Nie pamiętam, kiedy jadłysmy tak dobrze, jak u Eddiego.
Mając dostęp do kuchni, obsłużywszy gości, smażę nam wielgachne jajecznice na masełku i mleczku, tostuję tony chleba, wyciskam sok ze świeżych pomarańczy i zalewam mlekiem moja ukochaną Nescafe. Albo smażę naleśniczki, wkładając do środka połówki bananów. Albo kładę ser żółty na tosta i tak go zapiekałam, a maluch aż piszczy z radości.
Przyzwyczajona do polskiego sposobu jedzenia, popołudniem robię nam obiadki – proste, po mamowemu – to ziemniaczki z jajem sadzonym, to spagetti z warzywkami, to ryż z resztką mięsa ze poprzedniego dnia – na szybko pichcę niewyszukane jedzonko, które pałaszujemy z charakterystycznym dla świeżego powietrza apetytem.
Dzięki temu na kolację możemy oczekiwać w spokoju. Bo nim wraz z Eddym nakoimy i nasiekamy odpowiednie ilości wiktuałów, mija godzina osiemnasta, potem dziewiętnasta i z reguły, nim kolacja dymi na stole, robi się godzina dwudziesta z ogonem.
Ach, nie raz myślałam, że gdyby nie wolontariat u Eddyego, nigdy nie spróbowałybysmy takich ilości malezyjskich potraw, nie doswiadczyłybysmy takiej fuzji smaków, mariażu egzotycznych przypraw, warzyw i owoców, takiej orgii kolorów, zapachów i smaków, które fundował nasz szef naszym gościom, a przy okazji nam. Nie znaczyło to oczywiscie, ze zawsze siadaliśmy ze wszystkimi, bo zdażało się, że składniki były tak drogie, że jedli głównie goście, a my tylko próbowałyśmy – ale wiąż nie traciłyśmy wiele, bo potem Eddy czarował posiłek i dla nas – także malezyjski, także pyszny, także egzotyczny – taki, że palce lizac.
A potem jeszcze, choć nie zawsze, pojawial sie malezyjski deserek.
A kiedy, nasiedziawszy się z gośćmi, posprzątawszy w międzyczasie kuchnię i odrobiwszy się z setki innych obowiązków, kładłysmy sie spać z pełnymi smakowitości brzuchami, myslałam błogo, że dawno nie było nam dane jeść tak dobrze i tak obficie, jak właśnie w Mari – Mari, na końcu malajskiego świata.
Somos Dos Fotoreportażowy blog podróżniczy mamy z dzieckiem


Mniam 🙂
O tak! O TAK!!! <3