Home / Vlog / Manila, czyli życie w hostelu – vlog #10

Manila, czyli życie w hostelu – vlog #10

Życie zamknęło nas w Manili na prawie 3 tygodnie.

Najpierw, w ciągu czterech dni musiałyśmy się przeprowadzić trzy razy, nim znalazłyśmy miejsce, gdzie mogłyśmy odpocząć. Nasz stan po ostatnim miesiącu spędzonym na wschodzie Indonezji był dość opłakany. Obie byłyśmy bardzo zmęczone, ja wręcz wycieńczona. Ostra biegunka, na którą cierpiałam od dwóch tygodni wyssała ze mnie wszystkie soki oraz chęć do życia. W naszym mieszkanku, udostępnionym przez hosta spędziłyśmy więc tydzień – Gaja rysując, bawiąc się i słuchając audiobuczków – ja leżąc w łóżku, popijając wodę i tępo po gapiąc się w sufit.

 

sunrise in Manila

Manila deszczem zalana..

Siły wracały wolno.

Po tygodniu wrócił host z rodziną, więc przeniosłyśmy się do hostelu, gdzie na połowiczo naładowanych bateriach zaczełam ogarniać nasze podróżnicze życie. Zobaczyłyśmy troszkę Manili, wyspawałyśmy dwókułkę – diablito, które pod ciężarem plecaka rozpadło się na części, kupiłyśmy kilka potrzebnych rzeczy, pokleiłyśmy buty, obżarłyśmy się owocami i już, już miałyśmy ruszać, gdy Ushman, depresja tropikalna, uderzyła na południe Luzonu i zamknęła nas w hostelu na kolejny tydzień.

Klęłam na czym świat stoi, choć w duchu wiedziałam, że to dla mnie to samo dobro, bo do pełnego odzyskania sił było jeszcze daleko. Tak więc dni leciały, tkwiłyśmy w hostelu o wyglądzie cekhauzu, który polecam zresztą ze względu na dobrą cenę, kuchnię, dostępność sklepików i warsztatów wszelakich oraz wreszcie – ze względu na ciepły i szalenie pomocny staff. Hostel nazywa się S&M Transient. Jest zaraz przy stacji kolejowej (brak hałasu), niedaleko manilskiej starówki i dworców transportujących na południe, co też jest jego wielką zaletą.

 

s&m transient Manila

S&M transient Manila – bezpieczne miejsce do przeczekania tajfunu, którym ostatecnie stał się Ushman.

Tak czy inaczej, nasze dni były podobne do siebie jak krople wody, w niezliczonych ilościach walące z nieba. Spałyśmy długo, czytałyśmy książki, robiłyśmy zakupy, gotowałyśmy jedzenie, grałyśmy w chińczyka i uczyłyśmy się literek. Wówczas właśnie, pichcąc obiad na jednym palniczku, usłyszałam gajkowe wołanie:

– Mamo, mamo! Chodź zobaczyć co narysowalam! To komiks! – oświadczyła z dumą, a ja studiowałam okienko po okienku. 
 
Gdy wreszcie podnosłam głowę, wzrok mój trafił na mapę Filipin. Przyglądnęłam jej się z uwagą, po czym nagle poczułam znajome, zalewajace mnie uczucie – O rany! Chcę tam! Chcę to wszystko zobaczyć! Poczuć! Posmakować!
 
Zdaje się, że kolejny tydzień w bezruchu dobrze mi zrobił. Odpoczelam umeczony kręgosłup, nawodnilam skatowane zatruciem cialo, ogrzalam zmrożone kradzieżą serce.
 
Ozdrowialam na ciele i na duchu.
 
Teraz tylko trzeba było poczekać na jakeś kilkugodzinne okno pogodowe, by wreszcie przesmyczyc się do Tagatay, gdzie chciałyśmy koniecznie wleźć na najmniejszy wulkan świata – Taal.
 
 

***

Zapraszam Was serdecznie na krótką migawkę, złożoną przez Miłosza Karskiego z naszych, z trudem wówczas kręconych ujęć. Ani forma psychiczna, ani fizyczna nie służyła filmowi, Miłosz jednak udało się to wszystko zebrać we wspólną całość.

Voila!..

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
x

Check Also

Spływ barką po Mekongu

Koszmar na Mekongu

„Nagle silnik zagadał coś dziwnym głosem, charknął, warknął i ucichł. Uniosłam głowę. Zawsze, nawet jak ...