Home / AZJA / Filipiny / Praca na Filipinach

Praca na Filipinach

Poprzednią część historii znajdziesz we wpisie pt.”Cztery siostry”.

 

Ire wróciła z nosem na kwintę.

– I co? Zapytałam retoryczne.

– I jajco! – żachneła sie Irene – Wzięli numer telefonu i powiedzieli, że jeśli się zdecydują mnie zatrudnić, to zadzwonią rano.

– Ire, przecież oni nie zadzwonią! Idź do nich jeszcze raz jutro, powiedz, że przyszłaś po odpowiedź, niech widzą, że NAPRAWDĘ chcesz pracować..

– Daj spokój, Aśka. To nie ma sensu. Jestem po 30, mam ciemną karnację, jest niski sezon, nie ma gości. Wszyscy narzekają, że od kiedy nasz rząd otwarł Filipiny na Chińczyków życie zrobiło się trudniejsze. Coraz więcej Chińczyków przyjeżdża na wakacje, coraz więcej tu inwestuje. Nawet była taka reklama kiedyś, czekaj.. „Odwiedź kraj swych przodków” czy coś takiego. Rozumiesz? Filipińskie linie lotnicze tak reklamowały na Filipinach loty do Chin!

 

ogłoszenie o pracę

Praca na Filipinach – ogłoszenie wiszące supermarkecie w Puerto Galera.

 

– No to chyba dobrze? Będzie więcej turystów, więcej inwestorów czyli więcej miejsc pracy dla Was. – zauważyłam.

– Gówno prawda! – denerwuje się Ire – Chińczycy wszystko ze sobą przywożą, rozumiesz? Materiały, pracowników – wszystko mają swoje! Naszych najmują tylko do jakiś prostych prac i płacą grosze. A jak ktoś już załapie się do Chińczyka, to musi być jasny. Chińczycy mają hopla na punkcie jasnej skóry, jak jesteś jasną, młodą Filipińką, to może dostaniesz tam pracę. Może, bo i tak pracują tam sami Chińczycy.

– A u białego?

– U nich jest lepiej. Oni tak nie patrzą na kolor skóry, u białego łatwiej o robotę. A jak jesteś ładna i młoda, to jeszcze łatwiej. Tylko co z tego, jak sezonu nie ma. Turystów mniej, ciągle słyszą o zamachach, to nie przyjeżdżają.

– O zamachach? Tych na Mindanao?..

– No tak! To Manila, to Mindanao, ludzie zaczęli się bać. A tu jest Mindoro, w cholerę daleko od jednego i drugiego. Nic nikomu tu nie grozi. Dzwoniła wczoraj koleżanka, że jest robota za White Beach. – zmienia nagle temat Irene – Jakieś 3000 peso bym dostala za miesiąc, 10 h roboty. Ale to się w ogóle nie opłaca, stąd codziennie musiałabym zapłacić 200 za transport. No a dzieci? Kto by się nimi zajął? Siostry? No pewnie tak, ale to nie to samo, co ja. Ugotować trzeba, uprać, sprawdzić czy się uczą i czy nic złego się nie dzieje. Wiesz, Deryl wchodzi w okres dorastania, oko na niego muszę mieć, dzieci nie mogą tak bezpańsko się plątać, gdy ja pracuję za jakieś śmieszne grosze. Czekaj, klienta mam! – wykrzykuje spoglądając prze zakratowane okno – Przepraszam!

No faktycznie, przed domkiem stał przedreptując z nogi na nogę jakiś facio. Ire, cała w uśmiechach posadziła go na podwórku koło pralki, przyniosła swój kuferek i zaczeła robić pedikir. Nie mogłam się nadziwić, jakoś ten pedikir nie pasował mi do mieszkających wokół, zwykłych Filipińczyków. Ale z drugiej strony – faktycznie, niektórzy tutejsi młodzi mężczyźni byli ogromnie zadbani. Fantazyjne, starannie przystrzyżone fryzury, zrobiony kolor, wyregulowane brwi, obcisłe koszulki widywałam dość regularnie i w miasteczku, i we wiosce. Być może była to ekspresja potrzeb erotycznych, być może ekspresja potrzeb estetycznych, a być może po prostu chcieli się wyróżnić z tłumu, zaistnieć w środowisku, zwrócić na siebie uwagę. Widziałam wyraźnie, że ultrachrześcijańskie Filipiny akceptują ludzi homoseksualnych i transseksualnych – zarówno na ulicach Manili jak i u nas, na wiosce spotykałam umalowanych, długowłosych mężczyzn, których widok Gaja komentowała z radością:

– Patrz mamo! Muxe!

