Home / AZJA / Anioły i demony.

Anioły i demony.

Z hosteliku do wioski było ciut ponad kilometr, z powrotem tyle samo. Niby nie było daleko, ale gdy się szło z ciężarami, droga dłużyła się niemiłosiernie. Za każdym razem starałam się kupić jak najwięcej potrzebnych nam rzeczy, ale siły limitowały mnie, więc w efekcie do sklepu musiałam iść codziennie. Najgorzej było z wodą pitną, której w upale potrzebowałyśmy dużo. Sześciolitrowy baniak zakupiony na lokalnym straganie lądował więc na mojej głowie, ciężkie, soczyste, tropikalne owoce starannie układałam w siatce, a ciężkie warzywa oraz ryż szły do drącego się już od bólu dźwigania plecaka. Dziś musiałam jeszcze dodatkowo się spieszyć. Kupiłam nam masło, towar drogi i absolutnie luksusowy, a dodatku sakramencko trudny do przenoszenia. W tropikach wystarczało parę minut na zewnątrz, by masło ze stanu zmrożenia przeszło w stan płynny i ściekając po ściankach torby, znaczyło swą obecnością wszystko, co po drodze. Wzięłam się więc na sposób. Zapakowałam masło w pojemnik na żywność i tak wsadziłam do plecaka. Jasne, że się roztopi, ale przynajmniej torba będzie czysta.

 

Warzywo

W tropikach jest mnóstwo przedziwnych warzyw i owoców.

 

Szłam drogą prowadzącą do hosteliku. Słonce przetoczywszy przez nieboskłon świeciło przyjemnie z drugiej strony nieba. Żar tropików odchodził, trwała moja ulubiona pora dnia – czyli późne popołudnie. Dziś jednak nie dostrzegałam długich cieni palm kładących się na drodze, ani nie zachwycała mnie popołudniowa intensywność ich zieleni. Szłam jak karawaniarski koń, uginając się pod ciężarem zakupów. Wąskie ramiona napakowanego po uszy plecaczka przyciskały mnie do ziemi, duża torba z Decatlonu boleśnie wpijała mi się w ramię, a druga ręka mdlała od podtrzymywania sześciolitrowego baniaka, który wzorem indonezyjskich kobiet niosłam na głowie.

– Dobra, jeszcze trochę… Jeszcze kilka kroków… – zaciskałam zęby – Do tego płotka i przerwa..

 

Sri Lanka. Droga do Nilaveli.

„Dziś jednak nie dostrzegałam długich cieni palm kładących się na drodze, ani nie zachwycała mnie popołudniowa intensywność ich zieleni.”

 

Dziś wybitnie nie był mój dzień. Na Nilaveli Beach mieszkałyśmy już kawał czasu, ale wewnętrznie wciąż czułam zmęczenie. Piękno i spokój bijący z okolicy rozbroił mnie z poszczególnych blaszek mobilizacji, pozwolił wpełznąć niemocy do ciała. Każdego dnia mówiłam sobie, że jeszcze chwilkę tu zostaniemy, wyznaczałam nową datę wyjazdu, a gdy ona się zbliżała, cicho rejterowałam, czując że to jeszcze nie czas, że wciąż nie chcę porzucać tej zieleni, słońca i turkusu. 

W długiej podróży tak jest, że nie da się cały czas żyć intensywnie. Podróż to nie wakacje, gdy goni się z wywieszonym językiem od zabytku do zabytku, zaliczając atrakcję za atrakcją, napychając wydarzeniami każdą sekundę wolnego. Owszem, w podróży są okresy szybsze, bardziej intensywne, nakierunkowane na akcje, na oglądanie świata. Zawsze jednak potem musi przyjść okres spokoju, odpoczynku, bycia w jednym miejscu i odbudowywania sił. Nie da się żyć cały czas na maksa, ogarniać podróż, bloga, szkołę, dbać o bezpieczeństwo i tysiąc jeden drobiazgów. Trzeba czasem przycupnąć i będąc w jednym miejscu ładować akumulatory, nie dopuszczając do ich totalnego rozładowania.

 

Sri Lanka. Droga do Nilaveli.

Magiczny płotek, pod którym przycupnęłam. Na polu widać przechadzające się dzikie pawie.

Płotek.

Przerwa.

Z ulgą ściągnęłam z głowy baniak z wodą. Obok baniaka oparłam naładowaną po brzegi torbę i zaczęłam rozmasowywać obolałe ramię. 

