Home / Ameryka / Panama / Nie sprzedawajmy swych marzeń..

Nie sprzedawajmy swych marzeń..

 

 

ciąg dalszy historii, którą możecie przeczytać Tu.

***

Puerto Obaldia. 4 am.

Budzika nie słyszę. Na szczęście słyszy go Daniela.
– Wstawaj. Asia wstawaj! Czwarta!

Niechętnie otwieram oczy. Nienawidzę wstawać w nocy. Nienawidzę być niewyspana. Nienawidzę tego piasku pod powiekami, tej mgły która przysłania świat i zmysły.

Nie ma wyjścia. Wypełzam spod moskitiery, dopakowuję plecaki, przytomnie przerzucając kilka cieplejszych ciuszków do nosidła. Tropiki tropikami, ale na łódce zawsze wieje. Zarzucam brązowy plecak i podpierając się kijkiem wychodzę w ciemność.

W umówionym miejscu kłębią się ludzie i światła. Jakie zaskoczenie!  Jakoś podskórnie spodziewałam się, że będę na pomoście pierwsza. A tu proszę, żadnego obsuwu, co więcej mam wrażenie, ze musze się pospieszyć. Rzucam więc plecak i odmeldowuję się po Gaję. Dwadzieścia minut później, z Danielą, nosidłem i wciąż śpiącym dzieciakiem na rękach stawiam się na pomoście.

Załadunek zakończony. Jest piękna, gwiaździsta noc, gdzieś w dali trwa taniec piorunów. Nic nowego w tym klimacie, co noc wpatrywałyśmy się z Gajsonem w show serwowany nam przez przyrodę. Dziś jednak przyglądam się mu z niepokojem. Patrzę w niebo, analizuję kierunek wiatru.
– No nie, powinno być ok – uspokajam sama siebie – burza jest daleko, nie zahaczymy..
Mimo wszystko jednak przyciągam do siebie nosidło. Wyciągam koszulkę i bandankę, naciągam  na zaspanego Gaja. Nagle ciszę nocy rozdziera ryk silnika.
– Aaaaaaaaaaa!!! –  krzyczy przerażony Gaj
– Płyniemy kochana – tłumaczę roztrzęsionemu kłębuszkowi, który przywiera do mnie jak małpeczka – jesteśmy na łódce.. Płyniemy w świat.. Mama trzyma cię mocno, popatrz, jaka piękna noc, jakie spokojne morze.. Chcesz, to opowiem ci bajkę o piratach, chcesz?..

Płacz ucicha, znaczy propozycja zaakceptowana. Plotę więc bajkę o Jake’u, piratach i złym kapitanie, a że myśli moje w różnych kierunkach biegną, co rusz gubię wątek. Ale z dołu nie ma protestów. Zaglądam pod kamizelkę – Gaj ukołysany monotonią dźwięku i mym głosem zasnął smacznie, a my pruliśmy malutką łódką z dwoma Indianami i dwoma lekarzami wprost przed siebie, po tych samych wodach, po których pływali kiedyś Sir Francis Drake, Vasco Balboa i pokolenia żeglarzy, piratów i rybaków..

Świtało. Liczne gwiazdy zastąpiły nieoczekiwanie sine chmury – i to od strony morza. Nadal waliło z nich piorunami, co więcej, ciągnęły za sobą grubaśne warkocze deszczu. Z drugiej strony – od strony lądu był inny świat – strzępki chmur leniwie zahaczały o góry, których łańcuch rozpływał się przed dziobem, niezauważalnie przechodząc w niebieskozielony horyzont.

– Pura selva – myślałam wpatrując się w ten widok – nie do uwierzenia, że tędy kiedyś przebijali się Kubańczycy..
I nie do  uwierzenia – odwróciłam głowę w kierunku jeszcze-troche-blekitnego-morza morza – że tędy szmuglowane są takie ilości ludzi i prochów..

PB140539editededited

 

PB140532editededited

 

 

Pogoda zmieniała się. Spektakl natury, który z takim zapałem i podziwem obserwowałam  niebezpiecznie się przybliżał, podnosząc mi włoski na karku. Po chwili już wiedziałam – nie unikniemy nieuniknionego. Lewe skrzydło burzy, przewiewane przez wiatr, nieubłagalnie pełzło w naszą stronę. Byłam przerażona.

– Panie Boże nie, proszę nie.. – szeptałam w duchu, rozglądając się wokół. Co oznaczał dla nas silny wiatr – zdawałam sobie doskonale sprawę. Pływam od czasów studiów i kilka sztormów zdążyłam zaliczyć – właśnie na małych łupinkach, tyle że pod żaglami. I były to doświadczenia, absolutnie ekstremalne, przerażające, uświadamiające mi własną doczesność i kruchość  mego życia..