Z określeniem muxe spotkaliśmy się pierwszy raz w Meksyku, w moim ukochanym stanie Oaxaca, w mieście zwanym Juichitan. Juchitan z punktu widzenia turysty nie ma dokładnie nic. Ot, senne prowincjonalne miasteczko, jakich miliony w Meksyku. Z mojego jednak punktu widzenia miało w sobie wszystko – codzienne gwarne życie, zwykłych, pięknych ludzi, a do tego właśnie muxe – czyli trzecią płeć, która na równi z kobietami i mężczyznami funkcjonuje w Juchitan. Muxe handlowali, byli w radzie miasta, zawierali związki małżenskie, a nade wszystko prowadzili normalne jak każdy inny człowiek życie. Do Juchitan wracałyśmy dwa razy, spędzajac tam ponad miesiąc, a Donia Eli i Maestro Soid, którzy się nami zaopiekowali, stali się naszymi przybranymi dziadkami, z którymi do dziś jesteśmy w kontakcie. Poza Juchitan jednak kwitnie kultura macho, gdzie ludzie homo i trans spychani są na margines, piętnowani, a nawet zabijani.

 

LGBT puerto galera

Od Jenne zawsze kupowałam mango. Puerto Galera, Filipiny.

 

Na Filipinach jest inaczej. Od czasów upadku dyktatury Marcosa w szeroko rozumianych mediach zaczęły działać osoby nieheteronienormatywne, stopniowo przekazując społeczeństwu wiedzę na swój temat. Używając różnych narzędzi artystycznych i medialnych stopniowo opowiadali przeciętnemu Filipińczykowi o sobie i swoim świecie. W ten sposób właśnie popkultura i obecna wszędzie telewizja pokazała Filipińczykom, że gej, lesbijka czy transseksualista to taki sam człowiek jak każdy inny, ze swoimi marzeniami, lękami, radościami, porażkami i sukcesami. Poznany niedawno filipiński filmowiec wspominał także, że część ludzi nieheteronormatywnych powiązanych z kulturą, sztuką i popkulturą odniosła niewątpliwy sukces, stając się osobami widocznymi, bogatymi i poważanymi, także za granicą.

– Wiesz, czasem ktoś puści jakiś niewybredny żart, obśmieje, poszydzi, ale żeby kogoś chamsko zaatakować tylko dlatego, że jest heteronienormatywny?.. Pobić go?.. Zabić?.. Nie no, oczywiście, że nie.. – mówił mój rozmówca zdziwiony, że w ogóle pytam o coś takiego.

Podobnie jest w naszej wsi. Grace, która kiedyś była Jerome, wpada na nasze podwórko wypić kawę i poplotkować z dziewczynami. Nikogo to nie dziwi, nikogo nie zaskakuje – Grace jest integralną częścia społeczności, tkanki ludzkiej zamieszkującej okolice Puerto Galera.

– Dobrze, że choć mam kilku klientów. – sarknęła Ire zamykając za sobą drzwi i ustawiając swój kosmetyczny kuferek na półce – Bez nich chyba bym zęby w ścianę wbiła. Mam jeden zaprzyjaźniony hotel, czasem zadzwonią, że potrzebna masażystka, czasem koleżanka woła mnie na zastępstwo, ale bez pensji Bossa nie dałybyśmy rady. Boss dobrze zarabia, 9 tyś peso przynosi, dzieli się tymi pieniędzmi ze mną, z tego utrzymuję rodzinę. Ale wiesz.. od dawna marzy mi się take sari-sari, taki zwykły, mały sklepiczek..

– Ire, ale z tego utrzymasz rodzinę? – pytam niepewnie, przerywając milczenie.

Sari-sari ciągną się jak Azja długa i szeroka, podobnie zresztą jest w Ameryce Łacińskiej. Nigdy jednak nie kojarzyły mi się z zarobiem, bardziej z przetrwaniem lub dodatkowym źródłem gotówki.

– Utrzymam. – mówi stanowczo Irene – Może kokosów nie będzie, ale z głodu nie zginiemy. Tylko kasy nie mam na start. Dlatego próbuje dostać pracę. Zaczęłam być z Bossem, może coś pomalutku odłożę..

W duchu zastanowiam się, ileż faktycznie mogłaby odłożyć Irene i jak dużo czasu by jej to zajęło. Jakkolwiek kalkuluje – ciągle wychodzi, że długo. Bardzo długo.

 

evening in Philippinian home

Wieczór w Ire domku.