– Dobrze, że nie ma Gajki. – pomyślałam.

Gajusia został na Nilaveli pod czujnym okiem Joela i zasłuchana w audiobooki z Legimi wygniatała z plasteliny miejscowe zwierzątka. Gdyby była ze mną, byłoby jeszcze trudniej, bo z tym baniakiem na głowie, pełnym plecakiem i ciężką torbą musiałabym jej opowiadać bajki, a to już byłoby ponad moje siły.

– Czasem są takie momenty w życiu, że chciałabym się skulić i tak trwać. – pomyślałam – Nawet niekoniecznie pod kocem, bo gorąco, ale tak po prostu się skulić.

Faktycznie, są takie dni, kiedy boli mnie całe ciało, a głowa przypomina wielką, opuchniętą i pustą bańkę. Są takie dni, że ze zmęczenia ledwo się poruszam, że ledwo zbieram słowa w zdania, ledwo przekładam myśli na słowa.  Nie jest to fizyczne zmęczenie, ale psychiczne umęczenie odpowiedzialnością, którą wzięłam na siebie. A co to takiego, ta moja odpowiedzialność? Podróż, Gajka, szkoła, blogowanie, social media, ustawiczny brak kasy. Generalnie daję rady, ale bywają czasem takie dni, gdzie jestem w stanie tylko zwinąć się w kłębek i tak trwać, patrząc tępo w dal, licząc, że moje ciało jakoś odklei się od niezałatwionych spraw, nieodpowiedzianych maili, niezrobionych postów, niewrzuconych relacji, nieposortowanych materiałów, niezapisanych myśli… 

 

Sri Lanka owoce i warzywa

Ryż, owoce i warzywa były podstawą naszej diety.

 

– Hello, can I help you somehow? – miły głos przerwał ten wewnętrzny monolog. Na skuterze, tuż obok torby i baniaka zatrzymał się miejscowy mężczyzna z wyraźną intencją pomocy. 

– Oh! That would be super nice! Thank you so so much! – natychmiast przyjęłam propozycję złożona przez śniadego anioła. Myśl, że ktoś oszczędzi mi tachania ciężarów przez ryżowe pola była jak balsam na obolałe ciało.

– Wskakuj! – zaprosił, podrywając jednocześnie sześciolitrowy baniak z wodą i zgrabnie umieszczając go na skuterze między nogami. Sekundę później, na baniaku wylądowała torba, a ja wdrapałam się za kierowcę.

Ruszyliśmy.

– Gdzie mieszkasz? – zapytał mężczyzna, przekrzykując hałas silnika.

– W Pigeon! – odkrzyknęłam – A Pan? Gdzie jedzie?

– Jestem Ramani! – krzycząca konwersacja rozwijała się w najlepsze – Jadę do chińskiego hotelu.

Biała bryła budynku wystawała wyraźnie nad linią drzew. Z drogi między polami było ją widać doskonale.

– Proszę mnie tu zostawić! Dalej mogę już iść pieszo! – krzyknęłam, widząc jak mężczyzna skręca w dróżkę prowadzącą do naszego hosteliku.

– Nie ma problemu, podrzucę Cię na miejsce! Praca poczeka! – odkrzyknął wesoło i dodał gazu, podskakując na wybojach.

Minutę później byliśmy na miejscu.

– Ramani, dziękuje! Tak ogromnie Ci dziękuje! Taka wielka pomoc! – mówiłam, odbierając od mężczyzny po kolei moje ciężary.

 

Sri Lanka droga do hostelu Mandy

Ramani skręcił na drogę prowadzącą do naszego hosteliku.

 

– Nie ma problemu, mówię! Przecież widziałem, że idziesz obładowana jak wielbłąd! Trzeba sobie pomagać, prawda? Jestem szefem nurków w hotelu. Zaglądnij kiedyś nas odwiedzić.

– Ramani, dzięki za zaproszenie, ja bardzo chętnie, wiesz… Sama nurkuję, ale.. Hmm.. Trochę boję się.. – wydukałam speszona – Chodzi o covid. Wy tam samych Chińczyków przecież macie.

Mężczyzna nagle spoważniał.

– No mamy… Chińczyków, Włochów, Niemców, Hiszpanów. Co drugi dzień przyjeżdża nowa grupa. Cholera, sam nie wiem co robić. Żona mi suszy głowę, żeby zrezygnować z pracy, bo niebezpieczna. Bo ja ciągle z tymi Chińczykami na nurkowania jeżdżę. Ale wiesz, dobry pieniądz jest, nigdzie tak jak tu nie zarobię. – Ramon podrapał się po głowie – Synka małego mam, patrz! 

