Home / Ameryka / Kolumbia / Lagartococha

Lagartococha

 

1

 

 

 

Wreszcie przyszedl dzien wyplyniecia. Oczywiscie pelen niskich chmur, podmuchow bynajmniej niecieplego wiatru i siapiacego co chwile deszczu. Czyli generalnie dla nas z Gaja mocno niesprzyjajacy, bo jak tu uniknac przemoczenia i – co za tym idzie glutow po pas dnia nastepnego i – co za tym idzie zle przespanej nocy i kolejnego marudnego, zakatarzonego dnia? Probujac zminimalizowac konsekwencje niepogody, zostawilam wiec na wierzchu pokrowce z plecakow. Sprawdzily nam sie w pogoni za „El Emigrante”, powinny sprawdzic sie i teraz. W myslach przegladalam nasze zapasy. Generalnie umowa jest taka, ze jesc bedziemy wraz z rodzina Consueli, bo w faktycznie nie ma znaczenia, czy bedzie gotowac dla 7 czy 9 osob:) Robimy wiec razem adekwatne zakupy, na ktore patrze z przerazeniem. To znaczy jest wszystko co trzeba, ale po amazonsku. Minimum warzyw, zadnych owocow. Wiec wlasnym sumptem dokupuje wiecej warzyw, owocow dla Gajki i przegryzek dla dzieci. Dokonujac wiec w myslach kolejnej rewizji naszego zaopatrzenia nie moge oprzec sie refleksji, ze na kontynecie najbogatszym chyba w owoce i warzywa, gdzie ziemia rodzi non stop, ludzie w zasadzie ich nie jedza.. Przecietna dieta to rosol, ryz i smazone mieso ( wymiennie ze smazonym jajem) na sniadanie, to samo na obiad i w zasadzie bez wiekszych zmian na kolacje.. I to bez znaczenia, czy jestesmy w Peru, w Ekwadorze czy tez w Kolumbii. Wiec ja – osoba ktora doskonale zna smak starego, zmarszczonego po zimie jablka obzeram sie, a w zasadzie nas tymi owocami az do przesady.

 

2

Oki, czas wyplywac. Plecaki i zapasy pieczolowicie osloniete gruba warstwa plastiku, my troche mniej. Po drodze jeszcze dobijamy na moment do brzegu zabrac cala rodzine Consueli i lodka napakowana po brzegi ciezko odbijamy od nabrzeza.

 

3

Obieramy kierunek na Matke Ceibe. Drzewo lypie na nas dostojnie z drugiego brzegu, a tymczasem zza zakretu wynurza sie kolejna bura, deszczowa chmura.. Temperatura na Rio Putumayo spada o kilka stopni. Ze zdumieniem konstatuje, ze wraz z Gaja jestesmy jedynymi mniej wiecej ubranymi osobami. No ale my jestesmy gringas (biali amerykanie, czasem rozciaga sie to okreslenie na kazdego obcokrajowca bialej rasy, moze miec pogardliwe zabarwienie), nienawykle do takiego zycia. Tu ludzie ubranie traktuja jak druga skore. Trzeba wejsc do wody? To wchodza, bynajmniej nie zdejmujac ani butow, ani spodni. Przeciez wyschnie. No pewnie wyschnie, jeno przy tej wilgotnosci powietrza Bog raczy wiedziec kiedy (patrz: wpis o spodniach Milo:)

 

4

Plynelismy w kierunku Ceiby nieprzypadkowo. Tuz za zakretem, po drugiej stronie do Putumayo wpada inna szeroka, choc nie az tak rzeka.. Z obrzydzeniem zauwazam, ze ma ciemnoczarny kolor. Ugh, tyle zanieczyszczen – konstatuje w duchu.. Plyniemy blisko zastawionych sieci, zagadujemy mokrusienkich od deszczu rybakow o polow. Pora obiadowa sie zbliza, a rybka bylaby jak znalazl.

 

5

Rozgladam sie wokol. Zarosniety brzeg schodzi az do rzeki, nie ma kawaleczka nawet wolnego, tak by postawic stope. Wyglada troche tak, jak kipiace na dzikozielono mleko, ktore nie jest w stanie utrzymac sie w ryzach garnka. Gigantyczne rosliny topia swoje forpoczty w smolistej wodzie naszej rzeki. Obrzydzenie podchodzi mi do gardla. I my mamy jesc stad rybyi??? Z cala tablica Mendelejewa w srodku???
Dziele sie watpliwosciami z Victorem, a on patrzy na mnie przez chwile nierozumiejacymi oczami, a potem wybucha smiechem.

