Home / AZJA / Tajlandia / Wat Pa Tam Wua – w Leśnym Klasztorze, o świcie

Wat Pa Tam Wua – w Leśnym Klasztorze, o świcie

ciąg dalszy – poprzedni wpis znajdziesz tu

Budzik budzi mnie o 5.30. W klasztornym rozkładzie zajęć to czas na medytację własną. Dopiero 6.30 mamy zebrać się wszyscy na ofiarowaniu jedzenia. Zaspana otwieram oczy. Dormitorium śpi w najlepsze. Zwlekam się więc z maty, wyciągam komputer i nikłym świetle czołówki robię zapiski.

Tuż po szóstej budzą się kobiety. Wszystkie są starsze ode mnie, wszystkie są Tajkami. Myją się pod lodowatą wodą, bo właśnie padły obie termy, po czym odziewają się na biało i wychodzą. Ja lecę w ostatniej chwili, zostawiając Gaję śpiącą w najlepsze. Wczoraj uprzedzałam ją, że gdy się obudzi to mamy nie będzie i opowiedziałam, gdzie mnie znaleść. Nawet zrobiłyśmy małe ćwiczenie – Gaja udając, że śpi liczyła do dziesięciu, a potem budziła sie i znajdowała mnie na głównej sali. I choć Mała wciąż nie czuła się komfortowo z perspektywą mojej porannej nieobecności, uznałam, że to dobry moment, by taką opcję przećwiczyć. No więc cmoknęłam moje śpiące dziecko na „do widzenia” i wciąż nieco zaspana, pomaszerowałam na ofiarowanie.

Przyszłam jako ostatnia. Wszyscy siedzieli już pod ścianami w kilku rzędach. Przed każdym stała miska z ryżem.

– Uj – myślę sobie – Źle. Skąd wziąść ryż?

Nagle moją uwagę zwrócił olbrzymi gar, stojący na jednym z dalszych stołów. Przesmyknęłam się więc dyskretnie do wielkiego gara, nakładając porcję na talerz, po czym wcisnęłam się pomiędzy znajome Tajki. Nagle usłyszeliśmy chrzęst kamieni. Nachodzili mnisi.

Jeden po drugim wynurzali się z ciemności, prowadzeni przez Opata. Szli gęsiego, zakutani w pomarańcz szat, przyciskając do boku miski na jarmużę. Ze schylonymi głowami, pokurczeni zimnem zajęli należne im przed ołtarzem podwyższenie i usiedli. Zapadła cisza. Wolno wstawał świt.

Ciszę przerwał ciepły głos Opata. Przysłuchiwałam się kojącej intonacji recytowanej przez niego modlitwy, którą ogarniał klasztor, siebie, cały świat. A potem mnisi wstali i zeszli w podwyższenia. Z wciąż pochyloną głową, przesuwali się wzdłuż rzędów na biało ubranych postaci, które klęcząc, uważnie wkładały po łyżce ryżu do ich jałmużnych misek.

 

waz

 

Talerz ciepłego ryżu miło grzał dłonie. Patrzyłam z ciekwością jak pomarańczowy wąż mnichów wolno zbliżał się do mnie. W końcu ja uklękłam – choć z niechęcią, bo taki przejaw oddawania czci ludziom jest mi obcy, nabierając łyżke ryżu i z uwagą lokując ją w misce pierwszego mnicha. Podniosłam wzrok. Opat patrzył w ziemię, podobnie jak drugi, trzeci i czwarty mnich. Dopiero wkładajac ryż do miski piątego mnicha zobaczyłam jego śmiejące się spomiędzy pajęczyny zmarszczek oczy. 

 

 

Wielu rzeczy nie wolno było robić w klasztorze. Wynikało to z buddyjskiej tradycji, z klasztornych reguł i ze zwykłego szacunku. Między innymi nie wolno było dotknąć mnicha, ani żadnej należącej do niego rzeczy. Stad ta uważność, by przypadkiem nie puknąć w miskę łyżką, nie dotknąć jego szaty i także, nie spotkać się wzrokiem. Ale o tym ostatnim jeszcze wówczas nie wiedziałam.

Mnisi okrążyli salę, a potem tak cicho jak przyszli – się oddalili, a my nieco skostniali z zimna, zaczęliśmy wolno wstawać, rozprostowując zdrętwiałe kości. 

Budził sie dzień. Zasmarkany deszczem, schowany pod szarą kołdrą chmur raczej przygniatał, niż rozweselał. Rozproszone światło drażniło niewyspane oczy, brzuch dopominał się o codzienną daninę.  Długi wąż, tym razem białych postaci, ustawiał się przed olbrzymim garem. Poszukałam wzrokiem jego końca. Jest. Nagle usłyszałam:

– Mamo! MAMO!!!

Mały człowiek, rozczochrany jak nieboskie stworzenie, ale za to kompletnie ubrany skakał koło mnie jak sprężynka.

– MAMO!!! MAMO!!! WSTALAM!!!

– O rany, córeczko! – cieszę się. Mglisty nastrój pryska i już nawet tabun szaroburych chmur przestaje mi przeszkadzać. – I widzę, że się sama ubrałaś!

– I CIĘ ZNALAZŁAM!!! OD RAZU CIE ZNALAZLAM!!! Wiedziałam gdzie jesteś!!!

