Home / AZJA / Kot znajda czyli cena wygody.

Kot znajda czyli cena wygody.

Siedział na drodze. W zasadzie nie była to droga, ale szeroka ścieżka biegnąca przez pola, ubita nogami spacerowiczów i kołami samochodów namiętnie ciągających kuligi.

Siedział i się nie ruszał. Podobnie, jak nie ruszała się Gaja, kucają na przeciwko.

– Jaki słodziak, mamo! Jaki piękny kociak! Jaki śliczny! Grzeje się w słoneczku!

 

Znalazłam kota

Nagle na naszej drodze wyrósł kot…

 

Faktycznie. Kot siedział w słońcu, które sprawiało, że zaśnieżony świat wyglądał magicznie i bajkowo. Przyglądałam mu się z sympatią. Wyglądał pięknie. Puszysty, ze lśniącym futerkiem i przymrużonymi oczami przypominał Filemona z dziecięcych kreskówek. Nawet umaszczenie miał takie samo, białe z rudymi dodatkami.

Jednak było coś w tym kocie, co zaczęło mnie niepokoić. On się nie ruszał. Wiadomo, że koty mają swoje ścieżki i zachowania, ale obserwowałyśmy ten kłębuszek i obserwowałyśmy, a on ani drgnął. Miauczał tylko rozdzierająco od czasu do czasu, a w dodatku miał jakoś dziwnie podwiniętą łapkę.

– Mamuś…  – zaniepokoiła się Gaja – A może ta łapka jest złamana?..

No, to by było znacznie gorzej. Należało więc się przekonać. Podeszłam więc energicznie do kotka, chcąc go zmusić do ruchu.

Kotek zrobił trzy niechętne kroczki i znów zwinął się w kłębuszek.

Łapka była ok.

Nagle z daleka usłyszałyśmy wesołe głosy. Grupa ludzi wracała ze spaceru, mając ze sobą wielkiego, czarnego labradora. Pies już z daleka nadstawiał uszy i ciągnął w kierunku kotka. Właściciel jednak trzymał psa na smyczy, więc choć labrador warczał i ciągnął, gnany odwiecznym, psim instynktem, mężczyzna nie miał problemu z opanowaniem go. Grupa, zachwycając się koteczkiem, minęła go w odległości trzech może metrów.

Kot ani drgnął.

 

 

Znalazłam kota

Kot siedział w jednym miejscu i od czasu do czasu miauczał rozdzierająco..

– On jest chyba chory… – powiedziałam z wahaniem do Gajki – To nie jest normalne kocie zachowanie… Chodźmy już! – zarządziłam – Zimno!

Faktycznie. Temperatura, jeśli wierzyć termometrowi z samochodu, oscylowała w okolicy 10 stopni. Na minusie, ma się rozumieć. Gdy jechałyśmy na biegówkach, było cudownie, ale wystarczyło się na chwilę zatrzymać – zimno od razu dobierało się do człowieka.

 

narty biegowe dla dzieci i dorosłych

Przed nami był jeszcze zacny kawałek trasy… fot. Beata Motuk

 

Jednak coś nie pozwalało mi odejść od kota. Czułam jakiś niepokój, nieokreślone poczucie winy.

Nagle w głowie zadzwięczały mi słowa Mili, naszej ukochanej weterynarki, którą spotkałyśmy w Laosie. Z Milą spędziłyśmy piękny tydzień w jej malutkim, laotańskim mieszkanku, a Gaja paradując dumnie ze stetoskopem, nawet pomagała jej w klinice. Wówczas to Mila uratowała malutkiego kotka, którego z polska ochrzciłyśmy Jagienką, a mi w głowę zapadły jej słowa: „Wiesz, zwierzęta nie są z żelaza. Też chorują, mają katar, zapalenie płuc czy nowotwory, tak samo czują i cierpią..”

– Gaja.. – powiedziałam z zastanowieniem – W nocy ma być minus 20 stopni… Ten kot może tego nie przeżyć…

Gaj popatrzył na mnie wymownie swoimi wielkimi oczami.

