Home / AZJA / 365 dni pandemii

365 dni pandemii

Dokładnie dziś, choć rok temu, na lotnisku w Abu Dabi po raz ostatni uściskałyśmy Firasa. Ciężki miesiąc pełen wewnętrznej szarpaniny, zbierania informacji, konsultowania z autorytetami i prób oszacowania niebezpieczeństwa dobiegł końca. Decyzje, okupione bólem brzucha i nieprzespanymi nocami zostały podjęte. Pandemia, jej rozwój i czas trwania były niewiadome. Dochodziły nas słuchy, że Europę zamkną na długo. Miałam świadomość, że jeśli w Europie będzie źle, to w częściach świata, które nas pociągały, będzie tragicznie. Kraje zatrzaskiwały się jeden za drugim, panowała atmosfera grozy, ludzie nieprzychylnie spoglądali na przybyszów.

Nie było na co czekać.

Wracałyśmy do Polski.

 

Firasowe procedury bezpieczeństwa.

Firasowe procedury bezpieczeństwa czyli poranny i wieczorny pomiar temperatury. Dubaj zamnkął się zaraz po naszym przylocie. Zakażonych przybywało.

Pamiętam  nerwy, jakie mną targały, gdy przemyśliwałam organizację powrotu. Jak zrobić, by się nie zarazić? Jak poruszać się po lotnisku, by jak najmniej przedmiotów dotykać? Jak radzić sobie z otwieraniem drzwi? Szczegóły o których musiałam pamiętać jawiły się przede mną długą listą rzeczy do dopilnowania, przemyślenia i przygotowania. Ot, taka prosta rzecz, jak dezynfekcja. Skąd wziąć żel do rąk, skoro wszystkie zapasy zostały dawno już wykupione? A maski?

 

Firas odbiera nas z lotniska w Dubaju

Smutek i niepewność. Firas odwozi nas na lotnisko.

Gratulowałam sobie przezorności i szczęścia. Miałam dwie ostatnie maski z sześciu, które przywiózł odwiedzający nas na Sri Lance przyjaciel. Pamiętam, jak pisał w styczniu, że kupienie maseczki w Rosji, gdzie na co dzień mieszka, zaczyna graniczyć z cudem. Udało się jednak, swoimi kanałami zdobył kilka, nam przywiózł sześć. Miałyśmy więc w ręku skarb bezcenny.

 

Lot do domu, Abu Dhabi.

Lot do domu, Abu Dhabi. 

Pierwsze cztery maseczki poszły na przejazd przez Sri Lankę, a potem na lot do Dubaju. Zostały więc dwie – akurat na #lotdodomu. Gorzej było ze zdobyciem czegokolwiek do dezynfekcji. Nasz malutki żelik, który dorzucił nam znajomy do maseczek właśnie się kończył. Zdobycie takiego prostego środka do dezynfekcji, nawet w środku cywilizowanego i bogatego Dubaju, w zeszłym roku graniczyło z cudem.

Cud się jednak wydarzył. Firas, sobie jedynie znanymi drogami zdobył małą buteleczkę najcenniejszego wówczas dobra i pieczołowicie rozlał ją do dwóch jeszcze mniejszych. Jedną z nich wręczył Gajce.

– No, to macie już swój żel. – rzucił wesoło, jak to Firas – Pilnuj mamę tylko, by dezynfekowała ręce!

 

lot do domu

Dwie ostatnie maseczki – sprzęt na wagę złota.

 

Gaj bardzo wziął sobie to polecenie do serca, tak samo, jak nasze wewnętrzne procedury. Ot, chociażby tą, że na lotnisku, jeśli nie trzyma mnie za rękę, musi trzymać ręce w kieszeni. Że ja jestem od otwierania drzwi i pomocy w ubikacji. Że kiedy tylko się da, używamy kolan i łokci.

Co prawda procedury lotniskowe miałyśmy już przećwiczone na trasie Sri Lanka – Dubaj, więc było mi trochę spokojniej na duszy. Ale do tego wszystkiego dokładało się ogromne zmęczenie całą, trwającą od dawna sytuacją, plus wyzwania organizacji samego powrotu do domu. Obawiałam się też fakapu na Okęciu, gdzie potrafiono stłoczyć kilka samolotów przywożących Polaków z różnych stron świata. Zresztą, lęk o to, na co nie miałam wpływu, był ogromny.