Myśli galopowały mi pod czaszką ekspresowym tempie. Rozglądałam się wokół. Wiało mocno od dziobu, ale morze na szczęście, wciąż  było w miarę spokojne.
– No pięknie – myślałam w duchu – tego jeszcze brakowało! Burza na wodzie! Jasny gwint, że to musiało akurat nas spotkać.. A jak się łódka przewróci? Będę musiała jakoś się jej trzymać. I trzymać Gajkę. Cholera, jak to zrobie? Środki ratunkowe do bani. Przecież zanim ktoś się ogarnie, co się stało, wszyscy pójdziemy na dno.
– No bez jaj – mitygowałam się za chwilę – co ja bredzę?! Ze niby dlaczego ma się przewrócić. Nie tak łatwo łódkę przewrócić, po prostu wieje, a fali jeszcze nie ma, damy radę!..
– No tak, ale jeszcze mamy ze 3 h płynięcia, jasny gwint, przez 3 godziny to możemy mieć tutaj niezły balet! – krzyczała w głowie panika
– Spokojnie Asia, nie pierwsza Twoja zawierucha – przemawiał rozsądek – trudno, musisz zaufać losowi. Musisz zaufać tym ludziom za sterem. Skoro nie spływają, nie wieją do brzegu to pewnie wiedzą co robią. W końcu pływają tu od 40 lat i pewnie nie takie burze przeżyli.

No właśnie. Dotarło do mnie, ze życie przyniosło mi kolejną lekcje do przerobienia. Lekcje o zgodzie na utratę kontroli i o zaufaniu innym ludziom. Bardzo to trudna lekcja, bo małe ciałko Gai ufnie spało na moich kolanach, a moje duże ciało telepało się ze strachu, nie ufając nikomu i niczemu. Złapałam się na tym, ze muszę aż zaciskać zęby, żeby nie zaproponować sternikowi schowania się za którąś z mijanych wysp. Musiałam powierzyć nas dwóm starszym, obcym Indianom, licząc na ich doświadczenie i umiejętności. Wszystko, co mogłam zrobić to przygotować nas na Armageddon tak, aby to co na nas czekało dotknęło nas jak najmniej..

– Przestawmy proszę nosidło.. – zaproponowałam nieśmiało.

Wzrok wbity w dal, reakcji brak. Ocho, kolejna lekcja. O empatycznym wyrażaniu prośby.  Niefajnie jest robić przemeblowanie na łódce gdy kiwa i padać zaczyna, wiem o tym doskonale. Ale moje nosidło leżało na dziobie bez żadnej folii, niezabezpieczone, gołe i wesołe. No tak. Musiałam zdobyć się na większą stanowczość i zwrócić się do jednej osoby. Tłum, nawet tylko czteroosobowy jest nieczuły na prośby.

– Przepraszam – wrzasnęłam, wybierając stojącego na dziobie Kune – może pan podać to nosidło? Zaraz zacznie padać, a w środku jedzenie i rzeczy dziecka!  Wszystko zamoknie!

Na wszelki wypadek nie dodałam, ze w środku jest tablet, pendrive i przenośny dysk z wszystkimi zdjęciami – bo te właśnie rzeczy były głównym źródłem mej paniki. Kuna, dzięki bogom, spełnił moją prośbę sprawnie i po chwili miałam nosidło tuz przed sobą, pod mini dachem. Nie minęło dziesięć sekund, gdy zaczęły spadać pierwsze, ciężkie krople..

Kap.. Kap.. Kap..
Kap-kap-kap..
KAPKAPKAP!!!

Z nieba wytrysnęły wodospady lodowatej wody. Deszcz siekał mnie po buzi, rękach, zalewał oczy. Pęd łódki sprawiał, ze smagał prawie poziomo.

– Paaaaadaaaa!!! – Gaja zaczęła szczękać zębami – Zzzzimnoooo!!!

W panice wyszarpywałam pokrowiec z nosidła, błyskawicznie owijając w niego Gaję. Na to jeszcze kamizelka ratunkowa w postaci wiatrochronu, duża, dorosła, która służyła jako tarcza obronna przed lodowatym deszczem i wiatrem i.. zonk. Nie mam nic więcej. Nie przewidziałam takiego tormienta (burzy, zawieruchy). Takiego spadku temperatury siłą rzeczy nie przewidziałam także. Zaklęłam szpetnie w duchu. W plecaku miałam polar i kurtkę. W nosidle nic więcej pod ręką nie miałam.

– Boję się, boję, boję, boję.. – szczękał zębami Gaj.

