Home / Ameryka / Kolumbia / San Augustin – kolumbijskie Machu Picchu

San Augustin – kolumbijskie Machu Picchu

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

No wlasnie. O tym, ze San Augustin to kolumbijskie Machu Picchu dowiedzialam sie juz w selvie. Bardzo mi zachwalano owo miejsce, w koncu w 1995 roku zostalo wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a to zobowiazuje. O waznosci tego miejsca swiadczyly tez, ekhm.. ceny dla turystow. Transport 15 minutowy z Pitalito do wioski kosztowal 5 mil pesos! Rabunek w bialy dzien! Udalo mi sie zbic cene, ale turysty pokornie placili, choc w sumie jak sie ma euro w kieszeni, to taka cena rozsmiesza raczej, nie przeraza. No wiec wybralysmy sie do owego San Augustin, po perytpetiach odnalazlysmy hostel za 10 mil pesos (sala wspolna, ale niski sezon, wiec juhhu, sami caly pobyt), ogarnelysmy tanie restauracje oraz sklepy_nie_dla_turystow i wio.. Ruszylysmy ogladac owe cuda:)


 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

Z podejscia na pierwsze stanowisko fot wiele nie mam, mam za to filmik:) Sprobuje go potem wrzucic, starajac sie wyciszyc atrakcyjne sapanie:) Dobrze, ze na poczatek szlaku podrzucil nas litosciwy motocyklista, bo pieszkom bysmy szly tam caly dzien. A tu trzy stanowiska archeologiczne do obskoczenia, w calkiem sporym oddaleniu. Nalezalo dobrze wiec wyciagac kopyta, by zdazyc w ciagu dnia. No wiec wyciagalam, ile moglam:)


 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

Pierwsze dwa stanowiska byly lezaly mniej wiecej obok siebie i byly malutkie. Zaskoczeniem bylo to, ze nalezalo za ich zobaczenie uiscic 4 mil pesos. Okazalo sie jednak, ze mamy tachajace dzieci w plecakach oplata nie obowiazuje:) Co wiecej, jako bonus za przebyta droge dostalysmy cos, co Gaj zwie snieg, czyli owoc przypominajacy gigantyczny straczek groszku, z ktorego wyjada sie to, w czym leza olbrzymie, ciemne pestki. Ma toto kolor bialy i strukture waty, jest wilgotne i slodziutkie i wogole Gaj za tym przepada. Ja takze, wiec wielka nasza radosc byla, gdy Pan Straznik obdarowal nas kilkoma:)
Jeszcze wieksze zdziwienie poczulam, gdy Pan Straznik zaproponowal mi prace.
-Ale ja mowie w zasadzie tylko po angielsku, hiszpanski tak jak Pan slyszy – bronilam sie – poza tym z wyksztalcenia jestem fizjoterapeuta i o historii tych ziem nie mam bladego pojecia..
-Nic sie nie dzieje – przerwal mi – mysli Pani, ze ten gosc ma – machnal reka w kierunku korpulentnego przewodnika – gdzies cos uslyszal, reszte nasciemnia. Grunt do fantazja i dobre gadane, da Pani rade. Niech Pani pomysli, dobrze zaplace.. – i schowal sie w swojej budce..


 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

Hahaha – smialam sie w duchu, bo to co rzekl Straznik potwierdzilo tylko moja teorie co do przygotowania tutejszych przewodnikow do pracy. Owo marne zdanie mam od czasu wizyty na Machu Picchu, gdy to wysluchalam trzech przewodnikow w dwoch jezykach i kazda z tych opowiesci kosmicznie roznila sie od drugiej:))) I wowczas wlasnie pomyslalam, ze im wiecej sciemy – tym lepszy napiwek dla opowiadacza. No, mi by bylo jednak w tym fachu trudno zbic fortune:)
Niemniej jednak przewodnik, mimo swych watpliwych kompetencji okazal sie byc super czlowiekiem. Widzac, jak wrzucam Gajke na plecy i kieruje sie do wyjscia, dogonil mnie i wysapal:
-Pani poczeka. Jak Pani chce, to ja Pani tego dzieciaka na konia wezme. Jeno Pani musi szybko isc.
Oj, nie tylko szybko szlam, ale wrecz frunelam obok konia, robiac tysiac zdjec i filmow. Cudownie sie szlo tylko z 6 kg na grzbiecie, genialne uczucie przeistoczenia sie w motyla..