– Miałam takiego przyjaciela – rzuca Ire, scrollując fejsbuka – Australijczyka. Obiecał, że jak wróci do Australii, to mi wyśle kasę na sklep. Wiesz, potrzebuję 20 tyś peso, dla Australijczyka to jak splunięcie. No i pisalam z nim i pisałam, aż wreszcie poprosiłam go o te pieniądze wprost. A on mnie zwodził, zwodził i wreszcie odpisał, że zrobił remont dachu i jest spłukany.. Może za jakiś czas mi da..

– Ire.. On nie da Ci tych pieniędzy. Jakby miał dać, to już by wysłał je dawno. – mówię, sama do końca nie będąc pewną, czy mam prawo w ten sposób rozwiewać złudzenia.

– Wiem. – mówi twardo Ire – Znam trochę obcokrajowców, napisałam do wszystkich. Ale albo nie odpisali, albo powiedzieli, że nie mają. A to nie jest prawda! Jak mieszkasz w Stanach czy w Europie, to masz takie pieniądze! To tylko dla mnie jest dużo!

To prawda. Półtora tysiąca złotych polskich nie było wygórowaną sumą.. A gdyby tak..

– Ire, są takie portale, na których zbiera się pieniądze. Opisuje się swoją sytuację, określa cel, kwotę. Może coś takiego zrobisz? Ja Ci pomogę. Co prawda nigdy nic takiego nie robiłam, ale to nie może być trudne, zaraz pójdę na drogę, złapię zasięg i poczytam, jak to zrobić, co Ty na to? Bo widzisz, pewnie nikt nie wyśle Ci 400 euro, ale jeśli każdy z Twoich znajomych wyśle Ci po 4 euro, to za jakiś czas zbierzesz tą sumę. Dużo łatwiej jest wesprzeć kogoś mniejszą kwotą przecież..

W oczach Ire zapalają się iskierki, choć jest czuć w jej głosie niedowierzanie.

– Tylko jak to zrobić?.. Jak to działa?.. O rany, myślisz, że faktycznie może się udać?..

– Ire – mówię wprost – Spróbuj. Na pewno nie uda się, jeśli nie spróbujesz, rozumiesz? Zobaczysz. Ale przynajmniej będziesz wiedziała, że wykorzystałaś każdą droge, by spełnić swoje marzenie.

Ire świecą się oczy.

– Dobra, robię kawę i idę na drogę. – mówię, odcinając z paska saszetkę najpopularniejszej na Filipinach, rozpuszczalnej kawy 3w1 – zobaczę, co się da zrobić.

 

street Philippines

Transmindoro, czyli droga, która biegła wokół wyspy.  Jedyne miejsce, gdzie mogłam zaczerpnąć trochę internetu.

 

Usiadłam na przydrożnym murku. Było ciemno i przyjemnie ciepło. Lekki wiatr odpędzał komary, a może już ich wcale nie było?

Odpowiedziałam na korespondencję, napisałam dwa maile i tradycyjnie wrzuciłam krótki wpis na nasz podróżniczy fejsbuk.  

„Moja hostka, Irene śni o małym sklepiku, takim mieszczącym się w domu, jakich pełno w całej Azji. Tyle że jest samotna matką i kwota 20 tys peso, czyli 1,5 tys zł jest absolutnie poza zasięgiem. Ima się więc wszelkich prac, by w ogóle przetrwać z dziećmi. Szuka też i stałego zajęcia, ale ze jest ciemnej karnacji i po 30tce, ciągle słyszy nieśmiertelne :”dziękujemy, odezwiemy się do Pani..”

To samo – traktując wpis wyłącznie jako relację z drogi – przekleiłam na Instagram, a potem poszłam spać.

Gdy obudziłam się rano, nie wierzyłam własnym oczom…

 

Ciąg dalszy historii znajdziesz we wpisie pt. „Jak zbierać pieniądze?”.

Ps . Zapraszam do świetnego artykułu Piotra Piwowarczyka „Muxe, czyli trzecia płeć”, który stał się dla nas impulsem prowadzącym nas do Jutchitan. Miałyśmy też niezwykły przywilej poznania Piotra osobiście i spędzenia wraz z nim zacnego czasu. Piotr, nie umiem znaleść słów, by właściwie podziękować Ci za Twoje serce. Niezapomniany czas! Do zobaczenia na bank znów – kwestia tylko kiedy i gdzie! 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
x

Check Also

Mangyan Senior Bapa

Mangianie. Nowe chatki dla Staruszków. Jak radzić sobie z ludzką zazdrością.

Więcej o naszym powrocie do mangyańskiej wioski przeczytacie TU.   Najpierw pojawiła się Baye Unip. ...