Home / AZJA / Filipiny / Zupa z małży

Zupa z małży

Poprzednią część historii znajdziesz we wpisie pt. „Agihis – czyli zbieranie małży”

 

Na farmie nie ma ciepłej wody. Myjemy się z Gajonem w zimnej, nie przepadając za tą przyjemnością. Dziś jednak decydujemy się na rozpustę i po raz pierwszy grzejemy pełny sagan. Akurat kończę myć Gaje, gdy wołanie wyciąga mnie z łazienki. Przed naszym patio stoi Angela.

– Ate!.. – nie posiadam się ze zdziwienia – Coś się stało?.. Coś się wydarzyło?..

– Przyniosłam małże. – mówi po prostu Angela – Na zupę.

– Na zupę?.. Ate!.. – mówię przerażona, wiedząc ile czasu zajmuje nazbieranie takiego worka – Przecież ja nawet nie umiem jej ugotować! Ate.. Dziekuję.. Nie trzeba.. Weź prosze dla rodziny.. Ja i tak nie wykorzystam, nie umiem..

Angela protestuje.

– Ate, ile za to? Pozwól mi to kupić.

Angela patrzy na mnie z oburzeniem.

Cicho przeklinam siebie za niezręcznie sformuowane pytanie. 

Angela coś mówi po tagalsku, na coś wskazuje palcem.

Podążam za nią wzrokiem.

Kuya Mang Naning, pracownik tutejszej farmy, rybak, poeta, omamiacz młodych dziewczątek przycina pnącza zwisające z dachu kuchni.

Nagle rozumiem.

– On wie? Umie gotować małże?

Angela kiwa głową, uśmiecha się szeroko.

– Kuya cooks soup. Soup good. (Kuya gotuje zupę. Dobrą zupę)

Wykrzykuje jeszcze parę słów do Kui, jakby sprawdzając, czy podejmie się zadania, po czym uśmiecha się jeszcze szerzej.

– Kuya cooks soup for you. Good bye.

Po czym odwraca się i odchodzi. 

Przy granicy farmy odwraca się jeszcze na moment.

– Selamat poo! (selamat: dziękuję – po: oznaka szacunku dla rozmówcy) – krzycze. 

Kuya (brat – tak zwyczajowo zwraca się na Filipinach do wszystkich mężczyzn) Mang Naning jest bardzo uradowany.

– Lubisz filipińskie jedzenie? Naprawdę? – jeszcze się upewnia – bo mieliśmy takiego surfera, Johna, który mówił, że nasze jedzenie jest najgorsze na świecie. Nic nie tknął, tylko sobie steki smażył. Ale była i taka Anna z Singapuru.. – rozmarza się – Ona jadła wszystko, co jej ugotowałem.. 

O Annie słyszałam od hostów. Kuya najwyrazniej się nią zauroczył.

– A zupę gotuje się łatwo. Całe życie tak gotowałem. Wszyscy tu tak gotują. Jak mieszkasz nad morzem, to żyjesz z morza, jesz to, co ono daje.. – bardzej się domyślam, niż rozumiem to co mówi. Mang Naning mówi bardzo niewyraźnie, w tagalog wplatając angielskie słowa.

– Patrz jakie to proste. Smażysz cebulkę z czosnkiem i imbirem na złoty brąz, zalewasz to wszytko wodą, a jak się zagotuje, wrzucasz umyte i odsączone małże. Minutka i się otwierają. Dosalasz do smaku i sinabawang agihis (zupa z małży) gotowa. Łatwe, prawda?

Przyglądam sie zupie podejrzliwym okiem. 

Tyle?

Naprawdę?

– Spróbuj! – namawia Mang Naning  – Jest pyszna!

Nabieram odrobinę rosołku. 

Faktycznie. Zupa jest świetna. Intensywny, imbirowy smak z domieszką cebulowego łechce moje smakowe kubki. Kiwam głową z uznaniem, a Mang Naning patrzy na mnie z dumą.

 

 

– Sinabawang agihis – zapamiętasz? 

– Jasne, że zapamiętam – zapewniam, choc nie jestem do końca pewna, czy nazwa faktycznie zostanie w mojej głowie na dlugo. Natomiast smak zupy z małży – z pewnością. Dobre jest to filipińskie jedzenie, przez wiekszość okrzyknięte jako mięsne, tłuste i nieciekawe. Faktycznie, to z garkuchni wcale smakiem nie porywa. Ale wystarczy wejść do zwykłego domu, a tam na stole stają faktycznie frykasy – Ginataang Puso ng Saging, czyli kwiat banana ugotowany w kokosowym mleku,  Humbang Langka – czyli owoc chlebowca ugotowany w sosie sojowym, octem i odrobinką cukru czy Ginataang Talong, czyli bałkażany ugotowane w kokosowym mleku. Wszystko podane z ryżem i wodą do popicia. 

Fantastyczna sprawa, tymi potrawami zajadam się od poczatku naszego pobytu i wciąż nie mam dość. A do tego jeszcze przecież tyle potraw z ryb, no i oczywiście nieśmiertelnego mięsa.

Zapytałam naszego hosta, jak to jest, że żyjacy na nizinach Filipińczycy zjadają takie ilości mięsa i skąd się u nich taka mięsna kuchnia wzięła. Vic potwierdził moją teorię.

– Mięso jest synonimem bogactwa. Jeśli jesteś biedny, to jesz ryż z jakimś gotowanym warzywem, albo – jeśli umiesz złowić, to z  kawałkiem ryby. Jeśli jesz porządne mięso, to znaczy, że masz pieniądze. No więc ludzie jedzą mięso na potęgę.

Może właśnie dlatego trudno dostać potrawy warzywne w mga karinderia (garkuchniach), bo kto chce obnosić się z faktem, że je jak biedak?..

Zupa z małży ma jeszcze jedną bardzo fajną cechę. Otóż bardzo socializuje ludzi. Wyobrazcie sobie, ile zajęło nam wyjedzenie tych małych małży z malutkich muszelek. Oczywiście część z nich wypadła przy gotowaniu, ale sporo z nich należało bądź wyssać, bądz w ustach dokonac operacji oddzielających zupkę od twardych skorupek. Zabawa przednia i czasochłonna, więc można siedzieć i gadać, i wysysać, i opowiadać, spędzając całe popołudnie z rodziną lub znajomymi. A wartością dodaną całej tej zupki są z pewnością muszelki, które Gaja – jak nie przymierzając Kopciuszek – pracowicie sortowała, dzieląc je na kupki w zależności od rozmiaru, koloru i kształtu.

I tak oto doszła nam nowe doświadczenie i umiejętność – znajdowania małży i gotowania z niej zupy.

Kapitalnie!

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
x

Check Also

Krótka przerwa, Boss

Budowa sklepu

Poprzednia część opowiadająca o budowie sklepu znajdziecie we wpisie pt. Jak otworzyć ...