 

Abu Dhabi, lotnisko.

Abu Dhabi, lotnisko. Zgodnie z zaleceniami trzymałyśmy się z dala od innych.

 

Nigdy nie zapomnę momentu, gdy miły głos stewardessy obudził nas nad Polską.

– Podchodzimy do lądowania – usłyszałam – proszę zapiąć pasy!

– To już?.. – wyszeptałam – To naprawdę już?..  Już koniec?…

Oczy zaszły mi łzami. Te łzy kapały cały czas, gdy samolot zniżał wysokość, gdy zobaczyłam ogromniejące zabudowania Warszawy, a potem szybko zbliżającą się płytę lotniska.

 

lot nad chmurami

Tam, pod chmurami jest już Polska…

– To naprawdę koniec?.. Koniec naszej wielkiej przygody?… – szeptałam, gdy koła samolotu podskoczyły na mokrym od deszczu pasie startowym, a silniki zawyły hamując. – Przecież to niemożliwe… To nie może być Warszawa…

To była Warszawa. Szare zabudowania terminali patrzyły na mnie melancholijnie, samolotowe okna pokryły się kroplami deszczu. Przyglądałam się marcowemu Okęciu w smutnym zdumieniu, tak samo, jak zdumiona byłam faktem, że rozumiałam wszystkie toczące się wokół mnie rozmowy. Jakie to było dziwne – wszyscy rozmawiali  po polsku, tłocząc się w wąskim przejściu w kierunku wyjścia.

Nie spieszyłam się. Odwróciłam tylko twarz do okna, by nikt nie widział moich łez. Gaja przytuliła mnie mocno. Ona jedna je dostrzegała, świadkowała memu wielodniowemu niepokojowi, czuła rozdarcie, rozumiała, co się dzieje.

– Nie martw się mamuś… – wyszeptała – To po prostu nowa przygoda…

– Masz rację córeczko.. – krótkim ruchem ręki przetarłam oczy. – Zobaczymy babcię i dziadzia niedługo. I przed lotniskiem będzie czekał nasz biały samochodzik. A podróż przecież się nie kończy – przed nami nowy kraj i nowa przygoda…

 

Powrót do domu, Polska

Powrót do domu, Polska. Jestem wykończona.

 

***

Minął rok od tego dnia. Przedziwny rok, który trudno podsumować. Rok pełen niewiadomych, pełen tragicznych wieści płynących od przyjaciół ze wszystkich stron świata, informacji o kolejnych lockdownach, śmierciach, strachu, biedzie i niepewności jutra. Rok zupełnie inny od tego, który spodziewałam się przeżyć po naszym powrocie, kiedykolwiek on miał nastąpić.

Przecież miałyśmy zamieszkać w Krakowie, miałyśmy Was wszystkich poznać, miałyśmy, opowiadać o naszych przygodach i słuchać, co u Was słychać. Chciałyśmy otworzyć nasz domek na świat, tak jak świat otwierał się na nas. Gościć Was. Cieszyć się Waszą obecnością. Żyć.

Ale zamiast tego wszystkiego przyszedł wirus, lockdown i totalna zmiana. Z życia pełnego przygód, ludzi i kolorów trafiłyśmy na izolację w paru metrach kwadratowych, w bezruchu, w lęku przed zachorowaniem.

 

Nilaveli, nasz szpital

Nilaveli, Sri Lanka. Szpital. 

 

Z pierwszych kilku tygodni w Polsce pamiętam tylko ogromne napięcie ściśniętych stresem mięśni. Niby działałam, niby byłam z Gają, rysowałam z nią, robiłam zadania, gotowałam nam obiady, układałam puzzle, czytałam jej książki, nawet ćwiczyłyśmy i biegałyśmy po mieszkanku Marcina, które użyczył nam na kwarantannę, jednak z tego okresu prawie nic nie pamiętam. Byłam wówczas w jakimś stuporze, dziwnym półśnie, który kompletnie wyłączył moje wnętrze. Wokół wszyscy korzystali z lockdownu, robili generalne porządki, wydawali tutoriale, prowadzili live’y, uczyli się na wirtualnych kursach i rozpływali w zachwycie, oglądając opery on line, a ja trwałam sparaliżowana dławiącym strachem, który odbierał oddech i mącił umysł. 