– Boję się, boję, boję, boję.. – powtórzyłam za Gajem w duchu, zaparta nogami o ławkę, by choć trochę zamortyzować gwałtowne przechyły  – To tylko deszcz – bagatelizowałam głośno, choć wokół grzmiało                     i szumiało – Kochana, opowiem Ci bajkę, chcesz?
– O księżniczce? – zainteresowało się przylepione do mego brzucha dziecko.
– Jasne, ze o księżniczce, w dodatku o takiej, która miała na imię Gaja..

Popłynęła opowieść. Szeptałam historie pod ratunkową kamizelkę, sama kuląc się z zimna. Na to wszystko jeszcze zmienił się wiatr i strumień wody wlewający się przez dziurę w dachu walił prosto na moją głowę, mocząc mnie od stóp do głów. Oparłam czoło o krawędź kamizelki, tak by lodowaty strumień nie wlatywał do środka. Pod kamizelką było ciepło i cicho. Gaj, nieświadomy szaleństwa za burtą spał, śniąc o różowych księżniczkach..

Deszcz siekał równo pół godziny. Modliłam się w duchu bądź o jego zakończenie, bądź o dopłynięcie do celu, dygocząć, przemarznięta na kość. Nie nadążałam mrugać oczami, woda spływała po mojej twarzy, oślepiając zupełnie, miałam  tylko nadzieję, ze sternik widzi ciut więcej, niż ja..

 

 

Gdy wreszcie powiał cieplejszy wiatr i deszcz nieco osłabł, byłam najszczęśliwszą osobą na świecie. Gaj sapał cichutko, a spod plandeki osłoniętej kamizelką biło przyjemne ciepło. Mijaliśmy kolejne wyspy, jedne duże, inne małe, jedne zamieszkane, inne pełne żółciutkiego piasku i sterczących do nieba kokosowych palm, a do mnie po raz kolejny docierało gdzie my jesteśmy!..

– Aśka – powiedziałam  głośno do samej siebie – płyniesz przez Karaiby, rozumiesz?.. Przez Karaiby!.. –  i nagle zalała mnie fala szczęścia, tej olbrzymiej, obezwładniającej radości i zdziwienia, że to nie sen, że ja tu naprawdę jestem, w tej małej łupince, przemoknięta na kość, w miejscu do którego docierałam tylko w marzeniach..

I w głowie zagrała mi wtedy piosenka, którą usłyszałam kiedyś dawno w Sztynorcie i w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia – Ludzie, nie sprzedawajcie swych marzeń – brzmiał mi w uszach niski głos Wydry – nie wiadomo co się jeszcze wydarzy w Waszych snach.. Może taka mała chwila zadumy sprawi,  że te marzenia pofruną.. – śpiewałam po chwili już głośno, zagłuszana przez warkoczący silnik i płakałam ze szczęścia, że tu jestem, że mogę tu płynąć, mijać kolejne wyspy, być punktem na mapie w tak niezwykłym i niedostępnym kiedyś miejscu, a moje łzy mieszały się z kroplami deszczu, wiec nikt tego nie widział i mogłam sobie płakać do woli..

 

 

Gdy dopłynęliśmy do Ustupu zza chmur wyszło słońce. Duży plecak wyglądał na suchy, ale nosidło było nie dość że przemoczone, to jeszcze pokrzywione! Gdy to zobaczyłam, włosy stanęły mi dęba. Podróż bez nosidła? Nie, nie da się! Niby jak mam podróżować z Gają bez nosidełka?.. A sprzet??? Jesu Christo!..
– Rany, musimy spróbować jakoś je naprawić – pomyślałam, w panice oszacowując straty. Daniela zaniepokojona zaglądała mi przez ramię. No ale nie był to dobry moment na analizowanie, my byłyśmy na wyspie, ale medycy płynęli dalej. Indianie litościwie wynieśli mi plecaki na pomost, potem pomogli wygramolić się z Gają. Jedną ręką uściskałam chłopaków, próbując wyciągnąć umówioną kwotę z zakamarków kangurki.
– Daj spokój, oddasz mi potem – Daniela właśnie wręczała umówioną sumę Indanom. Mały dzieć mrugał oczami  i marszczył się okrutnie, gdy włuskałam go z plandekowego mikroświatka, ale nie było wyjścia, byliśmy na Ustupu i należało pomyśleć, co dalej. Wiec, z zaspaną Gajkę na kolanach, usiadłam spokojnie na betonowej ławce obok portu i popatrzyłam na świat, zastanawiając się, co nam ten dzień przyniesie..

 

***

cd nastąpi, jeno dajcie mi trochę czasu..

PB140542editededited

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
x

Check Also

Tylko jak tu pisać bloga?..

  Z tym założeniem bloga wcale nie było łatwo. Gdy planowałam swą ...