Home / AZJA / Zaginął człowiek!

Zaginął człowiek!

Poprzednią część historii znajdziecie w tekście pt. „Pigeon Island. Wyspa ze snów.”

Wyspa ogromniała w oczach. Widziałyśmy już wyraźnie poszczególne drzewa, trzy łódki wyciągnięte na piach i parę kręcących sie po plaży osób. Miejsce wyglądało rajsko i już uśmiechałam się szeroko na myśl o kolejnych 4 godzinach, do których uprawniał nas zakupiony bilet. Nagle coś kazało spojrzeć mi za burtę.

– O MATKO! – wykrzyknęłam, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów – O MATKO, O MATKO, O MATKO!

Po jednej i po drugiej stronie łódki, jak okiem sięgnął ciągnęła się rafa. Przeźroczysta woda sprawiała wrażenie, że futurystyczny las korali był na wyciągnięcie ręki, ale nic bardziej mylnego. Koralowce rosły sobie na bezpiecznej głębokości, a wśród nich pływały kolorowe rybki. 

 

 

– Jaaaaaaa! Gajuś patrz! PATRZ! – wykrzykiwałam jak opętana, nie mogąc powstrzymać radości – jakie to piękne! Jakie to przepiękne!

Sternik zwolnił. Spokojnie skierował dziób na tor podejściowy i nie uszkadzając żadnego z korali dobił do brzegu. 

– Poczekaj Gajku, niech przód wysiądzie, wtedy wyskoczymy my – mitygowałam córkę, która już rwała się do pływania. – Jeszcze sekundkę, jeszcze momencik..

– JUŻ! – wrzasnęła radośnie córka i skoczyła z dziobu prosto na miękki piasek plaży. – Gdzie dać rzeczy mamo?

Zanim ja znalazłam się na brzegu, Gajka zdążyła zrzucić ubranie i tylko w stroju kąpielowym skakała po plaży jak sprężyna.

– Gaj, zbieraj ciuszki, zobaczymy, gdzie da sie je zostawić. – zarządziłam. To był jeden z momentów, kiedy bardzo wyraźnie odczuwałam ograniczenia samotnej podróży. Miałam ze sobą – oprócz szeregu drobiazgów – komórkę i aparat fotograficzny. Wzięłam je świadomie, bo chciałam mieć pamiątkę z tego pięknego miejsca. Wiedząc, iż nie wolno swych własności spuszczać z oka, miałam średnio fajną perspektywę czujnego taplania się przy brzegu i zezowania na swoje skarby.

 

– Może zostawimy je panu za ladą?.. – Gaja jakby czytała w moich myślach. Faktycznie, w przewężeniu między stronami wyspy stał sobie kontuar, za którym siedział chłopak w koszulce parkowego strażnika. Wahałam się przez moment, w końcu podeszłam.

– Chce Pani zostawić rzeczy? – zagaił. Wokół niego, na kontuarze walały się różne neseserki, ciuchy, maski i komórki.

– Taaak – odpowiedziałam niepewnie – Ale wie pan, mam komórkę i aparat w środku. Popilnował by ich pan, gdy pójdę z dzieckiem do wody?

– Jasne! – machnął ręką strażnik, mną jednak szarpały wątpliwości. – Wie Pan co, ta komórka i ten aparat jest dla mnie bardzo ważny. To najcenniejsza rzecz, którą mam, chociaż już trochę przeżył – gadałam, wyciągając na wszelki wypadek mój obdrapany ze wszystkich stron sprzęt. – O, tu go schowam, pod Pana nogami.

– Niech się Pani nie martwi. Jestem strażnikiem. Nic na wyspie nie ginie. Tu siedzę i pilnuję rzeczy, niech Pani pływa spokojnie.

Przysłuchujący się rozmowie Lankijczycy potaknęli, jednakże wcale nie czułam spokoju. Mimo wszystko zostawiłam mu rzeczy i ściskając w ręce małą łapkę Gajki, ruszyłam do wody.

 

Pigeon Island. Idziemy nurkować.

Pigeon Island. Idziemy nurkować.

 

Morze jeszcze było chłodne. Pomimo żaru, który parzył skórę wyraźnie czułam ciepły i zimny prąd na zmianę obmywający moje ciało. Tuż obok mnie płynęła  Gaja. 

– Ale z-z-zimno! – wyszczękała, gdy wynurzyła się na moment. W dziecięcej masce i fajce, które niezmiennie od 3 lat podróżowały z nami, wyglądała na bardzo profesjonalnego pływaka.  Tyle, że też na bardzo zmarzniętego.

– Chcesz wyjść na piasek?

– N-n-nie! – wyszczękała, wylała wodę z rurki i zanurzyła głowę w lazurowe morze.

To prawda. Było zimno i ja też pomału zaczynałam dygotać. Ze smutkiem też konstatowałam, że koral po tej stronie wyspy jednak jest ubogi, a kolonie rybek – niewielkie i mało urozmaicone. Nagle jakiś spory cień mignął mi na horyzoncie. 