 

Filipiny, Banaue, rice terraces

Filipiny, Banaue. Pomagamy zaprzyjaźnionej rodzinie w zbiorach ryżu. Tarasy są tak strome, że ryż zbiera się ręcznie. Do wioski nie ma dojazdu, leży ona głęboko w górach Luzonu. By się do niej dostać, trzeba iść ścieżką od wąskiej dróżki, którą dojeżdża transport i każde dobro przynieść na plecach. Nie raz biegłam myślami do nich, słysząc o drakońskim lockdownie na Filipinach, choć w ich przypadku to nie lockdown był problemem, ale brak jakiejkolwiek opieki medycznej. 

 

Gdy po czterech tygodniach dobrowolnej kwarantanny (bo wówczas były doniesienia, że u pewnego procenta osób wirus rozwija się do 28 dni) wyszłam po raz pierwszy na zewnątrz, czułam się jakby zwolniono mnie z kilkuletniej odsiadki. Wreszcie mogłyśmy wrócić do domu, do rodziców, do zieleni lasu i szumu rzeki płynącej niedaleko. No i wirus był w odwrocie! Nawet myśleć zaczęłam nieśmiało o powrocie na szlak, jednak wieści, które spływały do mnie ze znanego nam świata szybko osadziły nas w miejscu. Wszędzie było źle lub bardzo źle. Kraje się zamknęły na dobre, nikt nawet nie marzył o ich otworzeniu.

 

Nilaveli Beach.

Nilaveli Beach, nasz mały raj. Tu zatrzymałyśmy się na dłużej. Stąd uciekałyśmy przed zarazą.

 

W Polsce za to wybuchła wiosna! Przyglądałam się jej w zdumieniu. Niby wszędzie się zieleniło, a jednak naszym kolorom daleko było do tej wyuzdanej, lubieżnej zieloności, która przez tyle lat pieściła moje oko. Niebo też było inne. Niby błękitne, a jednak ten odcień błękitu nie miał tamtej głębi, tej niezwykłej intensywności, która porywała mnie w tropikach. Przyroda była taka stonowana i… bezpieczna. Nie groziły nam tajfuny ani trzęsienia ziemi, nie dotyczyło nas tsunami, nie musiałam myśleć już o krokodylach, wężach i komarach, mrówki i małpy nie kradły tu jedzenia, na ulicach nie było wygłodniałych psów, świat jawił się jako spokojny i przyjazny. Świecące słońce poprawiało morale, ciepła woda w kranie doprowadzała do wybuchów radości, szorstki ręcznik codziennie rozczerwieniał ciało, a z miękkiego i wygodnego łóżka nie chciało się wychodzić.

 

Polska. Łąka pełna kwiatów.

Polska. Czerwcowa łąka.

Polska to dobre miejsce do mieszkania. Jasne, że są lepsze. Ale o ileż więcej jest gorszych. Do dziś uderza mnie obfitość jedzenia i zaskakuje jego forma. Otwierając lodówkę podświadomie oczekujękilku owoców i warzyw, słodkich bułek schowanych tam przed mrówkami i chłodzącej się wody. Zamiast tego widzę obfitość wędlin, serów, jogurtów, masła, pierogów, sałatek, past i ciasta, opakowanych w jednorazowy plastik. Najciekawsze jest to, że skład jej nie zmienił się zbytnio, bo tak samo zaopatrzana była lodówka przed moim wyjazdem. Zmieniła się moja percepcja, bo przez te wszystkie lata żyłyśmy, gotowałyśmy i jadłyśmy bardzo prosto, dlatego złożoność, obfitość i stopień przetworzenia naszego jedzenia wciąż zbija mnie z pantałyku. Niemniej jednak doceniam i zachwycam się nim, choć często aż mnie ściska z bezsilności, gdy widzę, ile jedzenia wyrzucają chociażby hipermarkety. Myślę wówczas o moich Mangianach, których głównym pożywieniem jest często ryż z sosem sojowym. Nie dlatego, że lubią, ale dlatego, że zwyczajnie nie stać ich na więcej. 

 

Wędrówka brzegiem Bałtyku.

Wędrówka brzegiem Bałtyku.