 

6

– Uhahahah, nienie, Asia, to nie tak! Ta rzeka po prostu ma taki kolor i jest jedna z najczystszych rzek w rejonie Putumayo. Faktycznie ma czarny kolor, ale to za sprawa barwnika zawartego w lisciach roslin ktore tu rosna i ktore rozkladaja sie w wodzie. Bo widzisz – kontunuuje wyklad – w Kolumbii mamy trzy rodzaje rzek: zolte, czego przykladem jest Putumayo, czarne, jak ta tutaj i oczywiscie krystaliczne. Zolc i czern jest kwestia naturalnych barwnikow lub mineralow lub.. tak najzwyczajniej blota. Tu przeciez praktycznie caly czas pada.

 

7

No tak, mialo sens to, co mowil. Zreszta, bardzo sie cieszylam, ze Viktor jest obok. Okazal sie byc chlopakiem chetnie dzielacym sie swoja wiedza, a wiedze o tym terenie mial gigantyczna. Tak wiec, gdy wplynelismy w malutka odnoge kolejnej rzeki, ja pytalam, a jemu wrecz nie zamykaly sie usta.

 

8

 

 

 

A bylo o co pytac. Gigantyczne liany wokol, dziwne nibykorzenie spadajace wprost do rzeki z rozciagnietych nad nami galezi, wielkie drzewska zatopione w wodzie.. A w tym wszystkim ptaki, motyle, muszki i wyskakujace nad wode ryby.. I atmosfera..ekhm.. jak z filmow grozy.. Przez ta czarna, zlowroga rzeke i nawis ciemnozielonych miesistych lisci, lubieznie ocierajacych sie o nasze glowy.. I cisze panujaca wokol.. Nawet ptaki raczej milczaly, spogladajac na nas z gestwiny drzew, jedynie bable deszczu rozrywaly zlowrozbna cisze..

 

9

Ruszylismy gazem i odczuwalna temperatura poleciala na leb i na szyje. Nam to bynajmniej nie przeszkadzalo, ale z prawdziwym wspolczuciem patrzylam na wspolzalogantow. Mimo swojej zaprawy marzli okrutnie.

 

10

Motor odpalil po trzeciej probie. Nie pierwszy to raz zgasl nam na wodzie.Truchlalam za kazdym razem, choc glownie na rozpedzonym Putumayo, tu, w tej wodnej jaskini zielonociemnosci w zasadzie mnie to cieszylo..

 

11

Minelismy kolejne jeziorko, wplywajac do kolejnego strumienia. Kolejne jeziorko, strumien i radosc na pokladzie. DOM!!!

 

13

Nie wiedzialam w zasadzie czego sie spodziewac, podejrzewalam, ze zamieszkamy w czyms na ksztalt finki Don J – bo tak tu wiekszosc rozsianych gdzieniegdzie domkow wygladala. Ku mojemu zdziwieniu zobaczylam.. szkole. Wiejska, murowana, jednoklasowa szkole, pyciutenki pokoik nauczycielski, cos na ksztalt kuchni i swietlice z 3 komputerami i internetem! Okazalo sie, ze mini pokoik nauczycielski zajmuje rodzina Consueli, a w zasadzie dwa maluskie pokoiki, zyjac w nich po swojemu, daleko od dopuszczalnych, europejskich standardow zycia..

 

14

Nam przypadl nocleg w jedynej tutejszej klasie. Akurat trwaly wakacje, wiec pomieszczenie stalo nieuzywane. Rozgladnelam sie wokol – w zasadzie bylo lepiej, niz sie spodziewalam.Byl mur i solidny dach nad glowa. Byla tez oczywiscie i polmetrowa przerwa miedzy dachem i murem – ulubione miejsce pajakow, komarow i sancudos. Jedna tylko sprawa wzbudzila moj gleboki niepokoj. Nie widzialam nic lozkopodobnego. Nie chodzi tu o loze z polmetrowym materacem, ale o jakakolwiek drewniana konstrukcje lozkopodobna. Victor mial hamak. Ja ekhm.. nie. Wiedzialam wiec, ze musze cos przed noca wymyslec, bo za diabla i swiecona wode nie poloze Gajki na zimnej, betonowej podlodze szkoly.