Ze smartfona patrzył na mnie prześliczny, roześmiany chłopiec.

– Fantastyczny! – uśmiechnęłam się. – Ja mam córeczkę, czeka na mnie w hostelu.

– No i nie wiem, co robić… – Ramani kończył poprzednią myśl – Wszyscy we wsi boją się korony. Nie rozumiem, dlaczego rząd wciąż pozwala Chińczykom przyjeżdżać! Zabronić i cześć! Przywiozą nam wirusa i co my zrobimy? Widziałaś w jakim stanie jest nasz szpital?!

Widziałam. Szpital stał przy głównej drodze, pomiędzy kościołem, a bankomatem, ot kilka zarośniętych, parterowych budyneczków, przypominających stary ośrodek wczasowy. W starciu z covidem nie miał szans.

 

Szpital  Sri Lanka

Nasz wioskowy szpital.

 

– No właśnie! Ludzie się boją! Nie ma lekarstw, respiratorów, tlenu! Wszystko stare, ledwo stoi. Umierać będziemy, cholera, przez tych zakichanych Chińczyków! Szkoda słów! – Ramani machnął ręką – Jakby Ci się nudziło, wpadnij kiedyś. Lecę, dziś mam nocne nurkowania! – i już podskakiwał na wybojach, jadąc w kierunku hotelu.

Z westchnieniem dźwignęłam nasze ciężary. Ramani wywołał temat, o którym wiedziałam, że istnieje, ale który podświadomie próbowałam ominąć. Ten błękit nieba, zieleń, uśmiechy ludzi i życiodajne słońce jakoś nie współgrały z nadciągającym niebezpieczeństwem, usypiały czujność, odsuwały temat. Ale igiełki lęku dziurawiły mój spokój, bo gdyby nie one, nie poprosiłabym przecież kolegi o przywiezienie maseczek. Tu, na Sri Lance wszytko było wykupione końcem stycznia, gdy to odkryto pierwszy przypadek Covidu na wyspie. Zachorowała chińska turystka – notabene z prowincji Hubei – podróżująca w kilkuosobowej grupie. W ciągu 10 dni pobytu zdążyła objechać turystyczną część Sri Lanki, po czym w dniu wyjazdu została złapana przez termowizyjną kamerę z całkiem zacną gorączką. Chinka wylądowała w szpitalu, a Sri Lanka zamarła w przerażeniu.

 

Szpital  Sri Lanka

W naszym szpitalu nie było nawet tlenu, a respiratory znajdowały się na liście dóbr abstrakcyjnych.

 

Koronowirus był na wyspie!

Pamiętam panikę hosta, młodego, ale poważnie obciążonego cukrzycą mężczyzny, pamiętam łzy jego żony i nerwowe wyczekiwanie na każde wydanie wiadomości. Już wówczas wszystkie maseczki poszły na pniu za niebotyczne pieniądze, podobnie jak żele do dezynfekcji. Ostatecznie jednak Chinka wyzdrowiała, rząd ogłosił zwycięstwo, a w turystycznych miejscach pojawiły się charakterystyczne banery: „Hate Covid no Chinesee!” („Nienawidź chorobę, a nie Chińczyków”)

Podobnie jak Ramani także nie rozumiałam, dlaczego Sri Lanka nie zamyka połączeń z Chinami, tak jak to zrobiła chociażby Rosja. Tłumaczyłam sobie to lękiem przed krachem ekonomicznym oraz lankijską miętą do Wielkiego Brata. Wszak nie było tajemnicą, że Chiny inwestowały potężnie w wyspę, a rząd lankijski ubijał z nimi nowe interesy. Nie było także tajemnicą, że dochód z turystyki po zamachach bombowych spadł o 17 %, a Lankijczycy związani z turystyką drżeli o pracę i dochody.

Tak czy inaczej mój anioł wywołał temat, który od dłuższego czasu spychałam precz z wokandy myśli. Teraz już nie mogłam udawać, że go nie ma. Przecież logika wskazywała, że skoro miesiąc temu zdiagnozowano pierwszy przypadek, to ile takich niezdiagnozowanych turystów kręci się po wyspie? Ilu miejscowych już się pozarażało? A ilu miejscowych pozarażało swoich znajomych, przyjaciół, rodziny?

