. I dość luksusowych. Trudno. Lekcja dla mnie. O oczekiwaniach i oczekiwaniu. Przerabiam ją w sobie, czując gorycz rozczarowania. Trudno. Nie popłyniemy katamaranem. Zabierzemy swoje bagaże i na noc znów wrócimy do rodziny Lombardi, tej samej, która gościła kiedyś Kingę i Szopena.

PB140607editededited

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Dzieci w Laosie - Somos Dos Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] Was serdecznie na krótką migawkę z kolumbijskiej selwy, czy z panamskiej wyspy Ustupu, dokąd dołódkostopowałyśmy trzy lata temu. Tam też conieco o dzieciach będzie, podobnie jak […]

x

Check Also

Tylko jak tu pisać bloga?..

  Z tym założeniem bloga wcale nie było łatwo. Gdy planowałam swą ...