Home / AZJA / Malezja / Sztorm

Sztorm

 

Miało być dziś o naszej wycieczce do Fish Garden. Miało byc o tęczowych rybach, żółwiu, który pływał koło Gajki i o tym, że w ciepłej i krystalicznie przejrzystej wodzie można się unosić godzinami, podglądając sekretne życie toczące się na rafie.

Miało byc o zachwycie Dużej i Małej nad wodnym światem.

Miało byc, ale bedzie o czymś innym.

Bedzie o tym, ze cieszę się, że Gaj żyje.

I że ja żyję.

Ze żyjemy wciąż obie.

Dzis znow plynelyśmy na snorkling. Nie było co prawda słońca, ale takie dni już nam się nie raz zdarzały.  Owszem, były ciemne chmury nad horyzontem, ale dotychczas wędrowały one wzdłuż półwyspu, niezwykle rzadko zapędzając się w okolice Perhentianów.

Tym razem jednak było inaczej.

Chmury zapędziły się do nas, zahaczając przy okazji o Pulau Rawa, gdzie własnie snorklowaliśmy.

Gdy wypłyneliśmy do drugiego snorklingowego miejsca, już czułam mocny niepokój.

10 minut później rozpętało się piekło.

Nie mieliśmy wyjscia. Musieliśmy płynąć pod fale i pod wiatr. My z Gajuchem, sternik i para chińskich turystow. Na drodze mieliśmy niewielką, ledwo wystającą nad powierzchnię wody kamienną wysepkę. Zaraz obok była dużo większa, w wysoką górą pośrodku, zdecydowanie bardziej bezpieczna, chroniąca od fal i wiatru.  Nie było jednak szans, by sie tam dostać. Miedzy wyspami tworzyla sie dysza wywiewajaca z wielka prędkościa ogromne chmury pyłu wodnego, o wściekłości fal w tymże miejscu nie wspominając.

Pruliśmy wiec równo na opisaną kupkę kamieni, ale bardzo wolno, targani porwistymi podmuchami. Jedyna boja w okolicy byla juz zajeta przez malutka lupinke ze sternikiem i trojka golych ludzi. Gołych – bo poplyneli na snorkling przecież, nie na sztorm. Ja – Bogu dziekowac – wzielam polary, zapasowe bluzki i niesmiertelne bandamki (Chopin Rado Siu – dzieki!), bo przeciez najbardziej ze wszystkiego nie znosze zimna. Nawet na snorklowaniu. Wraz z Gają byłyśmy więc i tak w najlepszej sytuacji, bo Chinczycy tez stroje kąpielowe tylko pod kamizelkami mieli, ale generalnie sytuacja byla bardzo zla. Deszcz walil w poziomie, wiatr wyl, fale się podnosily. Nie wiedzialam, jak to sie wszystko skonczy. Wiedzialam tylko, ze musimy tkwic za tą wyspą tyle ile trzeba bedzie – godzinę, dwie, do wieczora, do rana. Nikt o zdrowych zmysłach nie popłynie na Perhentian w takich warunkach, przez rozfalowane morze i porwisty wiatr. Nie ma szans. Przytulalam Gajeczke z calej sily. Siedziałyśmy już w kamizelkach, kolejnymi okrywajac sie przed siekacym zimnem wiatrem. Tak, balam się, balam sie bardzo. Chinczycy, jak przystało na ludzi Wschodu mieli nieprzeniknione miny. Sternik – robił co mógł. Rzucił kotwicę i obserwował niebo i morze z zatroskaną miną.

Było źle.

