Zbliża sie wieczór. Jest cieplutko, choć na horyzoncie kłębią się już wieczorne chmury. Zaraz będzie lało – na lądzie oczywiście, bo w Mari-Mari być może padać będzie dopiero w nocy. Więc my jeszcze popływamy w krystalicznej, cieplutkiej wodzie, po czym popiszczymy, spłukując się w zimnej.
A potem Gaj będzie bawił się na plaży, bo tam wieczorne komary nie dolatują, a Eddy rozdymi pudełka po jajkach, by nas do szczętu w tej naszej kuchni nie zjadły.
A gdy już z talerzy zniknie ryba z sosem imbirowym i sałatką z osobiście posiekanych warzyw, usiądę na naszej skale i zadumam się, patrząc w dal.
Niebo chmurzy się. Zaczyna wiac z północy. Zaczyna wiać wiatr, na swych skrzydlach przynoszac zapach powietrza innych lądów, gór i oceanów.
W powietrzu tańczą rozwietrzone liście. Jeden z nich ląduje mi na kolanach, po czym znów podrywa go ciepły podmuch, zabierając gdzieś w nieznane.
Nasz czas w Mari-Mari dobiega końca.
Somos Dos Fotoreportażowy blog podróżniczy mamy z dzieckiem

