Home / AZJA / Filipiny / Ile kosztuje życie na Filipinach?

Ile kosztuje życie na Filipinach?

Poprzednią część historii znajdziecie we wpisie „Jak zbierać pieniądze”.

Gdy skończyłam, Ire wyglądała tak, jakby miała za chwilę zemdleć.

– Czy to jest pewne, Asia?

– No nie. Właśnie na tym polega znok. Musimy spełnić postawione warunki. I Ty, i ja. Na początku chcę, byś zrobiła listę produktów, które chcesz sprzedawać w sklepie. Do każdego dopisz, za ile go możesz kupić oraz za ile chcesz go sprzedać, okej?

– Okej! Zaraz wszystko będziesz miała gotowe!

Ale gotowe nie było ani na zaraz, ani na wieczór. Okazało się, że Ire nie znała wiekszości cen zakupu, choć akurat z cenami zbytu nie miała problemu. Ja w zasadzie też nie miałam, byłam tu już na tyle długo, że doskonale orientowałam się, co ile kosztuje.

– Dobra Irene, sprawdź, za ile możesz te rzeczy kupić, a wieczorem usiądziemy i policzymy koszta.

Nadszedł wieczór, a potem noc.

Nasz biznesplan wciąż był dziurawy jak szwajcarski ser.

– Ire – tłumaczyłam – Dobrze, że masz cenę za opakowanie zbiorcze, ale przecież musisz wiedzieć, ile jest w nim sztuk! Jak policzysz, ile zarobisz, skoro nie wiesz, ile paczek jest w środku?

– No zarobię! – powtarzała Ire – wiem, że zarobię!

– Ire, ale musimy policzyć ILE zarobisz! Czy to się w ogóle opłaca!

– No ja WIEM, że się opłaca! Jakby się nie opłacało, to by nikt takiego biznesu nie prowadził.

– Ire, tu  już są dwa sklepy takie jak Twój! A ludzi nie przybywa! Skąd wiesz, że przyjdą do Twojego?

– Przyjdą! No mówię Ci, że przyjdą!

– No ale dlaczego?

– Bo jeden sklep jest często zamknięty. A ten koło boiska prowadzi pijaczka.

– No ale tam jest ktoś, kto sprzedaje. Kupuję tam kawę.

– Ale widzisz, kto Cię obsługuje! Za każdym razem inna osoba. A często sklep otwarty jest na oścież, a wśrodku nikogo nie ma. To sklep naszej kuzynki. Rok temu umarł jej mąż, a we wrześniu zmarła córka. Od tego czasu nie trzeźwieje.

Zdrętwiałam. Ileż tragedii nosili w sobie ci ludzie. Ileż dramatów chowało się za każdymi drzwiami.

– No dobrze Ire.. Zakładamy, że przyjdą ludzie.. Ile jest tu rodzin w okolicy? Ile jest rodzin po naszej stronie?

– No ze trzydzieści.

– A po drugiej stronie drogi?

Ire myśli i myśli.

– Nie wiem, nigdy się nie zastanowiałam. Skąd mogę wiedzieć, ile tam mieszka rodzin!.. – rzuca w końcu ze złością.

– Ire – staram się nie tracić cierpliwości. – dobrze, policz w takim razie domy. Dodamy do tego jedną trzecią i będzie ilość rodzin. Potem wystarczy podzielić je przez ilość sklepów i mamy liczbę potencjalnych klientów.

Nagle Irene wybucha płaczem.

– MAM DOŚĆ!!! Rzygam już tymi obliczeniami, rozumiesz??? – woła – Jak siostra zakładała sklep, to nikt jej nie pytał o takie pierdoły!!! Ile rodzin przyjdzie kupować??? Nie wiem, skąd mam wiedzieć??? Ile sztuk jest w opakowaniu zbiorczym??? No ile jest – to jest, kupię, sprzedam, będą pieniądze!!! Jakie to ma znaczenie???

Jestem tak wściekła, że aż mną trzęsie. Siedzę tu jak ten łoś, zamiast jechać dalej, poświęcam swój czas, a ona strzela fochy, bo proszę, by odpowiedziała na kilka podstawowych pytań?! No to co będzie dalej?! To mój sklep ma być, czy jej?

