nie przegap
Home / AZJA / Indonesia / Raflezja – moje podróżnicze marzenie

Raflezja – moje podróżnicze marzenie

Będąc brzdacem, a potem ekhm.. uczennicą niższych klas podstawówki bardzo lubiłam przeglądać ówczesny Internet, czyli Encyklopedie PWN tomów 5. Z tej właśnie księgi pochodzi dużo moich podróżniczych tęsknot i marzeń. W niej też, po raz pierwszy w życiu przeczytałam o Raflezji Arnolda, najwiekszym kwiecie świata, którego średnica przekraczać może metr. Wyobrażacie sobie taki gigantyczny kwiat?

Raflezję niełatwo jest znaleść. Jest endemiczna – rośnie głównie na Sumatrze, Jawie i Borneo, można ją spotkać w Malezji, podobno nawet w Tajlandii. Tak więc od początku naszej indonezyjskiej przygody zacierałam ręce i trzymałam kciuki, by wstrzelić sie w sezon, miejsce i czas, tak by tego kosmicznego giganta na własne oczy zobaczyć.

 

raflesia fot Joanna Nowak

Raflezja Arnolda – moje wielkie podróżnicze marzenie. Bukittinggi, Sumatra, Indonezja.

 

Okazja nadarzyła się dopiero w Bukittingi, słynącej zresztą z występowania raflezji. W każdym biurze podróży, guesthousie czy hostelu widziałam olbrzymie plakaty nęcące wyciecząę do dżungli, oczywiście z wykwalifikowanym przewodnikiem. Niestety, bez niego się nie obejdzie. Tylko przewodnicy wiedzą, czy i gdzie kwitnie rafleza. Ich praca to nie tylko prowadzenie turystów, ale i ciągłe wędrówki po dżungli w poszukiwaniu kwiatów, które kwitną tylko pięć dni (no, czasem do tygodnia)i, po czym zamieniają się w olbrzymią, czarną, zasychającą plamę. Najpiękniej raflezja wyglada w drugim lub trzecim dniu kwitnięcia – jest wówczas najokazalsza, dobrze nawodniona, z prawie prostymi płatkami. Z czasem owe płatki podwijają sie pod spód, wiec olbrzymka wizualnie maleje, niemniej jednak wrażenie wciąż jest duże . Rozmiar raflezji zależy od różnych czynników, wahając się od 80 do 105 cm, co bezsprzecznie daje mu pierwsze miejsce w konkursie na najwiekszy kwiat świata. I zdaje się – najcięższy, bo rekordzistka ważyła 10 kg.

Raflezja bezsprzecznie wygrywa też konkurs na najszybciej powiekszający się w procesie ewolucji organizm. Otóż przez 46 milionów lat powiekszyła się 80 razy. Obawiam się jednak, że na tym sie skończy, bo raflezji grozi wyginięcie. Po pierwsze, ekspansja homo sapiens wiąże się z wytrzebianiem lasów deszczowych i tym samym ograniczaniem siedlisk raflezji. Sytuację dodatkowo pogarsza dość skomplikowany sposób rozmnażania się rośliny. Kwiaty raflezji sa rozdzielnopłciowe, w zwiazku z czym jeśli pan Raflezja nie znajdzie sie w okolicy pani Raflezji w tym samym czasie, to klapa. Nie wykształcą okrągłe owoce, które zawierają tysiące drobnych nasion, a szansa na rozpowszechnienie się gatunku zniknie.

 

raflesia flower and bud of raflesia

Kwiat raflezji oraz jej pąk – dwie osobne rośliny. Bukittinggi, Sumatra, Indonezja

 

Załóżmy jednak pozytywny scenariusz. Meski kwiat Pana Raflezji zazębi się choć na chwilę z kwitnieniem Pani Raflezji i powstaną nasiona, które następnie trafią na właściwego żywiciela (lianę z rodzaju Tetrasigma ) i cykl życia zacznie się na nowo. Zabierze on jednak długie 4 lub nawet 5 lat, co też nie służy podtrzymaniu gatunku.

W tym czasie roślina najpierw wykształci rodzaj plechy, potem nitkowate ssawki, za pomocą których połączy się z tkankami żywiciela. Bo raflezja, najwiekszy kwiat świata jest niczym wiecej, jak zwykłym pasożytem! W dodatku kosmicznym, bo składającym sie dosłownie tylko z kwiatu. Nie posiada ona ani łodygi, ani liści, ani korzeni, nie prowadzi też procesu fotosyntezy, tylko za pomocą „kłączy” ciągnie wodę i substancje odżywcze od liany – ofiary. To fascynujące jak przyroda działa, wszak przecież raflezja pasożytuje na lianie, która sama jest pasożytem, takim boa-dusicielem pomału uśmiercającym drzewo matkę..

To nie wszystkie komplikacje życiowe, którym próbuje sprostać raflezja. By powstały nasiona, oprócz wstrzelenia się Pana Raflezji w wąziutkie okno kwitnięcia Pani Raflezji (czyli po 4-5 latach rozwoju 5- 7 dni obecności kwiatu) musza zostać spełnione inne warunki. Otóż w okolicy muszą rosnąć liany, na których raflezja pasożytuje, żyć muchówki, które zajmują się zapylaniem, a także chrząszcze, wiewiórki i inne zwierzęta, które będą roznosić nasiona po okolicy.

Mając to wszystko na uwadze, nietrudno zrozumieć, dlaczego do raflezji podchodziłam z czcią niemal nabożną, a w dniu, w którym miałyśmy ruszać na poszukiwanie indonezyjskiego kwiatu paproci obudziłam sie o 4 am.