– Mamo! Mamo! – mały człowiek wybiegł mi na przeciw – Mamo, chodź zobacz, co wylepiłam z plasteliny! Zwierzątka i nas wylepiłam! I małpy chciały mi ukraść ciasteczko, ale nie zdążyły! Zjadłam je, hihihi! Ale i tak jestem głodna mamuś!

 

Mamo, chodź zobacz, co wylepiłam z plasteliny! Zwierzątka i nas wylepiłam!

„Mamo, chodź zobacz, co wylepiłam z plasteliny! Zwierzątka i nas!”

 

No tak, najwyższy czas na kolację. Wieczorne niebo malowało się czerwieniami, nieznośny żar zamienił się w przyjemny chłód, a kiszki marsza grały także i Dużej. Złe myśli poszły w odstawkę, należało jak najszybciej brać się za gotowanie.

I dopiero gdy zjadłyśmy, a Gaj pobiegł kołysać się na palmowej huśtawce, przysiadłam na plaży czując, jakby wielki ciężar zaległ na mej piersi. Ciało znów zaczęło boleć zmęczeniem, a głowa odpadała od kołowrotka myśli. Co robić? Gdzie uciekać? Gdzie się schować? Jak uchronić nas przed tym cholernym Covidem? A co z rodzicami w Polsce? 

 

Gaja w kuchni.

Mały człowiek często pomagał mi w kuchni.

 

Otworzyłam komórkę i zaczełam czytać. Jeden artykuł, drugi, trzeci, piętnasty. Setki zmarłych, tysiące zarażonych. Nieprzewidywalność wirusa, jego utajenie, długa bezobjawowość. Łatwość z którą się przenosi. Objawy. Brak respiratorów. Załamanie służby zdrowia. Statystyki. Wypowiedzi naukowców. Końcówka dramatu w Chinach. Początek dramatu w Europie.

To wszytko było tak abstrakcyjne na tym kawałku wysrebrzonej księżycem plaży, z kojącym szumem morzem i jasnym głosikiem Gajki, abstrakcyjne – a jednak realne, jak nieszczęście, którego jeszcze nie widać, ale którego zapach już unosi się w powietrzu, zwiastując katastrofę.

Odłożyłam komórkę, oparłam głowę na kolanach, kuląc się jak mała dziewczynka. Ciężar odpowiedzialności wrzynał się w barki bólem napiętych mięśni, pulsował tępo w głowie, rozpierał ciężarem w żołądku. Czułam się tak sama na przeciw grozie wirusa, tak bezradna…

Nagle poczułam, że ktoś otula mnie szalem.

Zdumiona podniosłam głowę.

Na piasku przysiadła Amy, patrząc na mnie z wyraźną troską.

– Zły czas, Ma’m?

– Zły czas, Ama… Trudny czas… Dużo zmartwień…

Ama pokiwała wolno głową.

– Yes, Ma’m. Tak czasem bywa, Ma’m. Pomodlę się za Ciebie, Ma’m. – po czym wcale nie czekając na odpowiedź przyklęknęła, położyła szorstkie od pracy ręce na mojej głowie, wzniosła oczy ku górze i zaczęła mruczeć modlitwę.

Było coś tak wzruszającego w tej scenie, w tym ludzkim odruchu miłości, że łzy poleciały mi bez żadnego skrępowania. Wypłakiwałam z siebie cały strach, zmęczenie, ból i napięcie, a Ama mamrotała pod nosem swoją modlitwę, niezmiennie wznosząc oczy ku niebu.  Miała w sobie tyle wewnętrznej siły i wiary, że mogłaby nią góry przenosić. Zresztą – być może dzięki tej wierze przeżyła wojnę, która trwała większość jej dorosłego życia. Być może właśnie wiara uchroniła ją od szaleństwa, gdy uciekała na oślep przed lankijskimi wojskami, być może wiara koiła teraz traumy przeszłości. Pobożność Amy rzucała sie w oczy, tak samo, jak jej wewnętrzna siła, uważność i mądrość.

 

Ama

„(…) Gdy smutek zaglądał do serca którejkolwiek z nas, Ama, jak duch z przeszłości pojawiała się obok, z gorącą, mleczną herbatą, mocnym objęciem i żarliwą modlitwą. Miała w sobie tą mądrość starszej kobiety, tą siłę i wiedzę wypływającą z ciężkiego życia, z cierpienia, z litrów wylanych łez. Miała w sobie też prostolinijność, spokój i doświadczenie przynoszące rozumienie życia i tą piękną, cichą radość, która rozświetlała poważną twarz Amy od środka.(…)” – Sri Lanka. W kraju pełnym blizn.