– Do cholery!!! – krzyczę w myślach – Tyle że Twoja siostra miała własną kasę, a Ty nie!!! 

Wdech – wydech..

Wdech – wydech..

Wdech – wydech..

Ire chlipiąc zapala papierosa.

Wreszcie się uspokaja. 

Mi też udaje się opanować emocje.

– Rozumiem Twoją frustrację Ire. To naturalne. – mówię – Powiedź, co proponujesz w tej sytuacji zrobić? Jakie widzisz rozwiązanie?

– I dont know – wreszcie mówi – I think there are 40 homes down there. (Nie wiem. Myślę, że jest tam 40 domów)

Idę na drogę, relacjonuję Iwestorowi przebieg wydarzeń. Mężczyzna łapie się za głowę. 

– No nie – mówi – musze wiedzieć, czy są szanse jakiegokolwiek powodzenia tej inwestycji. Bo wiesz, jeśli cyfry pokażą, że to nie wypali, to szkoda moich i Twoich nerwów. Po prostu można zostawić jej parę groszy bieżącego wsparcia i tyle. A jak już robić sklep, to trzeba to zrobić porządnie, tak jak rozmawialiśmy.

Myślę dokładnie tak samo.

Wracam więc i na oparach energii zliczam stopniowo wszystko to, co już się do policzenia nadaje. Sumuję rzędy cyfr, mnożę jedne przez drugie i pomału czuję, że tracę serce do tej pomocy. Ale z drugiej strony – być może faktycznie to wszystko jest dla niej niezrozumiałe. Co z tego, że objaśniam, dlaczego musimy zrobić te obliczenia, dlaczego Inwestor ma takie wymagania, jak tu po prostu nikt tak nie działa. 

Odnosze wrażenie, że ludzie w tropikach nie planują i nie myślą perspektywicznie. Nie muszą zresztą tego robić. Klimat tu ciepły, więc nawet nie mając domu człowiek nie zginie. Prześpi się pod palmą, najwyżej go komary pogryzą. Natura rodzi non stop, więc zawsze coś do jedzenia się znajdzie. Tam dostanie  się trochę ryżu, tu można sobie narwać bananów i gotowe. Innymi słowy zawsze jakoś to będzie, tropikalna bieda – jakkolwiek dotkliwa, ma łaskawsze oblicze niż ta z krajów o czterech porach roku.
 
Nas przyroda ćwiczyła ostro od stuleci. Jak nie posiejesz – to nie zbierzesz. Jak nie zbierzesz – to nie zmagazynujesz. Jak nie zmagazynujesz – to nie zjesz i umrzesz z głodu Ty i Twoja rodzina, bo zima sroga i ciężka, a nawet jak nie taka ciężka – to ciągle zima. Nic nie rośnie. Świat zamarza. A jak nie znajdziesz schronienia i ognia – to i Ty zamarzniesz. Tak czy tak umrzesz i kwita. Cześć pieśni.

I choć teraz sytuacja jest inna, to przekaz pokoleń o myśleniu i planowaniu przyszłości jest w nas, w naszych genach, w każdej komórce naszego ciała. Stąd też biznesplany, stąd kalkulator, stąd przewidywanie. Stąd i nasza nieustanna troska, branie pod uwagę różnych scenariuszy, niepokój o szeroko rozumiane jutro – czyli coś, czego w tropikach nie obserwuję.

 
Tu żyje się z dnia na dzień.
 
Czy to złe?
 
Niekoniecznie.
 
To jest po prostu inne.
 
Tutejsze.
 
working on business plan, Philippines

Robimy biznes plan, przy okazji dowiadując się, ile kosztuje życie na Filipinach.

 

Następnego dnia, prosto z samego ranka Ire ruszyła do hipermarketu. Gdy wróciła, aż trzęsła się ze złości.

– Nie chcieli mi powiedzieć, rozumiesz?! Pytam grzecznie, a laska na sklepie mówi, że nie wie! No to ja na to, że chcę rozmawiac z magazynierem! A oni, że magazynier pracuje i nie może opuścić magazynu! No to ja, że wejdę do tego magazynu! A oni, że nie wejdę, bo to zabronione! No cholery można dostać!!!

