Home / AZJA / Nilaveli Beach. Mój mały raj.

Nilaveli Beach. Mój mały raj.

„Nilaveli Beach. Mój mały raj.” – to druga część historii o naszym ukochanym miejscu na Sri Lance. Część pierwszą znajdziecie w tekście: „Wyjazd w ciemno. Jak znalazłam raj.”

***

 

Obudziły mnie krzyki zwierząt.

– Miaouuu! Miaouuu! – coś darło się z dali.

– Miaouuuu! – coś odpowiadało z bliska.

Wyskoczyłam z łóżka jak sprężyna i rzuciłam sie do okna, w locie nakładając okulary.

– Miaouuuuu! – przed moim nosem, na środku łąki ciągnącej się przed dormi stał sobie paw. 

Nie byle jaki to paw był. Duży, dorodny samiec z długim, ciągnącym się za nim ogonem i widoczną z okna koroną spacerował dostojnie po trawie, co chwila wydając przeciągłe, miauczące dźwięki. Zamarłam z zachwytu. W promieniach wschodzącego słońca łąka miała intensywny żóltozielony kolor, a ciemna sylwetka okazałego ptaka z długim, porannym cieniem pyszniła się na jego środku. Co prawda paw spacerował pod słońce, więc kolory były bardzo przytłumione, ale sam fakt, że to dzikie zwierze niespodziewanie znalazło się tak blisko mnie, zapierał dech w piersiach. 

Zdjęcie!

Zanurkowałam po kangurkę, błyskawicznie wyszarpując aparat.

Gdy znów wyjrzałam przez okno, pawia już nie było.

– Miaouuuu… Miaouuuu… – niosło się po terenie, gdy wyszłam przed hostel. Dzikich pawi było najwyraźniej kilka. Daleko, na skraju posesji zobaczyłam znajomy kształt. Paw stał na opuszczonej budce strażnika, przypominającej o dawnej świetności tego miejsca. Jego ciemna sylwetka wciąż robiła wrażenie.

– Miaouuuu… – doleciało mnie z oddali

– Miaouuu.. – odpowiedział wyraźny głos z lewej. W przerwie między drzewami zobaczyłam dwie pawiczki, dostojnie przechadzające się, dziobiące to i owo. 

– Miaouuuu… – tym razem doleciało z prawej, gdzie pysznił się zacny fragment tropikalnej, nadmorskiej dżungli.

Najwyraźniej dzikich pawi było tu więcej. Postałam więc w promieniach wschodzącego słońca, przysłuchując się ich rozmowom, po czym ruszyłam w kierunku plaży. Być może jutro, gdy wstanę ze świtem, zobaczę je znowu.

 

Tropikalny świat o świcie wcale nie wydawał się być tropikalnym. Było rześko, wręcz chłodno. Moje przyzwyczajone do wysokich temperatur ciało prosiło o koszulę, ale ciekawość wzięła górę. Szybkim krokiem, kuląc się nieco z zimna poszłam w kierunku plaży. Im bliżej byłam morza, tym większy stawał się mój ostrożny zachwyt.

 

Pigeon hostel

Nasz prościutki i urokliwy Pigeon House Hostel widziany od strony lądu. Za nim jest Pigeon Island Beach Hotel, a potem już tylko ocean.

Nie liczyłam na wiele. Zawsze było tak, że plaże polecane przez krzykliwe foldery lub intensywnie reklamowane w internetach zawierały przykre dla mnie niespodzianki. A to tuż przy morzu biegła pełna smrodliwych ciężarówek droga, a to znajdowały się kanały, którymi do oceanu spływały cuchnące ścieki, a to stało mnóstwo dudniących kwadratową muzą knajp, które skutecznie zagłuszając szum fal zupełnie zabierały radość z tu i teraz. A gdy wreszcie znajdowałam miejsce ciche, bezludne i spokojne, to oceaniczna fala była tak gwałtowna, że strach było nogi zamoczyć, albo ilość wyrzuconych przez wodę śmieci raniła oko i serce. Nie spodziewałam się więc wiele po tym zakątku świata. Jednak z każdym krokiem w kierunku morza, nadzieje moje niespodziewanie rosły.

Prawda, że bryła hotelu pyszniącego się po drodze była duża, toporna i brzydka. Nie to, co maluśki nasz hosteliczek postawiony na łące, kawałek dalej. Prawda, że pomieścić mogła mnóstwo ludzi, którzy być może zadeptywali ten skrawek ziemi. Prawda, że pozostawione obok zabudowania klubu nurkowego kuły w oczy brzydotą. Prawda, że cały teren wydawał się być opuszczony, krzyczały tylko ptaki, a makaki – złodziejaszki skakały z gałęzi na gałąź.