Nie mogłam zabrać tego kota. Przecież już mamy jednego, rodzice wyraźnie zapowiedzieli, że nie chcą kolejnego. Do tego jeszcze ta plątająca się po rodzinie alergia na sierść zwierząt. Ja kota absolutnie nie chcę. Choć miałam w życiu kilka psów i koty, doszłam do momentu, gdy widzę wyraźnie, że w mojej przestrzeni dla zwierzaka miejsca nie ma. Zbyt często się przemieszczamy, zbyt nomadyczna dusza we mnie drzemie…

 

Znalazłam kota

Zupełnie nie wiedziałam, co zrobić.

A może ktoś za tym kotem płacze? Może mieszka gdzieś, w okolicznych domach? Może gdzieś tam jest jakiś dzieciak, który teraz wylewa łzy, tak jak ja wylewałam kiedyś za moim kochanym Mruczysławem?…

– Nie, Gaja.  Nie możemy go zabrać. On sobie na pewno poradzi. – orzekłam stanowczo, choć nie ruszyłam  się z miejsca na krok. – Chodź, pójdziemy do mostu, a jak wrócimy i kot jeszcze będzie, to zastanowimy się, co zrobić. 

Tak na prawdę miałam nadzieję, że jak wrócimy w to samo miejsce to kota już nie będzie, a ja nie będę musiała podejmować niewygodnych decyzji. Że pomyślę sobie wtedy, iż kot zadbał sam o siebie i poszedł do domu. Tyle że głos Mili coraz mocniej świdrował mi w uszach. A temuż głosowi wtórował drugi – głos rozsądku.

Przecież ten zwierzak nie przeżyje nocy. 20 stopni na minusie to fest temperatura. Zamarznie, tak zwyczajnie zamarznie, skoro teraz już się ledwo rusza.

Sumienie nie dawało mi spokoju, wiec postanowiłam je przekupić. Wyciągnęłam kanapki.

– Ja chcę dać! Ja! Ja! – podskoczyła Gaja – Ja chcę karmić kotka!

– Połóż ją przed nim wędliną do góry. – powiedziałam, będąc przekonaną, że kociak zeżre wędlinę, a na resztę tradycyjnie, jak to koty mają, się wypnie. No, może jeszcze zliże masełko.

 

Znalazłam kota

Kot rzucił się na chleb jak na największy przysmak…

 

Kot rzucił się na jedzenie jak dziki. Wędlina zginęła w jego małym gardziołku w przeciągu sekund, nieco wolniej, choć wciąż w zawrotnym tempie, zaczął znikać chleb. 

– Miaouuu! – odezwał się wreszcie, patrząc błagalnie na Gaję. Przed nim leżały już tylko okruszki.

Bez słowa podałam małej drugą kanapkę.

Kotek wsuwał już z mniejszą furią, choć tym razem zostawił już starannie obgryzione skórki.

Dotarło do mnie, że faktycznie z kociakiem mogło być już źle. W życiu nie widziałam, by kot w ogóle zjadał chleb, nie wspominając o takim tempie.

Nagle poczułam przypływ złości. Po cholerę ten kot stanął na mojej drodze! Tylko problemów narobił! Pod most miałyśmy iść na biegówkach, cieszyć się dniem, a tymczasem sterczymy jak te kołki przy nim i marzniemy! Przecież go nie wezmę do siebie! Co z nim zrobię? Nie chcę i nie mogę mieć drugiego kota. Szlag by to, trzeba było iść inną drogą!

W oddali coś zawarkotało.

– Jeszcze tego brakuje – mruknęłam wściekła –  żeby go auto rozjechało!

Drogą, wolniutko jechał sobie samochód, zza którego rozlegały się radosne okrzyki. 

Kulig! 

A kot wciąż siedział na środku, otępiały z zimna, choć już przynajmniej z pełnym brzuchem.

– Mamo, przejadą go! – przestraszyła się Gaja

– Po moim trupie! – syknęłam wściekła na całą sytuację, groźnie spoglądając na zbliżający się samochód. 

Kierowca zwolnił, zatrzymał się, po czym wysiadł.

