Home / Inspiracje / Natalia i Wojtuś

Natalia i Wojtuś

„Szczęście, szczęście, cóż to jest?

Szczęścia dziś szukamy.

Szczęście, szczęście, cóż to jest?

Oto dziś pytamy…”.

Śpiewam tą piosenkę i gładzę się po brzuchu, w którym mieszka synek.

Pewnego zimowego dnia czar pryska. Stoję na podwórku trzymając walizkę w jednej ręce, a dziecko w drugiej. Mój ułożony i stabilny świat rozleciał się na kawałki – pustka w głowie. Zajrzałam do walizki, było tam jeszcze trochę wolnego miejsca. Schyliłam się, pozbierałam kawałki siebie i spakowałam do środka. To, czego nie udało mi się pozbierać, zastąpiłam miłością i szacunkiem. Podniosłam głowę do góry. Mogłam tkwić w stereotypach uciemiężonej, samotnej matki. Wolałam jednak strzepać kurz z ramienia, poprawić fryzurę, uśmiechnąć się do świata i z przytupem wkroczyć w samodzielne macierzyństwo.

 

Natalia i Wojtuś biebrzanski-park-narodowy

Natalia i Wojtuś. Biebrzanski Park Narodowy.

 

Poznajmy się…

 

Usiądź wygodnie w fotelu, zaparzę Ci kubek ulubionej herbaty i opowiem, kim jestem. Mam na imię Natalia i wraz z synem Wojtkiem tworzę podróżniczy tandem o nazwie: „Jadę z dzieckiem – przez świat rowerem i pieszo.” W moich życiowych planach nie było wzmianki o wychowaniu dziecka w pojedynkę. Nie było czasu, żeby schować się w kąt przed całym światem i wypłakać się, nie było „żałoby”. Przed wyruszeniem w drogę, realizując projekt „Samodzielne Macierzyństwo”, zapakowałam do plecaka wszystkie obowiązki, troski, radości, szczęśliwe chwile, po czym zarzuciłam go na swoje barki. Przed pojawieniem się syna organizowałam miesięczne podróże rowerowe po Polsce i krajach europejskich. Surowe warunki oraz spanie pod namiotem nie były mi obce. Jednak samodzielne stawianie czoła codzienności coraz bardziej wgniatało mnie w ziemię.

 

Szafa na wszystkie troski

 

Stałam się Solo-Mamą, która pomiędzy pięknymi chwilami ze swoim dzieckiem, wieczorem chciała wypić kubek gorącej herbaty (nie zimnej, nie ciepłej, a gorącej!). W trudnych momentach miałam ochotę zamknąć się w szafie, żeby nikt nic ode mnie nie chciał, żeby obowiązki ciągle mnie nie wołały… Chciałam w spokoju i ciszy usłyszeć swoje myśli. Tą szafą okazały się podróże. Znalazłam w niej różowe okulary. Zaczęłam odgrzebywać swoje marzenia i wycierać je z kurzu. Dałam sobie czas. Najpierw codzienne spacery, z czasem coraz dłuższe i bardziej wymagające. W ciągu pierwszego roku, syn przemierzył w wózku blisko 2500 km. Pierwszy wspólny lot i kilkudniowy pobyt w Holandii sfinansowała nam moja siostra. Syn miał wtedy 5 miesięcy. Miesiąc później za oszczędności kupiłam przyczepkę rowerową i pojechaliśmy na trzydniową wycieczkę na Kaszuby.

 

Na trzytygodniową podróż po rodzinnym Podlasiu odważyłam się, kiedy Wojtek miał 7 miesięcy. Obładowana jak wielbłąd z przyczepką rowerową wzbudzałam radość wśród pasażerów pociągu. To mi uświadomiło, że zawsze znajdzie się ktoś chętny do pomocy i nie ma, czego się bać. Wspólnie zaczęliśmy brać udział w różnych wydarzeniach, zdobywaliśmy razem medale. A to ciągle nie było to. Czułam, jakbym wyjęła z szafy trochę przyciasną sukienkę. Wsadziłam głowę w jej głąb i wertowałam małe i duże marzenia, próbując oddzielić to, co mi się wydaje, że chcę, od tego, czego potrzebuję naprawdę.

 

Natalia i Wojtuś.