 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

Zapowiadalo sie wiec, ze cala wyprawa przebiegnie gladko, sprawnie i nienadwyrezajaco dla moich achillesow.
Nic bardziej mylnego. Zycie mialo swoje plany – kon zasobnego Niemca, ktory wynajal naszego przewodnika sie zbiesil i nasz Aniol musial, zamiast Gajki na kolanach, trzymac w rece uzde kaprysnego rumaka.
Tak wiec Gaj znow wyladowal na moim grzbiecie, a tempo wyprawy spadlo drastycznie. Ale moze to i dobrze, bo widoki otwieraly sie coraz piekniejsze..


 

 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

I gdy tak brnelam przez blotniste sciezki, natrafilam na naradzajaca sie grupke kolumbijczykow. Tez chccieli tam gdzie ja, ale nie wiedzieli ktoredy trzeba isc. Ja wiedzialam, ha! Tak wiec jeden z nich przejal moj slodki ciezar, a ja spokojnie i radosnie poprowadzilam ekipke ku kolejnemu czarownemu miejscu..


 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

Miejsce bylo przepiekne.. Gory, troszke takie jak w Peru, choc nieporownywalnie nizsze i przepiekny kanion Rio Magdalena. Az trudno bylo nam sobie wyobrazic, ze po drugiej stronie Kolumbii ta dwumetrowa tutaj rzeczka ma szeroksc.. Nie wiem.. kilometra?.. Gigantyczna jest przy ujsciu i nie nadarmo mowi sie o niej jako o jednej z Rzek Matek..


 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

A nad kanionem fantazyjne skalki, a na skalkach – plaskorzezby.. Nikt nie wie skad sie wziely, mozna sobie wyobrazac, co przedstawiaja..


 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

Na najwiekszej z nich urzadzilismy sobie probe ekhm.. odwagi. Kto stanal na czubku skaly i poniosl rece do gory – to zuch. O ile oczywiscie nie spadl. Mama Asia wlazla, podniosla i nie spadla, a potem zlazla dziwiac sie wlasnej glupocie. Skala byla na prawde wysoka, a jej czubek byl stromy, tak ze ledwo bylo miejce dla dwoch stop. Nie bylo to madre, zdecydowanie nie. Jednakze jakos tak fajnie sie poczulam, jak sie udalo przezwyciezyc swoj wlasny, osobisty lek..
A potem nastal zmrok. Ostatnie stanowisko ogladalismy juz w swietle gwiazd. Gaj zasnal, przebudzajac sie 2 h pozniej, juz pod domem na pyszna zupke z lokalnej garkuchni. Moje sumienie zostalo uspokojone – bardzo sie mecze wewnetrznie, gdy Gaj zasypia mi w nosidle i nie chce sie obudzic na kolacje..


 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

Kolejny dzien obudzil nas deszczem. Niezrazone wsiadlysmy w colectivo i juhu, deszcz przestal padac. A my wyladowalysmy w owym kolumbijskim cudzie, niezwyklym miejscu, czyli Machu Picchu polnocy. Zaplacilysmy mnostwo kasy za wejscie i z wielkimi oczekiwanami wkroczylysmy do Parku Archeologicznego San Augustin..


 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

Nasze rozczarowanie bylo wprost proporcjonalne do wydanych pieniedzy i wlozonego w droge wysilku. Faktycznie, zawiera najwieksze skupienie grobow i strzegacych ich ( i zdobiacych) rzezb, ale coz, umowmy sie, ze do Machu Picchu mu daleko..


 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

Wedrowalysmy sobie wiec po Parku, olbrzymim zreszta, ogladajac rozne stanowiska i starajac sie poczuc magie miejsca. Tyle, ze my obie zepsute po Peru jestesmy. Zepsute rozmachem tamtejsze inkaskiej i preinkaskiej architektury, gigantycznymi ruinami na kazdym kroku i kazdej wyskokosci nad poziomem morza. Czasem przeciez znajdowalysmy niezwykle piekne miasta, o ktorych w przewodniku byla tylko jedna linijka tekstu.. A ruiny gigantyczne, przepiekne i puste, zawieszone na 4 tysiacach, dokad z Gajka na plecach pracowicie tuptalysmy cale dnie..