 

16

Viktor konstruowal swoje lozko, a ja rozgladalam sie i kombinowalam. Plastikowe stoly – nie, za malo ich i za slabe. Szkolne lawy w starym stylu – odpadaja, maja skosne blaty oraz nogi w miejscach absolutnie uniemozliwiajacych ich polaczenie. Musze cos wymyslic, musze cos wymyslic..
– Zobaczmy, co mamy do dyspozycji -pomyslalam i ruszylam na obchod gospodarstwa, uwaznie rozgladajac sie wokol.

 

17

Maluch od razu zaprzyjaznil sie z nowymi amigas, znajdujac w nich partnerki zarowno do zabaw na zewnatrz..

 

15

..jak i wsrodku. A ze bylismy w szkole, naturalnym bylo to, ze dzieci bawily sie..

 

17a

..w szkołę:)))

 

18

Wokol wiele nie bylo.. Moczary, rozlewiska, wszystko utopione w wodzie.. Az..
– Asia, patrz co wymyslila Consuela! – usyszalam nagle glos Viktora – chodz, cos Ci pokaze!

No tak, nie wiedzialam, ze za szopa ukrywaja sie stada porzuconych po rozbiorce jakiegos domu desek. Wystarczylo zsunac kilka szkolnych law – ale siedzeniami, znalesc kilka najmniej oblazacych z farby dech, oczyscic je z karaluchow i wszedobylskich pajakow (myslalam, ze sie porzygam przy tej robocie, te stada tlustych karaluchow chroboczaco zmykajacych spod kazdej deski, ugh, wrazenia bezcenne), na wszelki wypadek umyc w dostepnej wodzie i malo urozmaiconych srodkach czystosci i bach – drewniane loze gotowe!

 

19

Jeszcze tylko moskitiera i ufff.. Komnata ksiezniczek jakby gotowa. Polozylam sie na dechach – nie bylo tak zle, co prawda delikatnie smierdzialy stechlizna, ale w perspektywnie nocowania na zimnej podlodze byl to prawdziwy pikus.
Asia, patrz co mam – Consuela wkroczyla do klasy ze starym, podplesnialym materacem i usmiechem od ucha do ucha.
Usmiechnelam sie nieco na sile.
– O, materac! Dziekuje.
– No, teraz bedziecie spac jak w pieciogwiazdkowym hotelu – zazartowala
Wzielam do reki materac. No tak, smierdzial.  Mowiac wprost walil, az chcialo nos urwac, gdzieniegdzie pokryty kropeczkami czarnego nalotu.
– No nie, spimy bez materaca – zadecydowalam w duchu, nie chcac urazic Consueli odmowa.
– A, tu jeszcze macie przescieradlo – dorzucila Consuela, po raz drugi pojawiajac sie w drzwiach klasy.
Z przescieradlem, takze smierdzacym plesnia bylo jednak ciut lepiej.
– Ok – pomyslalam  -zostawiamy. Jak bedzie zle, zawsze mozemy myslec dalej – postanowilam, optymistycznie nadajac sobie drugie imie – Improwizacja.

 

20

Viktor nie proznowal. Zniknal zaraz po obiedzie na krotki, jak sie wyrazil, spacer rozpoznawczy i wrocil z.. przepieknym, malym lagarto..

 

21

… oraz zabka

 

21a

Dzieciaki patrzyły zafascynowane. Do rąk cudów natury wziąć jeszcze nie chciały, ale z czasem miało się to zmienić.

 

33

A tymczasem zrobiło się mocne popołudnie i wszystkim kiszki zagrały marsza. Consuela wzięła się wiec za obiad – od podstaw.

 

34

Ja obierałam tony warzyw, Consuela skrobała kilogramy ryb, a Gaj obserwował nas w skupieniu.