 

małpa siwa

Nagle moje oko spostrzegło wpatrującą się we mnie nieruchomą, czarną twarz…  Małpa siwa? Tu?

 

Ale to właśnie mnie zachwycało! Ten bezruch cywilizacji, za to totalny ruch natury! Morze szumiało głośno, zaspane głowy palm czochrał poranny wiatr, ptaki krzyczały, świergotały i piszczały, co rusz przelatywał ciężki bąk, a kula słońca, która w międzyczasie drapała się coraz wyżej i wyżej, co jakiś czas figlarnie przysłaniała się czapą chmur.

Doszłam na sam brzeg. Mocny wiatr smagał mi twarz, podrywając kropelki piany morskiej i niosąc je w moim kierunku. Poranny świat był cichy i pusty. Zamoczyłam stopy w oceanie. Woda była chłodna, ale nie zimna, ot tak przyjemnie rześka, do której chce się wskoczyć i pływać do upadu.

Nagle od samego horyzontu zajaśniała smuga kolorów, która szeroko i szybko zaczęła rozlewać sie na otaczający mnie, zacieniony świat. Spojrzałam w górę. Zza wielkiej puszystej chmury zaczynało przeświecać słońce. Nagle w oczach, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki policyjny granat przemieniał się w świetlisty turkus, a zimna zieleń – w najwspanialszą, kipiącą życiem zieloność dżungli!

Stałam zaczarowana.

 

– Tak – powiedziałam do siebie – Tu zostaniemy. Na dzień, dwa, może trzy dni. 

– A może na dłużej? – coś figlarnie zaszeptało mi do ucha

– A może i na dłużej – pomyślałam całkiem poważnie. – tylko muszę jakoś rozwiązać sprawę z jedzeniem.

Ale nie zaprzątałam sobie głowy dłużej przyziemnymi kwestiami. Śniadanie dla nas miałam, resztą postanowiłam zająć się później. Na razie ruszyłam wzdłuż plaży, zobaczyć kto mieszka po sąsiedzku.

 

Moon Isle Beach Bungalow

Moon Isle Beach Bungalow – domek Mandy, nasz rajski zakątek.

Po sąsiedzku stał niewielki, drewniany domeczek. Pomalowany na biało, pięknie odcinał się od zieleni drzew i żółciutkiej, podchodzącej aż na werandę plaży. Tuż obok, między drzewami kusiły odpoczynkiem dwa hamaki, a na najbliższej morzu palmie kołysała się delikatnie huśtawka. Miejsce było tak urokliwe, że aż wstrzymałam oddech. 

Wolno przeszłam przez plażę, usiadłam na huśtawce. Wiatr owiewał mi twarz, morze szumiało, niewysokie bałwany z sykiem zalewały piasek. Nabrałam powietrza, odbiłam się mocno nogami i poszybowałam w górę.

 

huśtawka na plaży

Na najbliższej morzu palmie wisiała huśtawka…

 

Cóż to było za uczucie! Poczucie wolności i dziecięcego zachwytu wypełniało mnie całą, rozpędzało od linii zieleni aż po samo morze, a potem zakręcało przemyślnie na tym kawałku deszczułki tak, że zaczynałam wirować, a nade mną tańczyła malachitowa zieleń z turkusowym błękitem.

Nie, nie mogłam przeżywać tego sama!

Zeskoczyłam z huśtawki i pędem pobiegłam budzić Gaję.

 

Ciąg dalszy historii o Nilaveli Beach znajdziecie w tekście pod tytułem: „Sri Lanka. W raju pełnym blizn.”

***

Filmik o tym co sie stało, gdy wstała Gaja znajdziecie TU. 

***

Gdybyście kiedykolwiek mieli ochotę zatrzymać się w Pigeon House Hostel, Pigeon Island Beach Hotel czy też w Moon Isle Bungalow, będę wdzięczna, jeśli zarezerwujecie nocleg przez żółte okienko bookingu, które na komórkach jest pod wpisem, a na komputerach – po jego prawej stronie.

Wy zapłacicie tyle samo, a my od Bookingu dostaniemy malutką prowizję.

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
KkkRenia Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Kkk
Gość
Kkk

Brakuje mi SL, beztroskich pustych plaż słońca i owoców…

Renia
Gość

Asiu jakie to piękne! Myślałam że znam wszystkie nazwy kolorów ale Ty jak zwykle zaskoczyłaś mnie I w tym względzie! Mam przed oczami policyjny granat nieba tak jak bym tam z Tobą była! Cudowności. Chcę więcej!

x

Check Also

nilaveli beach pirat

Wyjazd w ciemno. Jak znalazłam raj.

Poprzednią część historii znajdziecie w tekście: „Sri Lanka. Pierwszy przypadek koronowirusa.” Dobry Boże.. Trwa kolejny ...