 

– Wszystko będzie dobrze, Ma’m – powiedziała w końcu. – Wszystko w rękach Boga. – po czym przytuliła mnie mocno do siebie.

– Dziękuję Ama.. Ogromnie Ci dziękuję…

A Ama pogłaskała mnie jeszcze po głowie, uśmiechnęła się wszystkimi zmarszczkami surowej twarzy i zniknęła cicho, tak jak się pojawiła, zostawiając mnie znów sam na sam z szumem oceanu, śpiewem Gai i blaskiem gwiazd.

Chwilę potem pojawiła się jeszcze raz.  Tym razem w rękach miała wielki kubek gorącej herbaty z mlekiem.

– Napij sie, Ma’m. Herbata pomaga w strapieniu. – ciemne oczy Amy patrzyły na mnie ciepło – Szczególnie jak jest z cukrem. – dorzuciła po chwili.

– Ama, dziękuje! Tak bardzo dziękuje! Tak wiele to dla mnie znaczy! 

Znów zostałam sama, ale była to już inna samotność. Kubek przyjemnie parzył w dłonie, a słodka, mleczna herbata roztapiała wolno kulę w żołądku. Czułam jak całe napięcie schodzi ze mnie, rozpuszcza się i znika. Czułam spokojną błogość i choć wiedziałam, że żaden z moich problemów nie został rozwiązany, szepnęłam dokładnie jak Scarlet O’Hara:

– Pomyślę o tym jutro…

 

A Ama pogłaskała mnie jeszcze po głowie, uśmiechnęła się wszystkimi zmarszczkami surowej twarzy i zniknęła cicho, tak jak się pojawiła, zostawiając mnie znów sam na sam z szumem oceanu, śpiewem Gai i blaskiem gwiazd.

A Ama pogłaskała mnie jeszcze po głowie, uśmiechnęła się wszystkimi zmarszczkami surowej twarzy i zniknęła cicho, tak jak się pojawiła, zostawiając mnie znów sam na sam z szumem oceanu, śpiewem Gai i blaskiem gwiazd.

 

A na razie zanurzyłam się w szum fal i cichy spokój nocy. Nie przerażał on już, ale koił, tak jak koiła gorąca herbata, podana troskliwą ręką Amy. 

Poprawiłam szal i oparłam głowę na kolanach.

Nie do uwierzenia, jak bardzo zależymy od innych.

Nie do uwierzenia, że świat można zmienić jednym małym gestem. 

Obecnością

Rozmową.

Gorącą herbatą.

Małym – wielkim gestem.

Pamiętajmy o tym, proszę!

 

***

 

Kochani, jeśli rezerwujecie noclegi przez booking.com, będzie mi szalenie miło, jeśli rozpoczniecie proces rezerwacji za pomocą żółtego okienka. Znajdziecie je na telefonach pod wpisami, a na laptopach i komputerach stacjonarnych po jego prawej stronie. Rozpoczynając rezerwację przez nasz blog zapłacicie tyle samo, a my otrzymamy niewielką prowizję.

 

 

 

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
M.bożena Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
M.
Gość
M.

Jakie wspaniałe miejsce w Sieci 👏 Trafiłam tu po raz pierwszy i jestem zachwycona. Przesyłam Pani tony sympatii i dobre fluidy, niech się Pani dobrze wiedzie w podróżach! Tworzy Pani wspaniałą przygodę swojej córce 👍 Wspaniały styl pisania, błyskotliwe sformułowania i mądrość wyłaniająca się z Pani tekstów czynią Pani blog wyjątkowym. Dziękuję za Pani pracę, będę zaglądać i kibicować Pani i Gai w Waszej podróży 🙂 Pozdrowienia z Warszawy! 🙂

bożena
Gość
bożena

Podziwiam.Wzruszyłam się ,a tak naprawdę to się spłakałam. Mam 60 lat i mieszkam na południu Polski

x

Check Also

Gaja w nosidełku peru

Życie jest bogatsze niż nasza wyobraźnia. W szóstą rocznicę podróży.

Dziś obudził mnie deszcz. Nie gwałtowny, tropikalny, siekający bezlitośnie głośnym staccato, ale ten zwyczajny, polski, ...