Dygotałam z zimna i przerażenia. Gaja, o dziwo spokojnie podgwizdywała sobie na kamizelkowym gwizdku, a ja nie mogłam oprzeć się myślom o uchodzcach, o tych, którzy na łupinkach rzucają się na wielkie morze, o wiele wieksze i grozniejsze niż to nasze. I o tym jak przerażeni muszą być, gdy takie piekło się zaczyna. Nie, ja nawet nie byłam sobie w stanie tego wyobrazić, czując moje przerażenie, a przecież ostatecznie staliśmy na kotwicy za wyspą. Ostatecznie ok, zmarzniemy na kość i mogą to być długie godziny oczekiwania, ale być może najwyżej skończy się na zapaleniu płuc. Choć myśl o zerwaniu się kotwicy oraz o stanie morza po kilku godzinach wiatru nie umiała mnie też opuścić. I o tym co będzie, jak się przewrócimy.

W koncu sternik zdecydował się na ryzykowny manewr. Gdy wyglądało na to, że szczyt mamy za sobą, wybrał kotwicę i ruszył.

Zacisnęłam zęby. Mam trochę morskiego doświadczenia, a ono podsuwało mi niewesołe wizje. Przycisnelam Gajke jeszcze mocniej do siebie. Wykrecilismy i baksztagiem ruszyliśmy w kierunku Perhentianow.

No i sie zaczeło.

Fale były ogromne. Nie podejmuje się szacować, ale jak na naszą snorklingowa łódeczkę za duże. Do tego dochodziły podmuchy wiatru. Trzymałam Gajkę z całych sił, zapierając się nogami. Drugą ręką dossałam się do konstrukcji daszku. Co raz spadały na nas kaskady lodowatej wody. Telepałam się jak osika, opowiadając Gajence co zrobimy, jak juz dotrzemy do Mari-Mari, jednoczesnie w głowie układając plan pt. co zrobię, gdy się będziemy wywracać.

Tak, w tym samym momencie także się modliłam.

Wreszcie, po jakiś wiekach dotarliśmy do naszej wyspy.

 

burza 1

 

 

Gdy do Was pisze te słowa, czuję ból zapiekłych od skurczu mięśni. Nie jest mi zimno, ale czuję też, że wyjątkowo przydałby mi się kielonek wódki. Jesteśmy bezpieczne, żyjemy, pewnie będziemy chore, ale może czosnek i cebula z naszej kuchni postawi nas na nogi. Gaja o dziwo, choć z pewnością się trochę bała, ma się super, biega, śmieje się i tańczy. Ja po raz kolejny przeżywam tamte chwile.

Zaraz po przypłynięciu, jak tylko ogarnęłam Gajkę, nagrałam chyba z kulkuminutową relację video – jak będzie normalny net, to wrzucę ją Wam, dzieląc się tamtymi emocjami na żywo.

A tymczasem wracamy do Mari- Mari. Widzicie, na horyzoncie znow kłębią się chmury. Zanosi się na niespokojną noc..

 

 

 

Dodam jeszcze, że mieliśmy bardzo dobrego sternika. Widziałam, jak pracował na fali, jak zwalniał, jak przyspieszał, ale i tak kilka razy zaryliśmy dziobem, a i tak kilka razy rzuciło nami tak, że myślałam, że pójdziemy na burtę.

Gdy już dopłyneliśmy, rzuciliśmy kotwicę, wiedzieliśmy, że jest ok, sporzeliśmy ze sternikiem sobie w oczy. Spadła kamienna twarz, zobaczyłam w jego oczach wielką, olbrzymią ulgę. Dowiózł nas całych i zdrowych, a było grubo. Ja ulgę, radość i podziw wypisaną miałam na twarzy.

Bez słowa wyciągnełam rękę. On wyciągnął swoją.

Uściskałam ją mocno.

Ten chłopak jest cholernie dobrym sternikiem.

Gdy go jutro spotkam na plazy, musze mu o tym powiedziec.

 

Untitled 1a

 

 

Dwa wywrocone kajaki sholowano na nasza plaże. Nie wszystkie snorklingowe lodki wrocily do domu. Ekipa ratunkowa szuka ludzi.

Modle się, by sie odnalezli.

Żywi.

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
x

Check Also

muesli breakfast

Muesli

Kuala Lumpur. Poranek. – Mamo?..  Co dziś zjemy?..  – pyta zaspanym głosem Gaj, wtaczając się ...