nie przegap
Home / AZJA / Tajlandia / Wat Pa Tam Wua czyli jak trafiłyśmy do Klasztoru

Wat Pa Tam Wua czyli jak trafiłyśmy do Klasztoru

O nauce medytacji w buddyjskim klasztorze myślałam odkąd trafiłam do Azji. Co prawda do religii wszelakich podchodzę z dystansem,  więc tutejsze wyznanie nie był wyjątkiem, tym bardziej, że jakiś czas temu Tajlandia przywitała mnie posągami Buddy dorównującymi Chrystusowi ze Świebodzina, wysterczającymi tu i ówdzie ze szczytów gór, lub mas zieleni.

Do Klasztoru trafilysmy przypadkiem. Collectivo, które nas wiozło do Mae Hong Son skręciło nagle w oznaczoną żółtymi chorągwiamy dróżke, po czym zatrzymało się pomiędzy starannie wystrzyżonymi i zamiecionymi trawnikami.

Z naszego autka wysiadł mnich i dziewczyna z Argentyny.

– Będę tu medytować – rzuciła na odchodnym, widząc moje zdumione spojrzenie – to Leśny Klasztor.

Miejsce było przecudne. Połozone na płaskowyzu pomiędzy dwoma, wyrastającymi z doliny górami miało w sobie zieleń, spokój i słońce. Gdzieniegdzie widziałam ubrane na biało postacie, które siedziały lub spacerowały jak w transie wytyczonymi ścieżkami. Dzień chylił się już ku końcowi, miejsce zalane był miękkim światłem zachodu, wydobywającego intensywność kolorów.

– Klasztor – pomyslałam – Pieknie byłoby pobyć tu parę dni. Ale co ja zrobie z Gają? Przecież moja dziewczynka nie wytrzyma z mamą, która non stop medytuje. Umrze ten mój Gajonek tutaj z nudy i z samotności.

Odpuściłam więc. W podróży z dzieckiem wiele rzeczy jest dla mnie niedostępnych – bo jestem z nią sama. Mam ograniczoną możliwość podreperowania finansów, bo przecież nie pojdę pracować na pół dnia, no bo kto zostanie z Gainkiem. Nie dam rady pisać tyle ile bym chciała, bo słysze – Mamuś, pobaw się ze mną. Nie wyskoczę spontanicznie na długi trekking, bo Gajka nie wytrzyma trasy. Jadąc z Małą muszę planować, balansując pomiędzy moimi i jej potrzebami, z akcentem na nią – bo przecież to jej ma być fajnie, ciekawie i bezpiecznie. I choć miesięczne medytacje, te restrykcyjne,  w milczeniu i w oderwaniu od świata pociągały mnie badzo, wiedziałam, że są poza moim zasięgiem.

A tu droga sama zabrała mnie do klasztoru, pokazując na mgnienie oka tamtejsze życie. I – ponieważ wołało mnie to miejsce, w drodze powrotnej postanowiłam o nie zahaczyć. Nie miałam wielkich oczekiwań, chciałam po prostu je zobaczyc i pobyć kilka godzin. Nawet znalazłam stronę Klasztoru, poczytałam o nim, napisałam list (stronę Klasztoru znajdziesz TU), ale odpowiedz nie przychodziła, więc bez żadnego przygotowania, z żelaznym zapasem trzech zupek chińskich w plecaku, za to uzbrojona w odwagę i determinację wyskoczyłam z naszego złapanego w Mae Hong Son stopa (TU możesz zobaczyć, jak podróżowałyśmy) i z Gajonem za łapke podreptałam dróżką oznaczoną żołtymi chorągiewkami.

 

do klasztoru

 

 

– Wy na medytację? – zahaczył mnie na biało ubrany mężczyzna, tuż za klasztorną bramą.

– Eeee..  – zająknęłam sie – Właściwie tak! Tylko my bez zapowiedzi.. – dodałam ciszej.

– To chodzcie za mną. – mężczyzna zakręcił się na pięcie i ruszył przed siebie energicznym krokiem – trzeba Was zarejstrować.

Rozglądałam się wokół siebie. Wszędzie spacerowali na biało odziani ludzie, uśmiechając sie do nas. Odwzajemniałam uśmiechy niepewnie, czując dziwaczność sytuacji. Obładowana plecakami laska z dzieckiem maszeruje do klasztoru. Podobne chyba wrażenie miała Tajka, która na nasz widok wstała od zastawionego skoroszytami stołu.

– Wy na medytację? – zapytała patrząc ze zdziwieniem na Gaję

– No.. tak.. Pisałam do Was wcześcniej, ale nie dostałam odpowiedzi. To przyjechałyśmy zobaczyc jak tu jest..