Machnęłam nogami energiczniej i rzuciłam się w pogoń. Na próżno. Wielki błękit wyglądał dokładnie tak samo, jak kilka sekund temu.

Pigeon Island. Shark.

Pigeon Island. Shark.

 

– Gaja! To musiał być rekin! – wykrzyknęłam, gdy obok mnie wynurzyła się córka – Prawdziwy rekin!

– Z-z-zimno mi mamusiu! – wyszczękała Gaja – W-w-widziałam.. T-t-to musiał być r-r-rekin!.. 

– Poszukamy go jeszcze?  – zapytałam zachęcająco

– N-n-nie.. Ja chcę do b-b-brzegu..

Spojrzałam w kierunku wyspy. Była na tyle daleko, że puszczenie zmarzniętego dziecka wzdłuż lin ograniczających obszar do snorkelingu w ogóle nie wchodziło w grę. Nie było wyjścia, musiałam z nią popłynąć.

Z żalem zaglądnęłam jeszcze raz pod wodę. Cień znów mignął, ale był na tyle daleko, że mogłam się tylko domyślać, któż to zacz. Należało więc odholować Gajkę na brzeg i czym prędzej wrócić jeszcze na momencik.

– Złap się moich ramion, to szybciej znajdziemy się na brzegu – nakazałam.

 

Snorkeling

Snorkeling

 

Nic bardziej mylnego. Nie miałam fajki, a ciężar opierającej się o me ramiona Gai sprawiał, że musiałam walczyć o oddech.

– Zmiana planów. – zarządziłam – Płyń córeczko do brzegu, a ja Cię będę podpychać.

Tak, ten sposób zadziałał. Gaja płynęła, a ja, zbliżając się do niej łapałam za kamizelkę i mocnym ruchem wypychałam malucha w przód. Gdy wreszcie doszlusowałyśmy do białej plaży, zmarznięty na kość Gaj runął na ziemię i przytulił się do gorącego piachu.

– Ciepło? – zapytałam z wody

– Mhm… – odmamrotało przypominające kotlet w panierce dziecko

– No to świetnie! Ja jeszcze idę do wody, ale ty się stąd nie ruszaj, dobrze?

– Mhm… – odpowiedziała przylepiona do piachu Gaja.

 

 

Snurklowałam jeszcze przez moment w poszukiwaniu rekinów lub żółwi, ale oprócz kilkunastu małych rybek nie spotkałam żywego ducha. Zmarznięta na kość zaległam więc obok Gajki.

– Bardzo zmarzłaś mamusiu. – popatrzył na mnie współczująco mały człowiek. – Widziałaś coś?

– Niewiele, maluchu. Kiepsko tu, niestety. Nie to, co w Mari-Mari…

Mari-Mari to kilka bambusowych chatek na brzegu Pulau Besar na malezyjskich Perhentianach. Mieszkałyśmy tam ponad miesiąc, pomagając wolontaryjnie jedynemu pracownikowi tego malusieńkiego miejsca. 50 metrów od brzegu morza, dokładnie na przeciw Mari-Mari była rafa koralowa, na którą regularnie pływałyśmy. Tylu pięknych, kolorowych rybek w jednym miejscu nie widziałam nigdzie na świecie.

– Jak tam?  – zahaczył nas przechodzący obok chłopak. – Dużo rybek?

– Mało – odpowiedziałam zgodnie z prawdą

– Serio? – zdziwił się moją odpowiedzią – Idźcie na drugą stronę wyspy, tam jest ich zatrzęsienie.

Nie bardzo chciało mi się ruszać z naszego ciepłego grajdołka, ale rozsądek zwyciężył. Tropiki w południe to nie żarty. Mimo gajkowej niechęci poszłyśmy w kierunku cienia. Przy okazji chciałam rzucić okiem, czy elektronika jest wciąż na miejscu.

Byłyśmy już w połowie plaży, posykując od wbijających się w stopy, wyrzuconych na brzeg drobin korala, gdy zobaczyłam, że strażnicy – jak w jakimś amoku – łapią płetwy, maski i koła ratunkowe, po czym biegną gazem do wody! Przez moment wyglądało to jak zakład, ale miny ludzi stojących na brzegu były bardzo nietęgie.

– Coś się stało? – zapytałam chłopaka stojącego nieco z boku. 

– Zaginął mężczyzna. Turysta. Starszy. Przed chwilą przybiegła z płaczem żona. Nie ma go od długiej chwili. Poszedł snorklować.

– Pomoże Pan? – strażnik z kołem ratunkowym właśnie nas mijał.

Rozmówca natychmiast biegiem ruszył za nim.


Ciąg dalszy historii przeczytacie we wpisie: „Jak topi się człowiek?”

 

 

.

 

 

 

 

About Somos Dos - Migawki z podróży Małej i Dużej

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
x

Check Also

Gaja w nosidełku peru

Życie jest bogatsze niż nasza wyobraźnia. W szóstą rocznicę podróży.

Dziś obudził mnie deszcz. Nie gwałtowny, tropikalny, siekający bezlitośnie głośnym staccato, ale ten zwyczajny, polski, ...