Jestem dumna z brzdąca. Jaki to musiałbyć stres i niepewność dla niej, to – pomimo uprzedzenia i przećwiczenia planu działania – mogę tylko przypuszczać. Ale jaka była satysfakcja z wykonania misji – mogłam właśnie obserwować. Mała nie przestawała skakać.

– I ZDĄŻYŁAM NA ŚNIADANKO!!!

 

 

No właśnie. Wyciągnełam głowę. Wąż podzielił się na małe węże, które z wolna przesuwał się do przodu. Wreszcie odsłoniła się zawartość garnków. 

W jednym ryż.

A w drugim?

W drugim jakaś warzywna breja.

Popatrzyłam z niepokojem na Gaję. Miała niepewny wraz twarzy, rzuciła okiem co ja na to.

– Nałóż sobie warzywek, Gajka – zachęciłam – To jest dobre. I niepikantne. No, Gajka – oprócz tego jedzonka będzie jeszcze obiadek i koniec.

– I koniec? – zdziwiła się moja córka.

– Tak. – chwilowo nie wiedziałam jak rozegrać wieczór. Miałam w plecaku zupki chińskie i kilka owoców, musiałam więc zbadać dostępność sklepu we wiosce, albo zwyczajnie odłożyć warzywną breję na później. – Kolejny posiłek to będzie obiad, a potem jeszcze dostaniesz kolacje. Nic poza tym. A, i weź sobie owocka z drugiego stolika.

– Acha – westchnęło moje dziecko, posłusznie nakładając sobie porcję ryżu z warzywami – Rozumiem.

 

 

 

Sytuacja nie była dla nas nowa. Życie w podróży bardzo szybko wyleczyło Gaję z kapryszenia i niejedzenia. Owszem, mogła nie jeść – zostawiałam jej w tym wybór. Ale konsekwencja była taka, że następny posiłek pojawiał się dopiero za kilka godzin. Nie było podjadania pomiędzy, podchrupywania, wówczas także nie podsuwałam owoców na przekąskę. Zasada była jasna – najważniejsze jest jedzenie podstawowe czyli śniadanie, obiad i kolacja, a bez tego nie ma jedzeniowych przyjemności. A skoro posiłek w mej ocenie jest zdrowy, ciepły i pożywny – nie ma powodu by go nie jeść. I tak właśnie podróż nie dopuściła do rozwinięcia się w maluchu odruchu kapryszenia, jednocześnie rozbudzając ciekawość nowego, bo nie raz okazywało się, że potrawa wizualnie nienajpiekniejsza, w ustach okazywała się być boska.

Podobnie było w tym przypadku. Co prawda wyraz „boska” nie był najlepszym, określającym smak przymiotnikiem, ale z pewnością nie skłamię, jeśli powiem, że breja była zwyczajnie dobra. Z ryżem, owockiem i ciepłą, słodką herbatą stanowiła całkiem dobrą bazę pod nadchodzący dzień. Tyle, że owocka nie udało nam się upolować. Zanim doszłyśmy do adekwatnego stołu – wszystkie znikneły.  

Usiadłyśmy sobie z Eleną i jej mężem, starszymi, spokojnymi ludzmi. Przy nich nie czułam ani przymusu rozmowy, ani ciężaru milczenia. Czułam wewnętrznie, że nie mam siły na kolejne opowiadanie skąd jestem, po co tu przyjechałam i dlaczego z dzieckiem. I tylko idąc po dolewkę herbaty ze zdumieniem zauważyłam kilku rosłych facetów z kilkoma bananami koło talerza. 

– No tak, to już wiem, dlaczego dla nas brakło – wkurzyłam się w duchu. Ale zaraz, zgodnie z naukami buddyzmu zauważyłam owo wkurzenie, przyjrzałam mu się i zdecydowałam, że sytuację zignoruję. W końcu miałam jeszcze kilka owoców w plecaku. Dla Gai wystarczy.

 

Ciąg dalszy znajdziesz TU.

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

6
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
3 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Somos dos - migawki z podróży Małej i DużejKarolina HebdaRenata Głuśniewska Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anonimowo
Gość

‚Przy nich nie czułam ani przymusu rozmowy, ani ciężaru milczenia’ – bezcenne. A z Gajeczki jest cudna spryciula. Mądre z Was dziewczyny, Joasiu :). I z ostatniej beczki – powiedzmy to sobie szczerze: z tymi bananami to panowie naprawdę przegięli :). Buziaki dla Podróżniczek!

Gość

Naprawde mnie ci kolesie zaognili. Choc moze to znow sprawa kulturowa – nie wszedzie troska o kobiety i dzieci jest wsrod mezczyzn promowana 😉 Sciskamy mocno! <3

Gość

Mądra mama mądra córcia ❤❤❤❤

Gość

To drugie na pewno ;P

Gość

No i ta satysfakcja , że się udało ZNALESC mamaę bezcenna 🙂 Dzieci codziennie nas zaskakują, a nam się wydaje , że to ciągle dzidziusie 🙂

Gość

Obserwujac Gaje codziennie otwieram oczy ze zdumienia. To co wczoraj bylo niemozliwe dzis zaczyna wychodzic. Tempo z jakim rozwijaja sie dzieci jest niezwykle!..

x

Check Also

Co zobaczyć w Pai z dzieckiem lub bez – bardzo subiektywny wybór atrakcji

Co można robić w Pai? Niewiele. Na pewno można wypocząć po intensywnych ...