Poranek wstał senny. Światło było jakieś takie przytłumione, rozproszone warstwą mlecznych chmur, a szarawe o świcie morze szumiało monotonnie. Plaża była pełna liści, które poobrywał z drzew szalejący nocą wiatr, forpoczta monsunu. Westchnęłam ciężko i w melancholijno-sennym nastroju zabrałam się do pracy. Grabiłam i grabiłam. Było chłodno, a część leżących pod nogami liści miała złoto-brązowy kolor.
I chociaż później przedmonsunowe słońce przebiło się przez chmury, to październikowa melancholia zadomowiła się we mnie na dobre. Grabiłam kolejne partie mari-mariowych włości, a Eddi ładował kopki liści na taczki i dowoził do wielkiego ognicha, z którego waliły kłęby dymu.
Powietrze całe przesiąknięte było jego zapachem, tak jak w Polsce, w październikowe wieczory, kiedy to babcia paliła liście zagrabiane z ogródka i drogi. Kiedy to i sąsiedzi, i sądziedzi sąsiadów porządkowali podwórka, przygotowując się do zimy. Pamiętam ten zapach z dzieciństwa i pamiętam, jak wówczas ulatujacy do nieba dym tańczył w gałęziach czerwonozłotych drzew. Tu też tańczył podobnie, tylko drzewa były soczystozielone, strzelające ku słońcu, porośniete stuletnimi mchami i drapieżnie wijącymi się lianami.
Zamknąłam na chwilę oczy, wciągnełam ten dym i poczułam, jakbym wolno zapadała w letarg, przygotowywując moje ciało do zimy, do snu, do nadchodzącej zmiany.
Tak, niewątpliwie monsun był już blisko.
Somos Dos Fotoreportażowy blog podróżniczy mamy z dzieckiem