 

 

P6240807

Potem spędziłyśmy jeszcze pól godzinki  w bardzo prostej kuchni, gdzie to miejsce dla jednej osoby tylko i dwa palniki, a głodnych dziesiątka. Zawsze, gdy widzę takie kuchnie, brudne, z oberwanymi polkami, gdzie wszystko na zasadzie ciągłej tymczasowości funkcjonuje, od razu włącza mi się moja kobieca funkcja poprawiacza. Wywaliłabym to wszystko, przemalowała na jasno, gary porządnie wymyła, skleciła mocne poleczki, powbijała w ścianę gwoździe i ya(już)! Kuchnia wciąż pozostanie mała, ciasna i ciemna, ale jakoś tak przyjemniej się gotuje w czystości, gdzie chociażby nad inwazja karaluchów łatwiej jest zapanować.
Choć muszę przyznać, ze z drugiej strony, po tylu miesiącach podróżowania, także w niekoniecznie turystyczne miejsca jak to, jestem przyzwyczajona to tego co widzicie, i bynajmniej obrzydzenia lub zdziwienia wielkiego na widok tejże kuchni nie czuje. Tak tu się żyje i my tez tak tu od dawna żyjemy, normalne.. Jeno czasem dopada mnie refleksja na temat naszych pięknych, wielofunkcyjnych, wyposażonych w wszelkiego typu szpeje kuchni, bez których nie wyobrażamy sobie życia..

 

35

A po obiedzie Gaj oddal się swej ulubionej czynności, którą celebrował prawie dwie godziny. Problemu z woda nie było – deszczówkę dostarczało niebo z regularnością szwajcarskiego zegarka.

 

36

Obiad był absolutnie poludniowoamerykanski, z nutka Putumayo. A wiec ryba, ryz, platano i juka. I tak miało być przez wszystkie dni, na śniadanie, obiad i kolacje.

 

A wszystko to okraszone było niezapomnianym i nieprzyzwyczajalnym dla mnie zapachem stęchlizny. Zrozumiałej gdy wilgotność powietrza nawet w słoneczne dni wynosi 90% wszystko gnije i butwieje na potęgę, a grzybki łapią się każdej niewietrzonej rzeczy. W plecaku miałam butki Gajki. Wydawało mi się, że suche. Po trzech dniach pomyślałam, że być może warto byłoby na nie spojrzeć. Gdy je wyciągnęłam miały piękny, muchomorkowy wygląd. Gaj był zachwycony. Mama mniej. Udało się je uratować, ale zapach zgnilizny zawsze będzie mi przywodził na myśl dżunglę Ameryki Południowej.

36

 

 

 

 

 

 

 

 

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

6 komentarzy
Newest
Oldest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Danka
Danka
11 miesięcy temu

Hanna Wójcicka Grudowska

Tak się zastanawiam, że tej malutkiej to ani przedszkole ani szkoła podstawowa (przynajmniej pierwsze 3 klasy a i niektóre wyżej) już nie potrzebna 🙂 tyle cudnej nauki podanej w sposób, który gwarantuje 100% przyswojenie … 🙂

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej

Potrzebna, kochana.. Belfrowalam przez ostatnie kilka lat, co prawda doroslym i wciaz stoje na pozycji, ze mimo niezaprzeczalnych wad nasz system edukacji ma takze zalety.. A pochwale sie przy okazji, ze Gajka rozpoznaje juz literke O, co jak balon peklo i I, co kropeczke zgubilo. Pracujemy nad C, co to jak balon, tylko wlasnie taki przebity jest.. Niech zyje Tuwim! :)))

Mika Zuzanna Salgut
5 lat temu

eh…szkoła życia….a dzieci biegające, umorsane, żywe i szczęśliwe?

Somos dos - migawki z podróży Małej i Dużej

Oczywiscie:) Co prawda jedno troche kaszle, ale wierze, ze sok z pomaranczy serwowany 3 razy dziennie pomoze przejsc przez kryzys:) Choc okruszek Tiocodinu pozwoli przespac noc.. Tym kaszlem to tylko ja sie przejmuje, tutejsze mamy, dopoki dzieciak nie pieje jak kogut, maja zupelny w tej sprawie luz.

Mika Zuzanna Salgut
5 lat temu

tak! świeże soki z witaminami cudnie! a w tym nieprzejmowaniu myślę, że coś jest ….

x

Check Also

Tylko jak tu pisać bloga?..

  Z tym założeniem bloga wcale nie było łatwo. Gdy planowałam swą podróż, w myślach ...