– I będziecie obie medytować? – zapytała niepewnie, znów zerkając na moją córkę

– Ja na pewno będę, natomiast Gaja pewnie będzie się bawić. – zapewiłam gorąco

– Niestety, osoba która nie medytuje, nie może tu zostać. To nie hotel, tylko klasztor. Jeżeli się tu chce przebywać, trzeba poddać się regułom. – oświadczyła surowo, choć z uśmiechem.

– Oczywiście, jasne– odrzekłam. W sumie spodziewałam się takiego obrotu akcji. Śmiech i spontaniczność dziecka są piękne, ale w klasztorze zwyczajnie przeszkadzają. Zrozumiała sprawa.

I tu nagle poczułam, że mała rączka szarpie mnie za spodnie.

– Mamo! Mamo! – z dołu dobiegł mnie przyciszony głos – ale ja BĘDĘ MEDYTOWAĆ!!! Na prawdziwie! En serio! Powiedz tej Pani, że BĘDĘ!

I wtedy uslyszalam głos.

– Wy na medytację? – przede mną stał uśmiechnięty mnich. Za nim, w pozie oznaczającej szacunek, stało dwóch elegancko ubranych facetów.

– Tak.. – rzekłam niepewnie  – Sabadi ka.. (Dzień dobry)

– No to przygotujcie sie, bo zaraz zaczynamy.

I tak oto zostalysmy przyjete do klasztoru, a mnich, który nas zaakceptowal był samym Opatem, założycielem tego miejsca. Pozniej duzo uslyszalam opowiesci, jak przybyl tu 30  lat temu i zamieszkal w jedej z gorskich jasknin. Wokół nie było nic, kawałek dalej tylko maciupeńka wioska. Gdy ludzie zorientowali sie, ze w gorach zyje mnich, zaczeli go zywic – i na ile mogli  – mu pomagać. Jaskiń bylo kilka, stopniowo do Mnicha dolaczyl drugi, potem trzeci. Z czasem, z jaskiń przprowadzili sie do prymitywnych domkow na dnie doliny, pojawili się ich pierwsi, spragnieni wiedzy uczniowie. W końcu, na dnie doliny powstał klasztor, który dopiero ostatnio, podejrzewam, ze dzieki datkom zatrzymujących się tu na nauke medytacji turystów rozrosl sie i unowoczesnil. Prymitywne domki zostaly zastapione przez piekne bungalowy i dwa dwupiętrowe dormitoria. Została wybudowana kuchnia oraz całe zaplecze, a także duża sala medytacyjna polaczona z recepcja oraz jadalnia. A wszystko to w płaskiej, jakby wyprasowanej żelazkiem dolinie, do której droga wiedzie pomiędzy stromymi górami, przypominającymi strażników zazdrośnie strzegących klasztoru przed niepożądanym okiem.

– Wiesz, Asia – mówiła Elena, starsza kobieta z Anglii – byliśmy tu z mężem 6 lat temu, to był inny świat.. Teraz to wszystko takie eleganckie, nowoczesne.. Ciepła woda w kranach, trawniki przystrzyżone. Ale to dobrze, wioska też się rozrosła, klasztor daje pracę tutejszym ludziom, lepiej im się zyje. No i miejsce do medytacji wymarzone, popatrz ile ludzi tu przyjeżdża, a oni wszystkich akceptują.

Faktycznie. Spojrzałam na zadaszoną przestrzeń. Na medytacji było spokojnie z 70 osób, właśnie docierali nowi.

– Lećcie do dormi, rozgoście się, a potem przyjdzcie na herbatę. – przerwała nagle Elena – Niedługo zaczną sie wieczorne śpiewy.

Dolne piętro dormi było przepełnione, poszłysmy więc z Gaja na górne, przeznaczone tylko dla tajskich kobiet, uznając, ze wobec Buddy wszystkie jestesmy równe, a im nie będzie pewnie przeszkadzac dziewczyna z dzieckiem. I to była moja pierwsza rebelia klasztorna – która nam wyszła bardzo na dobre, dlatego że tajskie dormi zamieszkane było przez 4 starsze kobiety, które natychmiast otoczyły nas troską i ciepłem.  I tak oto rozościwszy sie na pięterku, po raz pierwszy w życiu poszłyśmy z Gajonem na buddyjskie chanting.

 

 

 

Sala była obszerna, mogąca pomieścic duzo osób. W równych rzedach leżały maty i poduszki, w wiekszosci już pozajmowane przez ubrane na biało, milczące postacie. Usiadłyśmy z Gaja w ostatnim rzędzie. W dyskretnym świetle jaśniały złotem posągi Buddy, cykały cykady, zapadał zmrok.

Potem pojawili sie mnisi. Szli karnym rzędem ustawieni starszeństwem za swym przełożonym. Obeszli salę  i usiedli na podwyższeniu.

Zaczęły się wieczorne śpiewy.