 

Doceniam Polskę za wiele rzeczy. Za bezpieczeństwo. Za dostęp do szkół. Za służbę zdrowia. Za spokój, z jakim można tu żyć. Za możliwości, jakie daje. I oczywiście – jest wiele miejsc, w których jest lepiej, i dobrze, że na nie patrzymy, bo równać należy do lepszych. Ale ja nie umiem przestać widzieć świata, przez który jechałyśmy tyle lat. Pełnego nierówności i ogromnej biedy. Z byle jakimi lub żadnymi szkołami. Ze szpitalami, gdzie leczy się aspiryną, a kroplówkę wiesza na bambusie. Świata bez perspektyw na poprawę, żyjącego z dnia na dzień, gotującego na ogniu, tonącego w śmieciach, którego nie zobaczycie na folderach agencji turystycznych, bo i po co.

 

Nikaragua. Mielenie kawy.

Nikaragua, Puerto Jimenez. Dom naszych hostów. Gajon mieli kawę na… kawę 😀

 

Miałam niezwykłe, życiowe szczęście, że urodziłam się właśnie tutaj. I choć Polska na tle świata przeciętną ma urodę i przeciętny klimat, doceniam ogromnie możliwości, które daje. I mam przekonanie graniczące z pewnością, że większość spotkanych po drodze ludzi chętnie zamieniłaby się z nami i zamieszkała właśnie tu, nad Wisłą…

 

Ciąg dalszy nastąpi…

Postaw mi kawę na buycoffee.to

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

9 komentarzy
Newest
Oldest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Gosia
Gosia
1 miesiąc temu

Bardzo mi się podoba Twój wpis. Nie dawno odkryłam Twój blog. Bardzo wam kibicuje. 🙂 My jako polski naród mamy skłonność do narzekania a często nie doceniamy że mamy dostęp do wielu rzeczy. Ja zawsze mówię że nie ma kraju idealnego. Nie mam dużego doświadczenia podróżniczego. Byłam na przez 3 miesiące w Anglii, 3 lata w Holandii i wróciłam nie dawno. Chcę w kraju tulipanów zostać na stałe czego wielu polaków nie rozumie ale nie musi bo to moje życie. 🙂 Wszystkiego dobrego 🙂

Anastazja Szczukowska
4 miesięcy temu

Bardzo dobrze czyta mi się tego bloga, świetne ma Pani wpisy, pozdrawiam 🙂

Kasia Kos
Kasia Kos
5 miesięcy temu

Ohhh, niech ta pandemia się kończy :(, ślicznie Pani wygląda 🙂

Beata
Beata
6 miesięcy temu

Kochana Asiu, piękny wpis. Moja historia jest inna, ale odczucia mam bardzo podobne. Pełna lodówka, przepełnione półki sklepów, wypchana szafa, gadżety kuchenne. Tyle tu (mam na myśli rozwinięte kraje, nie tylko Polskę) wszystkiego. A do tego, ludzie wiecznie czymś zajęci, albo po prostu rozproszeni bogactwem świata materialnego. Z jednej strony jest tu wszystko, a a z drugiej tyle brakuje. Brakuje prostoty, brakuje bliskości, brakuje bycia, no i… tych niezwykle bujnych kolorów. No ale jak to mądra Gaja powiedziała to następna przygoda. To kolejna lekcja i szansa. Wszystko zależy od Nas jak na to spojrzymy. ??? I by the way – jak ja się bardzo z Tobą zgadzam – „ jesteśmy sumą naszych doświadczeń” – nie oceniajmy. ??❤️

Gośka
Gośka
6 miesięcy temu

Uwielbiam Was dziewczyny?Wasze wpisy,opowieści i zdjecia i myślę ,że kiedyś się to skończy i wrócicie na swój szlak.Dla Gajki napewno fajną przygodą jest poznawanie Polski,bo dla niej to napewno coś innego niż znała do tej pory.Czekam na drugą część wpisu.Buziaki z Grecji ?

Magda
Magda
6 miesięcy temu

Świetnie się to czyta, dziękuję za Twoje piękne teksty ?
Mam pytanie odnoście edukacji Gajki? Czy w czasie podróży jesteście na edukacji domowej? Może gdzieś o tym pisałaś, ale przegapiłam.

Magda
Magda
6 miesięcy temu

Zatem będę wypatrywać takiego tekstu ?
Wszystkiego dobrego, dziewczyny ?

x

Check Also

Pigeon Island. The beach.

Jak topi się człowiek?

„Jak topi się człowiek” to druga część historii opisanej w tekście: „Zaginął człowiek”. Ratownicy systematycznie ...