Przed wyjazdem zrobiłam oczywiście wywiad w kilku miejscach, nie chcąć narazić sie na koszty w związku z moją białą skórą i obecnościa Gajki. Wiadomo, skoro biała podróżuje z dzieckiem, to kasę ma, a jak kasę ma – to należy ją wyciągnąć. Miałam nieco szczęścia, bo poznałam miejscowe osoby (wiwat couchsurfing!), które całe know-how mi sprzedały. Uzbrojona więc w wiedzę, energię i chęci ruszyłam razem z moim Gajonem szukać busika do Bukit Palupuh.

 

mapa bukittinggi

By złapać busik do Batabg Palupuh wystarczy iść na podziemny parking w miejscu zaznaczonym na mapie. Bukittinggi, Sumatra.

 

Nie było to trudne zadanie. Busy stały na podziemnym parkingu na przeciwko targu, w miejscu zaznaczonym na rysunku. Zapłaciłyśmy 8 tyś. rupii za bilet dla mnie, poprosiłyśmy kierowce, by wysadził nas przy „House of Raflesia and Luwak Coffee” i gdy busik sie zapełnił – ruszyliśmy.

 

mapa raflesia and luwak center

Droga do Bukit Pulupuh zajmuje max 20 minut. Kierowca wysadza turystów przed drogowskazem prowadzącym do „Raflesia and luwak center”. Koszt przejazdu – 8 tysięcy.

 

Podróż trwała może z 20 minut. Kierowca wyrzucił nas dokładnie tam, gdzie należało. W bok odchodziła wąska droga z wyraźnym”raflezjowym” drogowskazem. Nie zastanowiając sie wiele, wzięłam Gajona za łapke i poszłyśmy przed siebie.

Przeszłyśmy może ze 100 metrów gdy usłyszałyśmy dźwięk nadjeżdżającego motoru.

– Chcecie zobaczyć raflezję? – koleś w średnim wieku zajechał nam drogę.

– No English – odpowiedziałam, wietrząc jakiś podstęp.

– To musicie mieć przewodnika – odpowiedział niezrażony koleś – Jak masz na imię? Skąd jesteś? Gdzie Twój mąż? – lustrował mnie wzrokiem od stóp do głów.

Bez słowa wyminęłam go i ruszyłam naprzód.

– Właśnie jest jeden turysta, który zaraz wyruszy do dżungli! – krzyknął doganiając nas na motorze. – Jeśli chcecie, możecie ruszyć razem z nim!

– Berapa? (Za ile?) – zaptyałam krótko z kamienną twarzą.

– Eeeee.. 70 tysiecy! – odpowiedział, niby z namysłem.

Już wiedziałam, że to nie przewodnik. Cena za przewodnika wynosi 100 tyś rupias od grupy. Co prawda w turystycznym hostelu zażyczyli sobie 100 od osoby, ale lokalni ludzie powiedzieli, że przewodnik bierze 100 tysiecy bez względu z iloma ludzmi idzie. No tak, zrozumiałe, organizując wycieczkę, hostel bierze prowizję oraz płaci transport. Jeśli się robi wypad na własną rękę, pośredników nie ma. No chyba, że przypląta się taki, jak ten obok. Tyle że ja pośrednika ani nie potrzebowałam, ani nie chciałam.

– Za drogo. Moja cena to 50 tysięcy. – odpowiedziałam z kamienną miną.

– No nie! Cena to 70 tysiecy! Trzeba iść daleko! Teraz raflezja kwitnie poza rezerwatem! Poza tym musimy ją najpierw znaleźć!

– Dziś poza rezerwatem, jutro za Twoim domem. – odpowiedziałam filozoficznie, nie zmieniając ani tempa, ani wyrazu twarzy – Cena za przewodnika to 100 tysięcy. Są dwie osoby. Płacę 50.

Z daleka widziałam już i przewodnika, i turystę. Wyraźnie na mnie czekali.

Gdy tylko znaleźliśmy się w zasięgu głosu, naganiacz zaczął coś gwałtownie peorować. Turysta ubrany w cieniutką, niebieską koszulę, podkreślającą karnację oraz kolor oczu, zrobił zdziwioną minę.

– O co chodzi? – zapytał z franscuskim akcentem

– O cenę. Przewodnik bierze stówę. Nas jest dwójka, więc powiedziałam im, że płace pięcdziesiąt.

– Serio? No tak, ja juz zapłaciłem w hotelu 100 tysięcy. Czyli naciągneli mnie. Ech, trudno, w sumie te kwoty są tak niskie, że to i tak bez znaczenia..

– No nie, nie chcę przepłacać i nienawidzę być oszukiwaną. –  odpowiedziałam zgodnie z prawdą – Moja cena to 50. Wszystko zgodnie z taryfami.

– 70 siat! – wykrzyknął naganiacz, rozumiejąc naszą angielską wymianę zdań.

– 50siąt – odpowiedziałam spokojnie.

– 60siat – zszedł nagle naganiacz.

– 50siat – powtórzyłam, a przewodnik powiedział coś po indonezyjsku.

– No dobra, piedziesiąt – przystał nagle naganiacz.

– Stoi. – odpowiedziałam, odwracając sie na pięcie.

Ruszyliśmy do dżungli.

 

 

***

Ciąg dalszy historii ukryty jest we wpisie: „Raflezja, czyli jak zgubiłyśmy się w dżungli”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Renia Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] Raflezja – moje podróżnicze marzenie […]

Renia
Gość
Renia

Solidny kawałek wiedzy. Dziękuję. Poproszę jeszcze film o ryżu❤😍

x

Check Also

Wodospad Sekumpul – ósmy cud świata

Wodospad Sekumpul nie bez kozery zwany jest ósmym cudem świata. Leżący na ...