Gaja siedziała tuż obok. Zmęczona drogą i przeżyciami próbowała śpiewać w obcym języku, ale podobnie jak mnie, szło jej kiepsko. Podążałyśmy tylko za melodią, i choć w którymś momencie ktoś nam podał książkę, nie widziałam wielkiego sensu w wypowiadaniu nieznanych mi słów. Melodia wystarczała nam obu.

A potem zaczęła się medytacja.

Mnisi słabo mówili po angielsku. Kilka słów instrukcji na temat wsłuchania się we własny oddech i gasną światła.

Siedzimy w ciemności. Cykają cykady, szumi w drzewach obudzony właśnie wiatr. Wdech – wydech. Wdech – wydech.

 

medytacja

 

 

– Mamooo.. Co mam rooobić?.. – dolatuje mnie konspiracyjny szept mojego dziecka.

– Licz oddechy. – mówię – Skoncentruj się na oddychaniu.

– Mamo.. Ale ja nie mogę.. Liczę do dziesięciu, a potem wszystko mi się miesza.. – dobiega mnie z boku zdesperowany głosik.

– To nic Gajenka.. Licz do dziesięciu, a potem odginaj paluszek, potem znowu do dziesięciu i znowu paluszek – podpowiadam.

Gajenka poprawia się na poduszcze i pogrąża się w milczeniu. Patrzę kątem oka na malucha. Skupiony, poważny, wpatrzony w dal. I tak sobie siedzimy dwie, w grupie pewnie z siedemdzięciu osób w różnym wieku i o różnym kolorze skóry, w ciemności zapadającej nocy, tracąc zupełnie poczucie czasu.

Dopiero delikatne „baaam” wybudza nas z koncentracji.

Na sali pojawia sie szmer i na biało ubrane postacie, jedna po drugiej, znikają w ciemnościach nocy.

Czas odpocząć.

 

Ciąg dalszy znajdziesz tu.

 

P1050133

 

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

Dodaj komentarz

10 komentarzy do "Wat Pa Tam Wua czyli jak trafiłyśmy do Klasztoru"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anonimowo
Gość

Niesamowite ! I na pewno nie trafiłyście tam przypadkiem 😉 . Przeczytałam fragment ale z wielkim zainteresowaniem poczytam więcej o was ! Ciekawie poczytać też jak się różni taki klasztor od tybetańskiego 🙂 Imponujący tekst. Sama się już przekonałam ile to pracy napisać taki wpis ! Pozdrawiamy z Bodgh Gaya 😉

Gość

Przypadkiem kochana, choc przypadki podobno nie istnieja:) Ha, tez ciekawa jestem czym rozni sie od tybetanskiego. Macie jakies doswiadcznia? Jesli tak – podrzucisz?.. <3
Bodgh Gaya! Ach! <3

Anonimowo
Gość

Tak, zdecydowanie nie ma przypadków śmiem twierdzić … Nam są bliskie te tybetańskie, i za nimi tu przyjechaliśmy, za naukami a także w poszukiwaniu naszego nauczyciela i.. sami nie wiemy jeszcze co nam tu pisane, czas pokaże . Chętnie coś opowiem.
Cały czas w poczekalni są wpisy na blog o Sikkim gdzie byliśmy w kilku miejscach buddyjskich ale nie znaleźliśmy przestrzeni aby tym się podzielić. Jeszcze przygotowujemy syna do egzaminu , jest w Edukacji domowej, 4 klasa) .
Z kolei w Badgh Gaya jest dużo różnych klasztorów więc można podpatrzeć na różne szkoły buddyzmu.

Gość

Nie macie czasu na pisanie, prawda? Skad ja to znam..
Czasem zastanowiam sie, jak to robią ci wszyscy slawni blogerzy podrozniczy i nie tylko, ze oni tak te posty piszą i regularnie wrzucaja, tego jeszcze montuja filmy z rozsypanek, ktore nakrecili po drodze i dorzucaja do tego pięknie i obrobione zdjecia, a przy okazji ogarniaja z szesc social media. 🙂
Zabij mnie, ale nie wiem, bo na moje oko ludzkie mozliwosci podrozujacej osoby to przekracza, howgh. 🙂

Anonimowo
Gość

Mała stópka niedługo osiągnie wielkość dużej stópki :0

Gość

Wszystko na to wskazuje, hahaha 😀

Gość

Obie części piękne czekam na C.D.

Gość

Właśnie powiesilam drugą część opowiesci o naszym czasie w klasztorze -> zapraszam -> http://somosdos.pl/2018/01/wat-pa-tam-wua-buddyjska-medytacja-vipassana-w-klasztorze-w-tajlandii/ trzecia mam nadzieje ze sie napisze jutro <3

x

Check Also

Wat Pa Tam Wua – dziewczynka

Ciąg dalszy – poprzedni wpis znajdziesz TU.   Czas w klasztorze biegł ...