 

Pokażę Ci swoje marzenia

 

Chodź, przeszukamy wspólnie moją szafę marzeń. Zobacz, tutaj masz książkę, która odmieniła moje życie. Są w niej opisane emocje, czuję je – wystarczy przesunąć palcem po ukrytej w środku mapie. Był nawet taki pomysł, żeby wybrać się w kilkumiesięczną rowerową podróż po krajach północy, jednak plany rozsypały się jak domek z kart.

 

Realizację marzenia przerwały dwa wstrząsy anafilaktyczne, kilka pobytów w szpitalu i niepewność jutrzejszego dnia. Zyskałam natomiast nową towarzyszkę – adrenalinę. Wiesz, odłóżmy tą książkę na półkę. Teraz, kiedy biorę ją do ręki, w uszach słyszę krzyk Wojtusia: „Nie, mama nie!”, gdy kolejny raz karetka na sygnale jedzie, żeby udzielić mi pomocy.

 

Po kilku tygodniach spakowałam sakwy  i rowerem z przyczepką wyruszyliśmy w drogę realizując projekt: „Z nocnikiem na Podlaskim Szlaku Bocianim”. Zobacz, w tej książce z twardą okładką i zaokrąglonymi rogami masz wszystko opisane. Przejechaliśmy przez trzy Parki Narodowe: Białowieski, gdzie wytropiliśmy żubra, Narwiański, gdzie mieliśmy kontakt z polską amazonką oraz Biebrzański, gdzie pośród mokradeł wyczekiwaliśmy na spotkanie z Łosiem.

 

Do tej pory zastanawiam się, jak do bagażnika niewielkiego autobusu, który zawiózł nas na miejsca startu, wszedł rower, przyczepka, sakwy oraz worki. W pamięci utkwiła mi sytuacja, kiedy nie spotkaliśmy po drodze żadnego sklepu i zostaliśmy prawie bez jedzenia. Odgarnęłam wtedy włosy z czoła, uśmiechnęłam się i podeszłam do jedynej rodziny, którą spotkałam, aby zapytać czy możemy coś kupić od nich do jedzenia. Byli tak wspaniali, że zrobili ognisko i zaprosili nas na kolację. To dodało mi skrzydeł i jeszcze większej pewności siebie. Po 250 km zapalenie spojówek zakończyło naszą podróż. Założony plan nie został do końca zrealizowany. Przez chwilę przykleiła się do mnie myśl, że może nie jestem wystarczająco silna i wytrzymała psychicznie, żeby podróżować w surowych warunkach z półtorarocznym dzieckiem…

 

Żeby pozbyć się niesprzyjających myśli, szybciutko wytarłam z kurzu kolejne marzenie – co zaowocowało powstaniem projektu: „Ciastek na Szlaku Orlich Gniazd”. To 11 dniowa piesza wędrówka i blisko 180 km w nogach, pierwsze noclegi na dziko, bezdroża, posiłki na łonie natury, fale upałów, burze w nocy, zwiedzanie zamków, brudne nogi i to niesamowite poczucie bliskości podczas pokonywania drogi z własnym dzieckiem. Wojtuś miał wtedy niespełna 20 miesięcy, a do tej pory wspomina Zamek w Olsztynie. Pamiętam tamten dzień – kupiłam opakowanie słodkich płatków śniadaniowych, litr mleka, usiadłam z synem na samym szczycie góry zamkowej i chrupiąc płatki namoczone w mleku oglądaliśmy fenomenalny zachód słońca, wpatrując się w cel naszej wędrówki – Częstochowę.

 

Natalia i Wojtuś METADATA-START

Natalia i Wojtuś. W zimowym lesie.

 

Idą Nogi

 

Rozmawiam z moim przyjacielem i pytam: „Czy powinnam…, czy to dobry pomysł?” Jego odpowiedź sprawiła, że w głowie byłam już spakowana do wyjazdu: „Ty się nie zastanawiaj czy to zrobić, tylko jak to zrobić”. Projekt małe nogi, duże nogi #IdąNogi jest naszym największym wspólnie zrealizowanym do tej pory. To piesza wędrówka z najniższego punktu w Polsce, z Raczek Elbląskich, prowadząca na najwyższy szczyt Tatr, Rysy. Przeszliśmy wspólnie 500 km i była to jedna z tych podróży, która wniosła wiele do naszego życia. Przez prawie miesiąc, wędrowaliśmy przez lasy, łąki, góry, miejsca oddalone od cywilizacji.