– Co z tym kotem? – zapytał wprost

– Nie wiem. Chory może. – powiedziałam – Osowiały jest, siedzi na środku, nie reaguje ani na ludzi, ani na psy…

– Może zmarznięty – powiedział ostrożnie facet, przyglądając się kotu. Filemon akurat próbował ułożyć sobie łapkę tak, by nie dotykała opuszką śniegu. – Może z tamtych domów – skinął głową w kierunku rozsianych na wzgórzu chatek.

– A pan stąd?

– Stąd.

– Weź go pan. Dzieci się ucieszą! Ja nie mogę, mam alergików w domu. Szkoda kota, panie. Szkoda życia.

– No szkoda… – facet podrapał się w głowę – Nie no, ja go nie wezmę. Może jakoś przetrwa tę noc.

– A jak nie przetrwa?.. A potem będzie kolejna taka, z minus dwadzieścia. Nie no, zamarznie kot, panie, szkoda życia… – klęłam w duchu wściekła na siebie, na kota, na cały świat. Pomału docierało do mnie, że kocie życie jest w moich rękach. 

Wreszcie, zła jak nie wiem co, rzuciłam:

– Panie, dobra, zabierzesz mnie Pan na parking? Auto mam daleko, z kotem na biegówkach ciężko będzie mi dotrzeć.

 

Znalazłam kota

Czasem w życiu bywa tak, że jakąkolwiek decyzję nie podejmiemy, będzie ona zła…

 

Gaj nie posiadał się z radości. 

– Bierzemy kotka! Bierzemy kotka! – skakał jak mała piłeczka.

– Bierzemy, ale tylko na czas mrozów. Za tydzień będą dodatnie temperatury, przywieziemy go tu z powrotem, żeby wrócił do domu. – zastrzegałam, wcale nie będąc pewną słuszności decyzji. Jeśli kota zostawię – źle, bo pewnie umrze z wychłodzenia. Jak kota zabiorę – też źle, bo może ma tu gdzieś dom. Jakąkolwiek decyzję podejmę – będzie to decyzja zła i już.

– Ja! Ja go złapię! – wykrzyknęła Gaja, zrzucając rękawice.

– Dobrze, ale W RĘKAWICZKACH! Kot może być chory, może się przestraszyć, może zadrapać. Nie ma żartów! – Ale kociak, jak się można było domyślić, dał się złapać bez problemu. Miły pan nawrócił samochód, załadował nasze biegówki do środka i chwilę potem wysiadałyśmy na parkingu, gdzie stało nasze auto.

No i taka historia za nami.

 

 

Znalazłam kota

No i co teraz? Dylematów ciąg dalszy…

Teraz tonę w dylematach. Co robić? Odwieźć go na miejsce? Są już temperatury dodatnie, ale nadal jest zimno i wciąż kiepsko może być z dostępnością pokarmu. Do tego zima się przecież nie kończy, a za parę dni znów mają przyjść mrozy. A jeśli kot nie trafi do domu? Albo jeśli tego domu zwyczajnie nie ma? A może ktoś go tu wywiózł i porzucił?

No więc co – schronisko?

No chyba tak – chyba że ktoś z Was przygarnie biało-rudy kłębuszek, który cudem uniknął śmierci, stworzy mu nowy dom, pokocha kotka ludzką miłością, a kociak odwdzięczy się mruczankami do snu?

 

Znalazłam kota

Mogę zostać z Tobą?…

 

Filemonek – gdy trochę odmarzł, wypił miskę wody i znów solidnie sobie podjadł, okazał się być żywym, radosnym i ciekawym świata kotkiem. Albo kotką, nie wiem. Nie chcę go stresować łapaniem, a wcześniej nie pomyślałam, by zaglądnąć pod ogon. Nie szukam kontaktu i nie zaprzyjaźniam się też z nim, by mu nie mieszać w emocjach, bo przecież u nas nie może zostać.