 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

W San Augustin czulam sie tez i troche nieswojo. Duzo z owych figur mialo dzieci w rekach. Tak to sobie przynajmniej interpretowalam. Przewodnik, ktorego podsluchiwalam przez moment roztaczal kosmiczne wizje podziemnych tuneli, ktoredy przechodzono na place ofiarne, by tam poswiecac bogom najmlodszych.


 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

Nie, zdecydowanie nie mialam ochoty tego sluchac. Sciema podlana kwrwawa masakra malych cialek? Dziekuje postoje. Nawet jak niewielka czesc owej historii jest prawda ( a jest, bo dzieci skladano w ofiere) odmawiam sluchac o tym i decyduje sie tez o tym nie myslec. Zbyt to dziala na moja wyobraznie, szczegolnie jak tuz obok mnie podskakuja radosnie male, trzyletnie, blond loczki..


 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

Zmienilysmy wiec masteczko na nieturystyczne postanowilysmy zobaczyc dwa ostatnie calkiem duze miejsca – Alto de los Idolos i Alto de las Piedras. I tak tafilysmy do jednego z miejsc, ktore uwielbiamy.. Mala, spokojna miescinka, zyjaca swoim wlasnym, wewnetrznym zyciem. I nawet fakt zjedzenia najgorszego obiadu w calej naszej podrozy nie byl nam w stanie zepsuc humoru.


 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

A stanowiska archeologiczne rakze okazaly sie byc takimi, jake lubie najbardziej – pieknie polozone na szczytach gor, bardzo widokowe i zielone.. No i, poniewaz daleko od San Augustin – bardzo, bardzo spokojne.. Tu faktycznie mozna bylo sie zadumac, zamyslic nad ta kultura, ktora byla tu i zniknela, zostawiajac za soba w zasadzie tylko te nekropolie..


 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

Wciagnelo nas zycie San Jose de Isnos, malutkiego miasteczka, gdzie zakotwiczylysmy w hostelu dla tirowcow. Ludzie byli tu zyczliwi, stop funkcjonowal genialnie, a ceny byly tu uczciwe. Gdy wiec dotarlysmy, po wielu perypetiach do ostatniego stanowiska archeologicznego, zwyczajnie gdzies pod skora czulam zblizajacy sie smuteczek.


 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

Na szczescie smuteczek byl tyko mamy, Gaj z zapalem odkrywal kolejne tumbas, a w tumbas najrozniejsze stwory.. Na przyklad grrrrrrroznego krrrrrrrrrokodyla:)))


 

 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

Gaj oczywiscie nie zapominal o prowadzeniu eksperymentow naukowych. Kazdy kopiec zostal sprawdzony pod kontem istniena mieszkancow i ich szybkosci reagowania na kij w mrowisku. Mam w duszy tylko nadzieje, ze mrowki wybacza nam te zniszczenia i ze sprawnie odbuduja sobie swoje castillos.


 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

Uwaga! Uwaga! Uwaga! Powyzsze zdjecie zostalo uczynione przez samego Gaja!
Tak, Gaj robi foty, choc przede wszystkim swoim aparatem. A tu pierwszy raz mama zaufala Maluchowi i z drzeniem serca oddala w jego male rece swoj skarb.
Efekty?
Ocencie sami:)


 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

Na sam koniec, jak juz mialysmy ruszac w dol, uslyszalam:
-Mama! MAMA! Mira!..
Gaj znalaz wejscie do Tajemniczego Ogrodu..


 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

Zaglebilysmy sie wiec w jego czylusciach, pelnych ksztaltow i form niezwyklych.. I poplynela opowiesc o elfach zamieszkujacych te kraine. I pomagajacym wedrowcom, co to pogubili sie na szlaku..


 

Somos Dos: San Augustin - kolumbijskie Machu Picchu

Ostatnia noc. Pakowanie, rano wyjazd. I usciski z przeserdeczna wlascicielka. Splaysmy tu w zasadzie 2 noce, a czulysmy sie, jakby sto. Byc moze dlatego, ze hostel przypominal mi stare, polskie, komunistyczne klimaty.. A moze po prostu dlatego, ze spotkalysmy tu szczera, piekna i bardzo otwarta Kobiete, ktora miala moc..


 

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

1 Komentarz
Newest
Oldest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Danka
Danka
1 rok temu

x

Check Also

Tylko jak tu pisać bloga?..

Z tym założeniem bloga wcale nie było łatwo. Gdy planowałam swą podróż, w myślach miałam ...