Home / Ameryka / Kolumbia / Granica Kolumbia – Panama. Puerto Obaldia. Kubańczycy – post scriptum.

Granica Kolumbia – Panama. Puerto Obaldia. Kubańczycy – post scriptum.

"Witamy w Puerto Obaldia" - tym optymistycznym napisem wita uchodzców i podróżnych pierwsza wioska w Panamie, posiadająca placówkę celną. Tu dokonuje się odpraw zarówno jak się wjeżdża do, jak i wyjeżdża z Panamy.

„Witamy w Puerto Obaldia” – tym optymistycznym napisem wita uchodzców i podróżnych pierwsza wioska w Panamie, posiadająca placówkę celną. Tu dokonuje się odpraw zarówno jak się wjeżdża do, jak i wyjeżdża z Panamy.

Granica Kolumbia – Panama. Puerto Obaldia. Tydzień później. 

– Jak to nie dadzą nam wizy, powariowali chyba – komentowałam zaogniona ostatnie wydarzenia w Migración do idącej obok mnie Argentynki – bo co, bo nie mam biletu do Polski??? Powaliło ich??? Normalnie nie wierze!!! To co, oszukiwać ich mam??? Stworzyć bilet w photoshopie??? Co za debilizm, co za debilne prawo!!!
– ASIA??? – w tym samym momencie jakaś ręka zatrzymała mnie gwałtownie w miejscu – ASIA??? TO TY??? ASIA???ASIA!!! UDAŁO SIĘ!!!
Odwróciłam się zdumiona, słysząc znajomy głos… Przede mną stał uśmiechnięty od ucha do ucha, wypachniony i czyściutki…
– PEDRO!!! POR DIOS!!! – patrzyłam na niego jak na zjawę – POR DIOS!!! PEDRO!!! UDAŁO SIĘ!!!
Ściskaliśmy się jak wariaci! Odrywaliśmy się od siebie i po chwili znów wpadaliśmy sobie w ramiona, klepiąc się po plecach i śmiejąc jak szaleni. Kubańczycy, którzy przycupnęli pod sąsiednim budynkiem patrzyli na nas lekko zdziwionym wzrokiem. – Chryste, Pedro, jak my się martwiliśmy o Ciebie. Nie dawałeś znaku życia! – obściskiwałam chłopa, pełna radości.
– Asia, numer nie odpowiadał! Dzwoniłem tysiąc razy i nie mogłem się dodzwonić! – wykrzykiwał Pedro, nie pozostając mi dłużnym – Przekaż Davidowi, że wszystko dobrze! Wiesz co! Znalazłem moją reklamówkę w lesie! Nic nie zginęło! Mam kasę! Za pól godziny mam samolot do Panamy, a potem przesiadam się na Costa Rica. Tam popracuję i dalej w drogę… Dodzwoniłem się na Kubę. Wiedzą już, że najgorsze za mną. Ojalá… – dodał, poważniejąc na chwilę, ale po sekundzie jego twarz znów jaśniała ogromnym uśmiechem – już niedługo Asia, już niedługo będę żył jak człowiek!
– Pedro, a nie będziesz tęsknił za Kubą? Za rodziną? Przyjaciółmi?
– Za Kubą??? Zwariowałaś? W życiu! Przyjaciela mam jednego, on pewnie też niedługo ucieknie. Za mamą będę tęsknił. To już staruszka. Być może nigdy się nie zobaczymy… Ale za to będzie mieć godną starość, bo ja pieniądze będę jej wysyłał.

Zamyśliłam się smutno. Wysoką cenę zapłacić przyjdzie im dwojgu – cenę tęsknoty wiecznej i codziennej – mamie i synowi – jedynakowi. A wszystko przez to, że urodzili się na Kubie – w złym miejscu i w złym czasie, przez zwykły przypadek własnie tam, a nie na oddalonej o rzut beretem Florydzie.

– Kochana, muszę lecieć. Dosłownie, za pół godziny mam samolot do Panamy. Zostańmy w kontakcie, proszę. Wymieniliśmy się fejsbukiem, bo maila Pedro nie miał i znów trwaliśmy w uścisku, tym razem już poważnym, mocnym, wspierającym. 
– Powodzenia. Jesteśmy w kontakcie.
Jeszcze jeden uścisk, strzemienny – na drogę i już widziałam plecy Pedro, który szybkim krokiem maszerował w kierunku lotniska. Jeszcze na chwilę się odwrócił, pomachał ręką, posłał buziaka i zniknął, ruszając znów w pełną umęczenia i upokorzeń drogę do swej Ziemi Obiecanej.

Pedro! Wzruszające spotkanie z naszym ukochanym uchodzca kubańskim juz po drugiej, bezpiecznej dla niego stronie. Puerto Obaldia, Panama.

Pedro! Wzruszające spotkanie z naszym ukochanym uchodzca kubańskim juz po drugiej, bezpiecznej dla niego stronie. Puerto Obaldia, Panama.