Puszczam więc ten post w świat. Może przeczyta go ktoś z okolicy Zbyltowskiej Góry lub Zgłobic i odnajdzie w nim swojego pupila. Może ktoś z Was słyszał, że w tamtej okolicy zaginął kot. A jednocześnie szukam dla niego domu, bo szanse, że poprzedni właściciel się odnajdzie, są niewielkie…

Przygarnijcie więc malucha, któremu udało wywinąć się od śmierci. Podobno koty mają siedem życ, być może maluch już wykorzystał limit i jedyną nadzieją dla niego pozostaje stabilny dom i kochająca osoba?

Może jedyną jego nadzieją jesteś Ty?

 

***
Po opublikowaniu tej historii w mediach społecznościowych jedna z Czytelniczek napisała:

Znalazłam kota

„Prawie zawsze mamy szansę COŚ zrobić. Ceną jest często nasza wygoda, ale trzeba działać i już.”

Święte słowa, prawda?…

 

 

 

 

 

 

 

 

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

8 komentarzy
Newest
Oldest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Danuta
Danuta
2 miesięcy temu

Już maj, właśnie przeczytałam ten wpis i chciałam spytać o dalsze losy kotka…

Aneta Jasińska
Aneta Jasińska
4 miesięcy temu

Dobrze, że kotek przeżył, pozdrawiam cieplutko 🙂

Adrian
Adrian
5 miesięcy temu

Jejku, dobrze, że kociaj żyje Pani Asiu, bardzo dobrze Pani zrobiła, cieszę się że tu trafiłem.

Marika Kołodziejczyk
Marika Kołodziejczyk
5 miesięcy temu

Bardzo ciekawy wpis, dobrze, że ten temat został poruszony, pozdrawiam.

Kasia
Kasia
5 miesięcy temu

Asiu, jeśli nie będzie chętnych na adopcję to napisz albo zadzwoń do cudownej fundacji Stawiamy na łapy w Krakowie – umieszczą kotka w domu tymczasowym, zapewnią weterynarza i dobrze się nim zajmą gdzie zostanie aż ktoś go nie adoptuje. Koci raj w porównaniu do schroniska. Zdecydowanie nie wypuszczaj go dziko, bo nie przeżyje do wiosny.

Alina
Alina
6 miesięcy temu

Podjęła Pani słuszna decyzję choć trudna ale ma Pani radość że kociątko żyje. By takich osób było więcej.Ja nigdy nie zostawiam kota potrzebującego pomocy ale one zostaja u mnie i jest ich kilka.

Magda
Magda
6 miesięcy temu

To tak jak ze zgłaszaniem nieodpowiednich warunków dla zwierząt(np. nieocieplone budy) – dlugo pokonywalam wstyd, zanim zrozumiałam, że patrzenie i niereagowanie (bo pan jest miły) to współodpowiedzialność.

Monika
Monika
6 miesięcy temu

Asiu, moze ktos z fanow Somos dos zechcialby zaadoptowac? Lub zamiast oddawac go do schroniska, poszukaj lokalnych fundacji. Wiekszosc fundacji nie ma schroniska, tylko dziala z pomoca wolontariuszy i domow tymczasowych. Nie znam nikogo w okolicach Krakowa, ale moge popytac znajomych. Ludzie sa niestety okropni, jezeli chodzi o porzucanie zwierzat. Moja mama, odkad wyprowadzila sie wies, kazdego lata/jesieni zbiera psy i koty, ktore zostaly przywiezione przez kogos i wyrzucone w obcym miejscu (daleko od domu, zeby nie wrocily). Porzucanie jest alternatywa do sterylizacji. Byla juz kotka z malenkimi kocietami, szczeniaczki w zimie w zaklejonym pudelku, ciezarne suki. Mieszkancy zazwyczaj przeganiaja takie zwierzeta, nawet kamieniami, bo to nie ich problem (ale niedzielnej mszy nie omina i krzywo patrza na wszystkich, ktorzy nie chodza do kosciola). Mama zbiera te bidy, odkarmia, sterylizuje i oddaje do adopcji.

x

Check Also

Nomadzi - życie w drodze Zuza Bukłaha

„Nomadzi – życie w drodze” – jak zostać cyfrowym nomadą?

Ta rozmowa miała miejsce w innym świecie. Świecie, w którym świeciło słońce, a ja nie ...