 

Pamiętam nadciągającą nawałnicę, nadchodził wieczór, a my schroniliśmy się pod przystankiem autobusowym. Wojtuś siedział cały brudny na plecaku, a perspektywa spania na przystanku była całkiem realna. Dzieci potrafią przełamywać granice między ludźmi – tę noc spędzamy bezpiecznie pod dachem. Do tej pory zastanawiam się, dlaczego zawsze, kiedy byliśmy w trudnej sytuacji, nagle ktoś zupełnie nam nieznany ofiarował swoją pomoc.

 

Ta wędrówka od samego początku miała dla mnie charakter symboliczny. Uświadomiła mi, że z wielu sytuacji życiowych, z każdego dołka, pokonując różne przeciwności losu, pomimo trudności, często przy wsparciu innych ludzi i swojej determinacji, jesteśmy w stanie dotrzeć na szczyt. Taki jest projekt „Idą Nogi”, to nasza droga, a cel osiągnęliśmy dzięki zupełnie obcym nam ludziom, których życzliwość i dobro sprawiły, że w każdym z tych miejsc zostawiliśmy kawałek serca. Wróciliśmy zmęczeni, a jednocześnie radośni i szczęśliwi z pięknymi wspomnieniami.

 

Natalia i Wojtuś lesna-galeria-zycie-drzew

Natalia i Wojtuś. Leśna Galeria Życie Drzew.

 

Obowiązkowy ekwipunek

 

Na każdy wyjazd zabieramy ze sobą różowe okulary, znajdując radość w małych rzeczach. Zbieranie szyszek, obserwacja owadów czy kontemplacja nad pracą mrówek może być naprawdę wciągająca. Wojtek jest moim przewodnikiem, który pokazuje mi, że wszystko,
co nas otacza może być źródłem radości. Nauczyłam się pokonywać trudności nie tylko podczas kilkutygodniowych wyjazdów, ale również w życiu codziennym. Skupianie się na problemach jest jak pielęgnowanie chwastów – lepiej poszukać rozwiązania z trudnej sytuacji, bo tylko to pozwoli ruszyć dalej do przodu.

 

Na co dzień możecie nas spotkać w lesie, gdzie idąc ścieżkami łapiemy kontakt z przyrodą, budujemy szałas, bujamy się w hamaku i czerpiemy radość z bycia ze sobą. Lubimy surowe warunki bytowe, z dala od zgiełku miasta. Wojtuś to moje małe Dziecko Lasu. W naszej dwuosobowej rodzinie są wszystkie emocje, od okrzyków radości i śmiech, po te wyrażające smutek lub zdenerwowanie, bo nie zawsze jest pięknie i kolorowo. Naszym celem jest podróż sama w sobie, która często bywa wymagająca, przepełniona zmęczeniem, jednak nasza miłość, wspólne radzenie sobie w niespodziewanych sytuacjach, śpiewanie piosenek i łapanie wspomnień wgniatają w ziemię i puszczają w niepamięć wszystkie trudniejsze chwile. Jestem szczęśliwa, że Wojtek do naszej szafy dorzuca swoje marzenia, pyta o kolejne wycieczki i czeka aż znowu zamieszkamy w najlepszym hotelu pod gwiazdami – naszym przytulnym namiocie.

 

Natalia i Wojtek pustynia-bledowska

Natalia i Wojtek. Pustynia Błędowska.

Możesz wybrać jedną z dwóch dróg: patrzeć, jak inni realizują Twoje marzenia lub zaufać sobie i pomimo pełnej świadomości, że wcale łatwo nie będzie – ruszyć w drogę! Powiem Ci więcej – warto!

 

***

 

Gdybyście chcieli skontaktować się z Natalią, napisać jej kilka słów wsparcia lub poprosić o radę, piszcie koniecznie TU!

 

 

 

 

 

 

 

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
x

Check Also

Kaja i Malina

Kiedy piszę ten tekst, siedzę sobie właśnie na balkonie w Faro. Nigdy nie próbowałam ująć ...