Post scriptum

 Jest wiele obrazów z tamtego czasu, które na zawsze zostaną mi w pamięci. Między innymi ten własnie, który poniżej widzicie.

Uchodzcy z Kuby - kobiety, mężczyźni, dzieci, starcy - przewożeni przez służby celne z przylądka La Miel, gdzie nielegalnie przekraczają granicę do Puerto Obaldia, gdzie - ze względu na politykę Panamy - mogą się ujawnić i podróżować legalnie w kierunku swej Ziemi Obiecanej - czyli do USA. Puerto Obaldia, Panama.

Uchodźcy z Kuby – kobiety, mężczyźni, dzieci, starcy – przewożeni przez służby celne z przylądka La Miel, gdzie nielegalnie przekraczają granicę do Puerto Obaldia, gdzie – ze względu na politykę Panamy – mogą się ujawnić i podróżować legalnie w kierunku swej Ziemi Obiecanej – czyli do USA. Puerto Obaldia, Panama.

  

Siedziałyśmy wówczas z Gają na brzegu, czatując na jakiś łódkostop w kierunku San Blas. Do pobliskiego pomostu, co chwilę podpływały łódki wyładowane ludźmi, którzy wylewali się z nich szerokim strumieniem, maszerując karnie w kierunku panamskiego Migración. Obserwowałam tych ludzi ze smutkiem i współczuciem. Kubańczycy. Ludzie, którzy przeszli piekło. Emigranci. Z jednej z tych łódek ludzie schodzili wolniej, ktoś tam się zakałapućkał… Spojrzałam uważnie. Nie, niemożliwe. Spojrzałam jeszcze raz.

Na łódce, jako jedna z ostatnich w kolejce do zejścia stała młoda dziewczyna z niemowlakiem w nosidle. Dziecko było malusieńkie, z głową bezwładnie zwisająca na jedna stronę. Spało? Nie trzymało głowy? Dziewczyna stała z maluchem i butelką przygotowaną do karmienia, dwóch rosłych facetów z brzegu podało jej ręce, łódka się zachybotała, dziecko obudzone nagłym szarpnięciem zapłakało głośno. Ona przytuliła je, zarzuciła plecaczek na swój grzbiet, zrobiła wielki krok i już po chwili szła, odprowadzana moim wzrokiem, w kierunku pograniczników, którzy skrupulatnie przeszukiwali przybyłych ludzi.

Tą dziewczynę spotkałam po raz drugi kilka godzin później, przed punktem ksero. Miała niezwykłą urodę – jasną skórę, czarne włosy i intensywnie błękitne oczy. Zaczepiłam ją, bo chciałam jej powiedzieć to, że jest dla mnie bohaterką. Ze sama włóczę się z dzieckiem i wiem, ile mnie to siły kosztuje. Wiem ile zachodu, organizacji, myślenia i planowania. A ona, z tą malutka dziewczyneczką przecież nie podróżowała oficjalnie, ona przemycała się sekretnie, nocami, nieuczęszczanymi szlakami, w brudzie, niewygodzie, idąc czasem kilometrami, śpiąc byle gdzie, jedząc byle co. Przecież ona musiała zorganizować też jedzenie dla malucha, bo pierś już jej nie wystarczała. Zresztą, nic dziwnego. Nieregularny tryb życia, monotonne, skromne jedzenie i ciągłe nerwy nie pomagają w laktacji. A maluch jest maluchem – ma kolki, swoje nastroje, swoje potrzeby… I płacze, czasem w najmniej odpowiednich momentach.

Patrzyłam na nią, mając w głowie historie, którą już znacie… I mówiłam jej, to co czułam, mówiłam jej, że nie wiem, jak z dzieckiem weszła na tą graniczna górę, stromą jak cholera, zarośniętą dżunglą, pełną moskitów, pająków i innych insektów. W dodatku w nocy, w deszczu. A ona patrzyła na mnie i uśmiechała się smutno. A we mnie narastała wściekłość, olbrzymia wściekłość na ludzi, przez których ta dziewczyna i jej dziecko wybrali takie piekło. By uniknąć innego piekła. I pomyślałam z wdzięcznością o czymś, co jeszcze niedawno nazywałam swoim piekłem.

Wiem, że w Polsce jest źle. Że ludzie narzekają. Przeklinają. Nienawidzą. I nie dostrzegają, że to nasze, polskie życie takim najgorszym wcale nie jest. Jest dobrym życiem. Spokojnym i wolnym.

I niech tak zostanie na zawsze.  

 

***

 

Przed nami była Granica Kolumbia – Panama. O tym, jak przyszło nam ją przekraczać możecie przeczytać TU.

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

2 komentarzy
Newest
Oldest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Danka
Danka
1 rok temu

trackback

[…] Ciąg dalszy opowieści o Kubańczykach znajdziesz TU. […]

x

Check Also

Tylko jak tu pisać bloga?..

Z tym założeniem bloga wcale nie było łatwo. Gdy planowałam swą podróż, w myślach miałam ...