Słucham zdumiona. Nigdy nie przypuszczałam, że tak trudno będzie zdobyć tak podstawowe informacje.

– Ire, co w takim razie proponujesz?

– Idę do kuzynki. Ona pracowała kiedys w super, może będzie wiedzieć.

 

 

Wczesnym wieczorem lista jest kompletna. Siadamy znówu w ciemnym podwórku. Okna domu świecą przytulnym światłem. Przeglądam pozycję po pozycji.

– Dobra Ire, teraz pomyśl, ile pieniędzy zostawiasz miesięcznie w takim sari-sari.

Ire znów myśli.

– Nie wiem – pada odpowiedź

– Ok, kto może wiedzieć?

– Sheryl! Ona ma otworzoną kreskę u kuzynki. Sheryl! Sheeeeeeryyyyyyyl! – drze się Irene.

– Cooooo??? – dobiega nas z domku obok

– Chooooodź tuuuuuuuu!

Krótka rozmowa z Sheryl i już mamy kolejne dane. W ciągu miesiąca, w sari-sari Sheryl zostawia 4 tysiące peso.

Teraz kolejna część – co i w jakich ilościach taka przeciętna rodzina kupuje.

– Aśka, skad ja mam wiedziec, co ludzie kupują??? – denerwuje sie Ire

– Okej – mówię – W takim razie co Ty kupujesz?

– No nie wiem, co w miesiącu kupuję! Nie mam pojęcia!

– Dobra – lejkuję – co kupujesz w ciągu tygodnia. Lecimy: sardynki małe? Kupujesz?

– Kupuję.

– Ile?

– Cztery opakowania.

– Ryż?

– Z sześć kilo.

– Zupki chińskie?

– Piętnaście.

Przycinamy się przy alkoholu i papierosach.

– My pijemy mało, czasami, ale ludzie piją dużo więcej..

– To znaczy ile piją?

– No potrafią i z 70 redhorsów w tygodniu wyżłopać..

Mrugam niedowierzająco oczami. Czy naprawdę chce mi powiedzieć, że przeciętna, filipińska rodzina grzmoci 10 litrów piwa dziennie?

– Mówię Ci Asia, Ty sobie nie zdajesz sprawy, jak tu ludzie piją. Codziennie, do upadu. No bo co mają robić? Wpadnie szwagier, sąsiad, to piją. Oglądają TV i piją. Nudzą się – to piją. Taka kultura u nas, taka tradycja..

– No ale Wy nie pijecie..

– Tak, my pijemy mało. Napisz 40 butelek tygodniowo. Myślę, że to będzie ok.

Kręcę głową z niedowierzaniem, ale zapisuję, co mi każe. W końcu to ona tu mieszka.

 – Fajki? – pytam

– Uuuu, idą. Najlepiej sprzedawać na sztuki, ale ogarnijmy pudełka. Sheryyyyyyyyyyyyl?.. Ile fajek spalasz przez tydzieeeeeeeeeń? – krzyczy znowu Irene

– Dzieeesięć paaaczeeek! – odkrzykuje Sheryl.

– Ostro – myśle – to ponad jedna dziennie. A tu wszyscy palą, od nastolatków po starców, kobiety i mężczyźni..

– Pisz 20 paczek na dom. – decyduje Irene – Przecież w domu mieszkają rodzice, dziadkowie, dzieci i podrostki. Powinno być okej.

No dobra. Ire każe, więc piszę najpierw na kartce, a potem to wszystko wklepuję do excela. 

Po pół godzinie tabelka jest gotowa. Ślę ją więc natychmiast do Inwestora, a potem biorę Gajkę za łapkę i idziemy na targ. 

Sklep sklepem, ale jeść przecież trzeba.

Gdy wracamy, z niecierpliwością sięgam po telefon.

Wiadomości mam cały stos, głównie od Inwestora. 

 

Ciąg dalszy nastąpi – mam nadzieję –  już jutro, a tymczasem zapraszam Was wszystkich na nasz FEJSBUK, YOUTUBE oraz INSTAGRAM, gdzie zdjęcia i filmy publikuję na bieżąco…

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
x

Check Also

pedikir na Filipinach

Praca na Filipinach

Poprzednią część historii znajdziesz TU.   Ire wróciła z nosem na kwintę. ...